Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Lenore Grey

Lenore Grey

— Gdzie mieszkasz? 

   Posłał mi jedno ze swych błękitnych spojrzeń.

   — Niedaleko.

   Jak znalazłem się u boku tego chłopca-mlecza, tego połączenia słodkowodnej żabki i płowych dłoni? 

Kusi mnie, aby napisać, że i dla mnie pozostaje to zagadką; jednak wówczas bym skłamał. Po prostu przyjąłem zaproszenie na jego urodziny.

   Wkrótce wyrósł przed nami dom: odrapany i na wpół pochłonięty przez bluszcz. Jego strażnicy, dwa dostojne gołębie, siedzieli przycupnięci na dachu.

   Mój towarzysz uśmiechnął się półgębkiem, po czym wsunął się w szparę między furtką a ogrodzeniem.

   — Odsuń się!

   Zrobiłem krok do tyłu; najeżona drzazgami furtka z impetem otworzyła się na oścież. Przez chwilę się jeszcze chwiała — a później, uspokojona, wpuściła mnie na podwórko.

   W domu przywitała nas zwarta masa obłych fizjonomii, z której wystawał tylko haczykowaty nos najstarszego brata. Wtłoczyliśmy się wszyscy w największy pokój, gdzie każdy przysunął sobie krzesło. Wtedy — pozwólcie, że będę tak nazywał najstarszego brata! — Nos przypomniał sobie o torcie, i pospieszył go przynieść. Wszystko już było gotowe: tort królował na stole, za prawą rękę mając jabłka, a za lewą — czerwoną, chyba nie do końca stężałą galaretkę.

   I już, już nadchodziła kulminacja — czuło się jej bliskość nawet w drgawkach kurzu nad gałganami dywanu — kiedy solenizant zorientował się, że… na torcie brakuje świeczek.

   Nos wyartykułował słowo, którego tu nie przytoczę. A potem chwycił jabłko i, zupełnie jak kauczukową piłeczkę, odbił je od stołu.

   Utkwiło w miejscu, gdzie zwykle znajduje się żarówka. 

   Zaczerwieniony, Nos stanął na krześle i spróbował je wyjąć. Zastygliśmy przy stole. Nos jeszcze wyraźniej poczerwieniał. Objął jabłko obiema dłońmi i pociągnął. Jedna z dziewczynek przytrzymywała oparcie jego krzesła.

   Pociągnął raz jeszcze, mocniej; napięły się mięśnie chudych ramion. Wreszcie westchnął i odwrócił się. Chciał zeskoczyć na ziemię, lecz, widząc minę brata, zszedł z krzesła.

   “Obejdzie się bez świeczek…”

   I zaczynaliśmy już jeść, kiedy na obrzeżach naszego widzenia coś zamigotało. Nie wiem kto zaczął klaskać pierwszy; lecz nie ma to znaczenia, bo klaskali wszyscy. Przez francuskie okno wpadały smugi mlecznego światła, a Nos — włożył do półmiska uwalane kremem z tortu jabłko.

   

 

   

Lenore Grey

Lenore Grey

— Gdzie mieszkasz? 

   Posłał mi jedno ze swych błękitnych spojrzeń.

   — Niedaleko.

   Jak znalazłem się u boku tego chłopca-mlecza, tego połączenia słodkowodnej żabki i płowych dłoni? 

Kusi mnie, aby napisać, że i dla mnie pozostaje to zagadką; jednak wówczas bym skłamał. Po prostu przyjąłem zaproszenie na jego urodziny.

   Wkrótce wyrósł przed nami dom: odrapany i na wpół pochłonięty przez bluszcz. Jego strażnicy, dwa dostojne gołębie, siedzieli przycupnięci na dachu.

   Mój towarzysz uśmiechnął się półgębkiem, po czym wsunął się w szparę między furtką a ogrodzeniem.

   — Odsuń się!

