I znów początek wbija się w koniec
Szyna na szynie wciąż rozcina łąki
Przez słońca włócznię co szyby rozbija
Maszynowej pary rozkwitają pąki
Pęknięcia na szkle wtargnęły do mózgu
Delikatna biel rozkłada mój umysł
Każda myśl jak niteczka wosku
Tworzą wspólnie włókienniczy strumyk
Wolność na moment wypełniła me usta
Czaszka pęka na cztery świata strony
Co raz ze światłem zawalczy brzózka
Jej tarczą trzaski liściastej korony
Biorę powrotny kurs ku smutnej stałości
Choć serce tonąć głębiej by chciało
W ogień krzyżowy słodkiej samotności
Znów cudze tchnienie mnie przytargało
Materiał nieboskłonu otaczał mnie jak drogocenną perłę