Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chimer-A-nielska

Egil Ambitny

Egil Skalgrimsson był ambitny. Nie żeby ambicja była czymś godnym potępienia, ale u Egila rzecz miała się inaczej. Egil był zachłanny. Agresywny. Drapieżny. Zaś wyzwaniem dla niego było pokonać więcej ludzi niźli jego bracia. Bardziej przypominał dzikiego wilka niż słodkiego chłopczyka, jakim winien być w wieku lat 9.
Egil nie znał litości. Nawet względem siebie. Nikomu nie pobłażał.
Egil nie szanował ludzi, którzy prosili o litość. A chciał ich szanować.
Więc litości zwyczajnie nie uznawał.
Jak we wszystkim, także w przyjaźni Egil był wybredny. Nie wiązał się z byle kim. Nie akceptował byle kogo. Może dlatego, oprócz Hakona, nie miał wśród ludzi bratniej duszy. Może właśnie przez to tak bardzo zbratał się a wilkami z pobliskiego lasu. Zwłaszcza z jednym. Wilczyca Hasla była mu bliska niczym matka.
Z Hakonem przyjaźnił się od małego. Różnili się diametralnie, a jednak obaj nie umieli żyć bez siebie. Dziki Egil i światły Hakon. Tę parkę znano w całym okręgu.
Jedno bezsprzecznie ich łączyło – lubili zabawę. Prawdziwą wikińską zabawę. Coraz częściej oprócz toporka młodzi dziedzice używali też miecza, pożyczonego od bogatego ojca. Nie mieli jeszcze za dużo wprawy. Nawet rosły Egil, mając siły tyle co 14- latek, nie był w stanie odpowiednie operować tą bronią. A jednak zdecydował się zmierzyć z Grimem. Jednak postanowił „zabawić się” z chłopcem, który już od wielu lat ćwiczył się w mieczu.
Bo Egil był ambitny.
Starli się ze sobą w samo południe. Klingi zadźwięczały, w powietrzu unosiło się napięcie. Dookoła wrzeszczeli rówieśnicy, próbując typować, komu przypadnie szala zwycięzcy. Pierwszy zdecydowany ruch wykonał Grim. Rozluźnił chwyt, pozwolił by klinga została przeniesiona na dół, po czym kopnął Egila w goleń odskakując pewnie i sprężyście. Egil zaklął siarżyście. Straciwszy równowagę po prostu usiadł na ziemi, wywołując salwę śmiechu. Przełknął głośno ślinę.
- Wiesz co to wojaczka, Grimie, synu Olvego.
- Czego nie można powiedzieć o tobie, Egilu, synu Skalgrima.