   Zrobiłem krok do tyłu; najeżona drzazgami furtka z impetem otworzyła się na oścież. Przez chwilę się jeszcze chwiała — a później, uspokojona, wpuściła mnie na podwórko.

   W domu przywitała nas zwarta masa obłych fizjonomii, z której wystawał tylko haczykowaty nos najstarszego brata. Wtłoczyliśmy się wszyscy w największy pokój, gdzie każdy przysunął sobie krzesło. Wtedy — pozwólcie, że będę tak nazywał najstarszego brata! — Nos przypomniał sobie o torcie, i pospieszył go przynieść. Wszystko już było gotowe: tort królował na stole, za prawą rękę mając jabłka, a za lewą — czerwoną, chyba nie do końca stężałą galaretkę.

   I już, już nadchodziła kulminacja — czuło się jej bliskość nawet w drgawkach kurzu nad gałganami dywanu — kiedy solenizant zorientował się, że… na torcie brakuje świeczek.

   Nos wyartykułował słowo, którego tu nie przytoczę. A potem chwycił jabłko i, zupełnie jak kauczukową piłeczkę, odbił je od stołu.

   Utkwiło w miejscu, gdzie zwykle znajduje się żarówka. 

   Zaczerwieniony, Nos stanął na krześle i spróbował je wyjąć. Zastygliśmy przy stole. Nos jeszcze wyraźniej poczerwieniał. Objął jabłko obiema dłońmi i pociągnął. Jedna z dziewczynek przytrzymywała oparcie jego krzesła.

   Pociągnął raz jeszcze, mocniej; napięły się mięśnie chudych ramion. Wreszcie westchnął i odwrócił się. Chciał zeskoczyć na ziemię, lecz widząc minę brata, zszedł z krzesła.

   “Obejdzie się bez świeczek…”

   I zaczynaliśmy już jeść, kiedy na obrzeżach naszego widzenia coś zamigotało. Nie wiem kto zaczął klaskać pierwszy; lecz nie ma to znaczenia, bo klaskali wszyscy. Przez francuskie okno wpadały smugi mlecznego światła, a Nos — włożył do półmiska uwalane kremem z tortu jabłko.

   

 

   

Lenore Grey

Lenore Grey

— Gdzie mieszkasz? 

   Posłał mi jedno ze swych błękitnych spojrzeń.

   — Niedaleko.

   Jak znalazłem się u boku tego chłopca-mlecza, tego połączenia słodkowodnej żabki i płowych dłoni? 

Kusi mnie, aby napisać, że i dla mnie pozostaje to zagadką; jednak wówczas bym skłamał. Po prostu przyjąłem zaproszenie na jego urodziny.

   Wkrótce wyrósł przed nami dom: odrapany i na wpół pochłonięty przez bluszcz. Jego strażnicy, dwa dostojne gołębie, siedzieli przycupnięci na dachu.

   Mój towarzysz uśmiechnął się półgębkiem, po czym wsunął się w szparę w furtce.

   — Odsuń się!

   Zrobiłem krok do tyłu; najeżona drzazgami furtka z impetem otworzyła się na oścież. Przez chwilę się jeszcze chwiała — a później, uspokojona, wpuściła mnie na podwórko.

   W domu przywitała nas zwarta masa obłych fizjonomii, z której wystawał tylko haczykowaty nos najstarszego brata. Wtłoczyliśmy się wszyscy w największy pokój, gdzie każdy przysunął sobie krzesło. Wtedy — pozwólcie, że będę tak nazywał najstarszego brata! — Nos przypomniał sobie o torcie, i pospieszył go przynieść. Wszystko już było gotowe: tort królował na stole, za prawą rękę mając jabłka, a za lewą — czerwoną, chyba nie do końca stężałą galaretkę.

   I już, już nadchodziła kulminacja — czuło się jej bliskość nawet w drgawkach kurzu nad gałganami dywanu — kiedy solenizant zorientował się, że… na torcie brakuje świeczek.

