Nazywam je niebieskimi,
choć nie są niebem,
a brzegami pierzastych chmur
niknących w turkusowych głębinach.
Mgliste, łagodne kontury
piętrzą się w moim zenicie,
i za każdym razem są inne,
gdy tylko spojrzę do góry.
Chcę podziwiać ich naturę,
nie rozpraszać mgielnych par,
błądzić w lnianych bielach,
nie nasycać siwych barw.
Choć gdy na mój widok
przysłania je miłosna źrenica,
wypełniają się światłocieniem.
Myślę wtedy - niebieskie!
Wyraźnie widzę - są szare.
I szare są najpiękniejsze.