Pierworodny Skalgrima błyskawicznie skoczył na nogi. Grim zdążył się uchylić w ostatniej chwili. Gdyby nie szybki unik papa Olve miałby kogo opłakiwać. Egil może nie władał mieczem zbyt sprawnie, ale siła i szybkość dawały mu przewagę. Nim jeszcze przeciwnik zdołał ochłonąć, klinga już była przy uchu i tylko bardzo dobra finta uchroniła atakowanego. Impet pchnięcia odrzucił nieco Egila, ale zanim ktokolwiek zdołał policzyć do 3, chłopak znów przystąpił do ofensywy. Z uniesionym mieczem rzucił się na Grima. I zrobił podręcznikowy błąd. Nie przewidział ruchu przeciwnika. Grim spokojnie sparował pchnięcie, po czym niedbałym ruchem wytrącił miecz z ręki. Jednak mimo pozoru pewnej nonszalancji, kosztowało go to sporo wysiłku. Pot spływał mu po policzkach, a płytki oddech mówił sam za siebie. Mimo to nie zrezygnował z kpiny i lekceważącego uśmieszku.
- I co teraz powiesz Egilu Skalgrimssonie? Na statek nie bierze się słabeuszy. Chyba nieprędko zobaczyć ci żagiel wyprawowego drakkaru?
Egil splunął nieładnie.
- Chełpisz się wygraną na miecze, Grimie Olvessonie. Toporu jednak trzymać nie umiesz, a po tym przecie poznaje się prawdziwego mężczyznę.
Grim zacharczał. Tłum zafalował.
- Nie tobie sądzić, kto jest mężczyzną, a kto zasranym bachorem kryjącym się pod matczyna kiecką. Zresztą nasz pojedynek chyba wykazał to dobitnie.
Egil chwycił za przytroczony do pasa toporek.
- Jeśli sam nie zechcesz się wykazać w walce, zostaniesz do tego zmuszony.
- Ho ho, ledwo, co z pieluszek wyrósł, a już mi grozi! Patrzcie, patrzcie! Udaje męskiego, a niedaleko mu do zniewieściałego Hakona!
Skończywszy szydzić, całkiem nierozsądnie Grim odwrócił się. Włożył miecz do pochwy i wśród wiwatujących okrzyków ruszył w swoja stronę. Nie oglądając się.
To był błąd.
Egil wrzał. Z całej siły cisnął swój miecz, tak, że klinga przeszła zaledwie parę centymetrów od bujnej czupryny Grima. Z trzaskiem wbiła się w drzewo.
Grim zatoczył się. Z wrażenia. Gdy obrócił się, jego oczy były szeroko rozwarte. Przerażone.
- Uspokój się, nie było źle. Dobrze walczyłeś. Masz bardzo dobry atak. Jesteś w ogóle bardzo bystrym dzieciakiem.
Egil zachowywał się jakby nie słyszał. Wyjął spokojnie zza pasa swój toporek. Zbliżał się nieubłaganie.
Zew krwi. To właśnie poczuł Egil. Coś w nim zawyło.
Uniósł toporek.
- Błagam, oszczędź. Wygrałeś. Mogę być przegranym. Tylko błagam, nie rób mi nic. Litości, litości...
Nie dokończył.
Toporek został spuszczony w dół. Ze świstem powietrza, z głośnym, finalnym trzaskiem.
Bo Egil nie uznawał litości.
Przez szacunek dla przeciwnika.