   Nos wyartykułował słowo, którego tu nie przytoczę. A potem chwycił jabłko i, zupełnie jak kauczukową piłeczkę, odbił je od stołu.

   Utkwiło w miejscu, gdzie zwykle znajduje się żarówka. 

   Zaczerwieniony, Nos stanął na krześle i spróbował je wyjąć. Zastygliśmy przy stole. Nos jeszcze wyraźniej poczerwieniał. Objął jabłko obiema dłońmi i pociągnął. Jedna z dziewczynek przytrzymywała oparcie jego krzesła.

   Pociągnął raz jeszcze, mocniej; napięły się mięśnie chudych ramion. Wreszcie westchnął i odwrócił się. Chciał zeskoczyć na ziemię, lecz widząc minę brata, zszedł z krzesła.

   “Obejdzie się bez świeczek…”

   I zaczynaliśmy już jeść, kiedy na obrzeżach naszego widzenia coś zamigotało. Nie wiem kto zaczął klaskać pierwszy; lecz nie ma to znaczenia, bo klaskali wszyscy. Przez francuskie okno wpadały smugi mlecznego światła, a Nos — włożył do półmiska uwalane kremem z tortu jabłko.

   

 

   

Lenore Grey

Lenore Grey

— Gdzie mieszkasz? 

   Posłał mi jedno ze swych błękitnych spojrzeń.

   — Niedaleko.

   Jak znalazłem się u boku tego chłopca-mlecza, tego połączenia słodkowodnej żabki i płowych dłoni? 

Kusi mnie, aby napisać, że i dla mnie pozostaje to zagadką; jednak wówczas bym skłamał. Po prostu przyjąłem zaproszenie na jego urodziny.

   Wkrótce wyrósł przed nami dom: odrapany i na wpół pochłonięty przez bluszcz. Jego strażnicy, dwa dostojne gołębie, siedzieli przycupnięci na dachu.

   Mój towarzysz uśmiechnął się półgębkiem, po czym wsunął się w szparę w furtce.

   — Odsuń się!

   Zrobiłem krok do tyłu; najeżona drzazgami furtka z impetem otworzyła się na oścież. Przez chwilę się jeszcze chwiała — a później, uspokojona, wpuściła mnie na podwórko.

   W domu przywitała nas zwarta masa obłych fizjonomii, z której wystawał tylko haczykowaty nos najstarszego brata. Wtłoczyliśmy się wszyscy w największy pokój, gdzie każdy przysunął sobie krzesło. Wtedy — pozwólcie, że będę tak nazywał najstarszego brata! — Nos przypomniał sobie o torcie, i pospieszył go przynieść. Wszystko już było gotowe: tort królował na stole, za prawą rękę mając jabłka, a za lewą — czerwoną, chyba nie do końca stężałą galaretkę.

   I już, już nadchodziła kulminacja — czuło się jej bliskość nawet w drgawkach kurzu nad gałganami dywanu — kiedy solenizant zorientował się, że… na torcie brakuje świeczek.

   Nos wyartykułował słowo, którego tu nie przytoczę. A potem chwycił jabłko i, zupełnie jak kauczukową piłeczkę, odbił je od stołu.

   Utkwiło w miejscu, gdzie zwykle znajduje się żarówka. 

   Zaczerwieniony, Nos stanął na krześle i spróbował je wyjąć. Zastygliśmy przy stole. Nos jeszcze wyraźniej poczerwieniał. Objął jabłko obiema dłońmi i pociągnął. Jedna z dziewczynek przytrzymywała oparcie jego krzesła.

