Jestem intruzem,
który wszedł, nie wycierając butów.
Każdy krok depcze kruchość rozsypaną na ziemi.
Oddech burzy ciszę i zabiera nie swoje powietrze.
Jestem intruzem,
który przerażonym wzrokiem
zabiera obrazy i układa je we wnętrzu.
Każdy gest jak kwiatek do kożucha,
dotyk dłoni jest kradzieżą,
uśmiech do przyjaciela zbrodnią.
I tylko słońce rozpycha się w przestrzeni,
jakby nie znało historii.
Stoję w jego promieniach,
niepewna, czy wolno mi być ciepłą.