* * *


Hakon wkurzył się nie na żarty. Jeszcze gorzej rzecz się miała z matką- uznała bowiem, że syn ma zadatki na dobrego wikinga i jak tylko podrośnie należy dać mu do zabawy statki. W innych okolicznościach takie słowa ucieszyłyby Egila. Miał jednak dziwne poczucie zawodu, dręczyły go nocne koszmary, a bracia patrzyli na niego zawistnie. Sytuacja stała się nie do wytrzymania.
Egil czuł, że chce być sam. Nie wiedział, co z sobą począć.
Jedynym dobrym wyjściem wydawał się las. Gdy jednak zaczęło się ściemniać, a w oddali rozległo się wycie, Egila przeszły dreszcze.
Bo to wył kto inny, nie jego przyjaciele, kochane tutejsze wilki.
Nigdzie nie widział Hasli.
Kiedy więc usłyszał kroki, jego ręka mocno zacisnęła się na trzonku topora.
- Spokojnie, to i tak nic ci nie da. Toporki ani żadne inne bronie, nie imają się nas.
Egil aż podskoczył. Z mroku wypłynęło kilkanaście par błyszczących oczu. I równie rzucających się w oczy kłów.
- Kim... kim jesteście? Czego ode mnie...
Zamiast odpowiedzi usłyszał przeszywające charczenie. Dziwni osobnicy chyba zaśmiewali się.
- Zawsze te same, standardowe pytanie. Cóż, chłopcze, rozczarowałeś mnie. Widząc twoją walkę w południe spodziewałem się czegoś innego. Lepszego.
Egil nie czekał na rozwój wypadków. W mgnieniu oka wyjął swą ulubiona broń, po czym rzucił się na stojącego najbliżej stwora, chcąc utorować sobie drogę.
Na próżno.
Zdawało mu się, że ostrze topora przeszyło osobnika. Mylił się. Nie poczuł na rękach tryskającej krwi. Odrzuciło go. Jakaś moc odepchnęła go. Poleciał 2 metry.
- Ładna próba, ale nie rób tego więcej. Szkoda twojego zadka, tylko się poobijasz.
Chłopak próbował się uspokoić. Nie było to takie łatwe. Krąg wokół niego zacieśniał się, a zewsząd dochodziły go szepty.
- Jesteś pewien, że on się nada?
- To, co zrobił było niezłe, ale sam potencjał nie wystarcza.
- Lepiej nie robić sobie wielkich nadziei.
- Takie małe olbrzymy nie są na ogół zbyt pojętne.
Przełknął głośno ślinę.
- Czemu akurat do mnie przychodzicie? Kim jesteście?
- Potrzebna nam świeża krew.
Serce Egila zakołatało ze strachu. Jednak śmiałe słowa same jakoś cisnęły się na usta
- Lepiej poszukajcie jej w kołyskach w osadzie. Mnie tak łatwo nie dostaniecie. Będę się bronił do końca.
Przywódca sfory zaśmiał się chrapliwie.
- Dobrze wybrałem. On się nada. Ale przyjrzeć się dokładniej nie zawadzi.
Pstryknął głośno i jak na komendę polanka rozświetliła się blaskiem niebieskich płomieni. Magicznych. W ich blasku Egil ze zdziwieniem stwierdził, że ma do czynienia z ludźmi, odzianymi w niedźwiedzie skóry. Nie potworami. Jeszcze bardziej szokujące okazało się, że on znał niektóre z tych twarzy. Zaginiony Sven z osady obok, jarl Thore, wuj Grima Olvessena i ... jego własny brat, którego wszyscy uznawali za zmarłego w boju.
- Gorm! Wytłumacz mi, o co w tym wszystkim chodzi!
Oczy rosłego mężczyzny w szarej niedźwiedziej skórze zaśmiały się serdecznie.
- Zobaczysz, bracie. Cierpliwości. Wszystko w swoim czasie.