   Pociągnął raz jeszcze, mocniej; napięły się mięśnie chudych ramion. Westchnął i odwrócił się. Chciał zeskoczyć na ziemię, lecz widząc minę brata, tylko zszedł z krzesła. “Obejdzie się bez świeczek…”

   I zaczynaliśmy już jeść, kiedy na obrzeżach naszego widzenia coś zamigotało. Nie wiem kto zaczął klaskać pierwszy; lecz nie ma to znaczenia, bo klaskali wszyscy. Przez francuskie okno wpadały smugi mlecznego światła, a Nos — włożył do półmiska uwalane kremem z tortu jabłko.

   

 

   



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Natuskaa Niebywałe. Wiersz zaczyna się od pasztetu, a kończy na kwietnym ogrodzie. A może i nie...? :D   Gdyby jednak słowo "pasztet" odczytać jako brzydotę, a ogród z kwiatami uznać za określenie piękna, to podmiotka znajduje się pomiędzy - lub w ogóle poza nimi, gdzieś obok.    Wiersz brzmi częściowo dysocjacyjnie, jakby peel był w stanie odrętwienia wywołanego zmęczeniem, zagubieniem, rozczarowaniem otaczającą rzeczywistością. Widzę tu opis momentu przeciążenia, kiedy człowiek niby ma co robić, ale w sumie sam nie wie co i trwa bezczynnie, trochę zabłąkany, a trochę zawieszony. I zastanawia się, dlaczego w ogóle utknął w tym stanie, w tym miejscu - z pasztetem - skoro mógłby przebywać w ogrodzie pełnym kwiatów. Na końcu wybrzmiewa nuta cichej rezygnacji. Nie z ogrodu. Z samego siebie.    Utwór opisuje to wszystko w sposób niebezpośredni. Nie ma tu słowa o zmęczeniu, rozczarowaniu, smutku. Może to nawet błąd interpretacyjny z mojej strony. Jednak w wierszu Autor zapisał proces myślowy, który subtelnie sugeruje nam warstwy emocjonalne podmiotu. To jak scenografia bazująca na zaledwie kilku rekwizytach - i jedna scena jednego aktora, który w akompaniamencie tykania zegara potrafi pokazać widzom wszystko, co było do pokazania. 
    • Zasnąłem w moim leśnym domu w kominku dopala się ogień  rozświetlając cały pokój.    Co noc przyjaciele przychodzą  jest ich cała wataha  przywódca przed drzwiami zasiada.   Zaprzyjaźniłem się z nimi   usiadłem po środku stada  małe wilki po mnie łażą.    Głos sowy przeplatany z wyciem  wilków nie pozwala zapomnieć  że są i zaznaczają swoją obecność.    Co noc gdy cisza trwa  stary zegar czas wybija nieustannie i bardzo brutalnie.   Czas ciągle płynie pośród  starych zegarów starych ścian  i obrazów które zawsze tutaj były.   Odizolowałem się od świata  pośród drzew pośród ścian  jestem u siebie i jest mi dobrze.    Nie zapraszam Cię do siebie  moi przyjaciele Cię nie chcą  bo nie ufają nikomu.   Ufamy tylko sobie  każdego dnia i w nocy ptaki dla mnie śpiewają pieśni. 
    • to ty idealna bielą twój styl nienaganny   a zapach mięty przywołał motyle na chwilę nie na chwilę
    • @Berenika97 Wierność kosztem wszystkiego!!! Ech... Dlaczego ta idea nie przyświeca naszym politycznym elitom?... Gdyby ta idea przyświecała naszym politykom to Polska byłaby Rajem na Ziemi! Pozdrawiam Najserdeczniej!   @Nata_Kruk Najserdeczniej Dziękuję Ci za podzielenie się swoją opinią! Pozdrawiam Najserdeczniej!
    • @andrew Niedoczekanie! Z światowych geopolitycznych zawirowań Polska tym razem wyjdzie zwycięską ręką! Z tak wspaniałym prezydentem jak dr Karol Nawrocki nie straszny nam podły świat! Pozdrawiam Najserdeczniej!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...