* * *

Egil zobaczył.
Niejedno.
Zrozumiał, zmężniał, nabrał cierpliwości i zapragnął dołączyć do wspólnoty.
Sam, z nieprzymuszonej woli.
A przywódca z uśmiechem kiwnął pozwalająco głową.
Na wieść o tym całe bractwo odetchnęło. „Nareszcie!”
Młody Skalgrimsson przebywał wśród nich od czterech lat. Już dawno osiągnął wiek, kiedy chłopców wysyła się na wyprawy zamorskie. On marzył o tym z całego serca. Ale musiał czekać. Musiał dojrzeć.
- Czemu? Gorm, odpowiedz mi w końcu, czemu nie mogę płynąć!
- Nie jesteś jeszcze gotowy
Egil zniesmaczony pokiwał głową.
- Jak to możliwe? Ćwiczę codziennie od świtu do nocy. Nie ma tu nikogo, kto mógłby się ze mną równać- ni to siłą, ni techniką...
- Hola, hola! Nie pozwalasz sobie czasem na za dużo?
- Chyba mogę mówić z tobą szczerze? Trzeba być ślepym, by nie widzieć, że jestem tu najmocniejszy. Mam siłę niedźwiedzia, jestem szybki niczym lis. Całkowicie wdałem się w ojca...
- Rzeczywiście, co do tego nie ma wątpliwości- zaśmiał się rubasznie Gorm- jesteś, równie jak on, brzydki i zarozumiały.
Egil potrząsnął gniewnie kruczoczarnymi kędziorkami.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
- I nie zamierzam odpowiadać.
Gorm odwrócił się, uważając rozmowę za skończoną.
Egil widać się z tym nie zgadzał, bo w chwili następnej jego brat stał, przygwożdżony trzonkiem topora do pnia wysokiego buku.
- Zaczynam się ciebie bać, braciszku- Gorm głośno przełknął ślinę- Ale może naprawdę powinienem wreszcie powiedzieć, w czym rzecz?
- Oj, niewątpliwie powinieneś!- zaśmiał się serdecznie Egil. Cofnął uzbrojoną rękę, zapewniając bratu swobodę ruchów.
Gorm rozsiadł się na obrosłym mchem pniu. Było mu miękko. Mógł więc rozpocząć tłumaczenia.
- Pamiętasz ten dzień, a właściwie noc, kiedy ujrzałeś nas po raz pierwszy?
Przytaknął.
- Byłeś wtedy tak przestraszony, że... nie przerywaj- łypnął groźnie na zmarszczonego Egila- Wiem dobrze, trzęsłeś się jak osika. W swej obronie rzuciłeś toporem. Pamiętasz, co się wydarzyło?
Egil potarł w zamyśleniu czoło. Wskrzeszał w pamięci tamte wydarzenia.
- Oczywiście, że sobie przypominam. Rzuciłem toporem, ale nic się nie stało. Żadnej rany, nawet zadrapania. Tylko ja ucierpiałem w tym starciu- poleciałem na plecy.
- Widzisz, to właśnie odróżnia nas od innych ludzi
- To, że jesteście tacy, hmm, odpychający? Wreszcie to przyznałeś!
Egil ze śmiechu złapał się za brzuch
- Co? Nie ma się z czego śmiać, wyrostku?
- Wreszcie przyznałeś, jak bardzo jesteście odpychający! Haha, zawsze podskórnie czułem, że to ta wasza wielka tajemnica!
Gorm zacharczał złowieszczo.
- To są poważne sprawy, młokosie! Od tego w dużej mierze zależy, czy będziesz żyć!
Egil uspokoił się
- Oczywiście można tę naszą cechę nazwać „odpychaniem”. Jest jednak lepsze określenie. To „odporność”. Żadne pociski, strzały, klingi nie są w stanie wyrządzić nam krzywdy. Jesteśmy na to odporni. To czyni nas wielkimi i niezwyciężonymi. To powód, dla którego drżą obce oddziały. Nawet swoi urywają w pół słowa, gdy tylko wchodzimy. Drżą. Wiesz jak nas zwą? Berserkowie. Mamy płaszcze z niedźwiedzi. Zawdzięczamy je wyłącznie naszym rękom. Dlatego nas podziwiają. Dlatego drżą przed naszą potęgą i siłą.
Egil wybałuszył oczy. Nigdy o tym nie słyszał.
- Ta ochrona sprawia, że jesteśmy niepokonani. Nie każdy może taki być. Więc sami wybieramy, kto na to zasługuje. Przywódca dał ci swoją zgodę. Reszta zależy od ciebie.
- Nie rozumiem. Co ode mnie zależy? Jaka reszta?
Gorm położył mu rękę na ustach. Nakazał milczenie.
- Jest pora odpoczynku. Twoje wrzaski zbudzą towarzyszy. Więc siedź cicho.
- Ale...
- Wszystkiego dowiesz się dziś wieczór. A teraz zmykaj.

* * *

Na polanie huczało ognisko. Jak zawsze, gdy coś ważnego miało się wydarzyć.
Egil czuł, jak wszystko przed nim wiruje. Serce biło mu jak oszalałe. Nie mógł powstrzymać natłoku galopujących myśli.
Usiadł dopiero, gdy w kręgu światła pojawił się Wielki Wódz.
- Spocznijcie! Dzisiejsza noc pewnie wielu z was zapadnie w pamięć. Aby należycie ją uczcić... Ach, szkoda gadać. Wnieście trunki!
Podczas, gdy reszta oddała się przyjemności wypicia paru kufli miodu, przywódca zbliżył się do siedzącego samotnie Egila.
- Gorm ci opowiedział, prawda?
- Nie o wszystkim. Nie wiem, co mam zrobić, by stać się „odpornym”.
- Mało kto to wie. To rodzaj magii. Tylko nieliczni posiadają tą tajemnicę.
- To ty Wielki Wodzu, prawda? Ty wiesz?
- Nie, Egilu, to nie ja. Nie ma wśród nas osoby, która by...
- To co ja mam zrobić? Ja tak bardzo chcę...
- Czekaj. Cierpliwości. Może zrozumiesz. Może nie. Tak jak większości, tak i tobie pozostaje starodawny rytuał. Ale zastanów się. Potem już nie będzie odwrotu.
Egil uśmiechnął się.
- Nie ma nad czym myśleć. To jedyna rzecz, której pragnę.
- Nie, zastanów się jeszcze chwilę. Czy zauważyłeś, że jesteśmy tu odcięci dla świata? Z wyjątkiem wojska, gdzie jesteśmy mile widziani, nikt nas nie potrzebuje. Nie istniejemy. Jesteśmy niewidzialni. To duży ciężar, nie każdy potrafi go udźwignąć. Jesteś gotów?
- Od zawsze. Zawsze na to czekałem.
- Więc słuchaj, słuchaj uważnie. Świętujemy tu dziś wiosenne przesilenie. Tak ogłosiłem wśród współbraci. Część z nich podejrzewa jednak, że pod tym kryje się coś więcej. Oni patrzą na ciebie. Na każdy twój ruch. Nie zawiedź.
Egil ani drgnął. Chłonął słowa jak gąbka.
- Aby otrzymać od Bogów tę niezwykłą moc, musisz dowieść swego męstwa. Właśnie teraz udasz się w głąb lasu i wytropisz niedźwiedzia. Topór i inną broń zostawiasz tu, w obozie. Idziesz na spotkanie ze zwierzem całkowicie bezbronny...
- Ale to pewna śmierć!
- Gdyby to było takie łatwe, nie popijałoby tu miodu 20 mężczyzn, lecz 200. I być może wśród nich znalazłaby się jakaś kobieta. Widzisz tam, przy ogniu, jakąś kobitę? Nie? No właśnie. Berserkowie to nie są byle ludzie. Muszą być silni, wytrzymali i nieustraszeni. Aby móc się tak nazwać, trzeba sobie na to zasłużyć. Dlatego pójdziesz do lasu i przyniesiesz skórę niedźwiedzia. Masz czas do świtu.
Był tak zaskoczony, że nie umiał wstać.
- Bez broni?
- Jako słyszałeś. Nie masz za dużo czasu. Ruszaj!
Usłuchał.

* * *
Wrócił o świcie. Ale nie tego dnia, ani następnego. Od ostatniej uczty minął już tydzień.
Pierwszy wypatrzył go jarl Thore.
Gdy wchodził na polanę, czekała na niego cała wspólnota.
Gorm klepnął brata po ramieniu i... znieruchomiał.
- Egil, co ty masz na sobie?
Nic. Zero odpowiedzi. Wokół rozległy się szepty. Ktoś rzucił:
- Egil, odpowiedz! Wódz ci nie powiedział? Niedźwiedź. To miał być niedźwiedź. Niedźwiedź! Chyba się pomyliłeś.
W obozie zapanowała ogólna wesołość.
Egil nie zważał na to. Niespiesznie ruszył do namiotu przywódcy.
- Wykonałem.
- Nie wątpię. W końcu wróciłeś- uśmiechnął się pomarszczony mężczyzna- Powiedz tylko, czemu masz na sobie wilcza skórę. To... trochę nietypowe.
- Ty Wodzu też mi nie wierzysz?
- Nie ja ci nie wierzę. Ludzie się dziwią. Naśmiewają. Łatwe do przewidzenia. Gdy się okaże, że masz to, co oni, wpadną w wściekłość. Bo osiągnąłeś to samo, zabijając zwierzę dwa razy mniejsze. Wilka! Ha, dobre sobie. Tak powiedzą. Nie spodoba im się to, że dwa razy mniej wysiłku dla osiągnięcia tego samego, co i oni.
Egil usiadł na wymoszczonym futrem pniu. Zrobił się nienaturalnie blady
- Wąwóz. Trzy stajania stąd na północ. Pod wielkim dębem.
- Egil, wytłumacz...
Nie dokończył. Egil leżał na ziemi. Zemdlał. Wysiłek ostatnich paru dni zabrał mu wszystkie siły.

* * *

Oczywiście nie omieszkali sprawdzić wskazanego przez Egila miejsca.
Gdy wyprawa badawcza powróciła, w obozie zapanował prawdziwy zamęt. Ludzie przekrzykiwali się nawzajem, dochodziło nawet do rękoczynów.
- Co jest? Co się stało?
- Powrócili z wywiadu. Egil... On jest wielki!
Wódz skrzywił się w grymasie
- Nie jest to zbyt odkrywcze. Ma to po ojcu. Wystarczy spojrzeć na brata...
- Nie, Wodzu. To coś innego. To rzeczy, jakich on dokonał.
- Mów jaśniej. Albo...jarlu Thore, chodź tu szybko. Co to za zamieszanie?
- Gorm z ludźmi powrócił z wąwozu. Gdyby nie słowa Egila, pomyślałby, że to cmentarzysko. Osiem niedźwiedzich trupów. Wszystkie stosunkowo świeże, nierozłożone. Sprawa sprzed trzech dni, a więc wszystko się zgadza.
- Powiedziałeś osiem?
- Dokładnie. Takie coś się jeszcze nie zdarzyło.
Wódz kiwał z niedowierzaniem głową. Skierował się w stronę swojego namiotu. Tam, gdzie leżał i odpoczywał Egil.
- Masz mi coś do wyjaśnienia, synu Skalgrima. Czekam niecierpliwie.
Kiedy już nikt nie mógł go słyszeć, klasnął w dłonie i wybuchnął śmiechem.
- Osiem za jednym razem! Oj, wytłumaczysz się Egilu. Ale teraz przynajmniej nikt nie może mi nic zarzucić. Miałem czuja, wybierając właśnie ciebie. Niechaj się stanie wola Bogów!

* *

- Osiem? Naprawdę było ich aż tyle? Nic nie pamiętam...
Miny słuchaczom zrzedły. Czekali na fascynującą opowieść o pokonaniu sfory niedźwiedzi, a tu głównego bohatera pamięć zawodzi!
- Przypomnij sobie.
- Na pewno pamiętasz!
- Spokojnie, zaraz wszystkie wspomnienia wrócą.
Egil patrzył na nich jak na obcych.
- Zostawcie mnie samego.
Nie dosłyszeli. Albo udawali, że są głusi. Żaden się nie ruszył.
- Powiedziałem, abyście zostawili mnie samego.
Dopiero to pomogło. Niechętnie ruszyli do wyjścia. Pozostał tylko Wódz.
- Tym razem się nie wymigasz, Egilu. Leżysz tu już drugi tydzień. Przy twojej krzepie i sile oraz młodym wieku, to nie jest normalne. To, co wydarzyło się w wąwozie musiało być bardzo ważne. Mów.
Egil milczał długą chwilę. Wódz już myślał, że i tym razem musi dać za wygraną, gdy młodzieniec wyszeptał
- Hasla.
Przywódca osłupiał. W jego oczach pojawił się błysk dzikiej radości. Tyle na to czekał! Wreszcie!
- Hasla, moja matka- wilczyca. Już na zawsze pozostanie ze mną. Złożyłem jej obietnicę.
Egil zamknął oczy. Odgrzebywał niedawne fakty.
- Została postrzelona przez kusznika z wioski obok. Angielski pomiot. Sprowadzają ich tu tyle, a to przecie wbrew Odynowi. Thor też się gniewa...
Chwila ciszy.
- I ja się gniewam. Gdy ją znalazłem, Hasla była już w bardzo złym stanie. Straciła dużo krwi. Co gorsza, wiele zwierząt już to wyczuło.
Jego oddech stał się płytszy. Słowa coraz bardziej urywane.
- Pierwszy nadszedł już po dwóch godzinach... od znalezienia Hasli... w wąwozie... Czułem, że to jej koniec...nie potrafiłem... nie mogłem pozwolić... by ją rozszarpały.
Egil westchnął.
- Naprawdę było ich osiem? Nie miałem czasu, by liczyć. Przychodziły jeden po drugim... Ani chwili na odpoczynek. Hasla słabnie w oczach... ja nawet nie mogę... porozmawiać. Tylko walka. Przyszły po łatwy kąsek...znalazły śmierć. Śmieszne prawda?
Znów pauza.
- Chyba dwa dni nie spałem. I ona, i ja straciliśmy wiele sił. Zawyła. Podała mi łapę. I zdechła.
Tym razem Egil milczał z dobre pięć minut. Wódz już miał zamiar opuścić namiot, gdy chłopak znów zaczął
- Wiesz, ja kochałem Haslę. I ona odeszła...Nie chciałem zapomnieć...Chciałem zawsze nosić w sercu. Na sercu...może na plecach... Wziąłem skórę, obrobiłem ją. Bez noża było to dość trudne. Byłem cały z krwi... JEJ krwi. To moje piętno. Już rzeczywiście nie mogę należeć do ludzi. Do was... do was też raczej nie należę- gdzie moja niedźwiedzia skóra? Mam tylko wilczą...
- Wystarczy poprosić, któregoś z współbraci, to wygarbujemy. Tyle trupów zostało. Wybierzesz sobie.
Egil spojrzał z politowaniem.
- To nie to samo. Nie jestem jednym z was. Moja tarcza zrodziła się z miłości do wilczycy. Wasza- z nienawiści do niedźwiedzia. To coś zupełnie innego.
Teraz to wódz milczał. Wiele się zmieniło.
- Więc kiedy odchodzisz?
Egil zapatrzył się w dal. Rzadko spotykane u trzynastolatka.
- Za dwa dni.
Wódz wyszedł zawiedziony. Poszedł obwieścić nowinę w obozie.
Egil wciąż leżał na posłaniu. Oczy mu błyszczały.
- Tak, za dwa dni. Moja historia rozpocznie się już za dwa dni. Teraz sam muszę znaleźć swoją drogę. Własny drakkar, na który wsiądę.

* * *

Egil znalazł to, czego szukał.
Bo wiedział, do czego dąży.
Jego imię stało się sławne w całej Skandynawii. Nawet w Brytanii ludzie drżeli, gdy słyszeli o jego wyczynach.
Najsławniejszy z Berserków, a jednak jakby poza nimi.
Wśród ludzi, a mimo to jakiś nieludzki.
Egil Skalgrimsson, największy wojownik w dziejach wikingów.

Gdy bard pragnie skupić uwagę słuchaczy, trąca strunę i zaczyna balladę o Egilu.
Słuchają wszyscy- młodzi, starzy, chłopcy, dziewczynki.
Każdy marzy o sile, ofiarowanej mu przez bogów.
Mało kto wie jednak, jakim cierpieniem została ona okupiona.

Opublikowano

wiem, że nazwy są dziwne i w ogóle pokręcone, ale to nie tylko buduje nastrój. Imiona są prawdziwe (Egil i Grim), także nazwa berserkowie( ber-niedżwiedż, serk- płaszcz)- tak nazywani byli wojownicy odziani w niedżwiedzie skóry, odporni na wszelkie skaleczenia i rany. drakkary to wikińskie, dość specyficzne statki. mam nadzieję, że tekst będzie teraz bardzie jasny:)

Opublikowano

Powiedzałbym- nie moja działka. Ale... Ale znakomita kompozycja, dobra akcja, świetny język. W sumie podobało mi się. Nie ma jednak róży bez kolców.
Przede wszystkim wyrzuciłbym te metry i zaminił na jakąs inną jednostkę miary (piędzi, łokcie, stopy, albo nawet " na wzrost dużego chłopa")
co najmniej trzy razy coś w opowiadaniu "charczy". Poszukaj może jakiegoś synonimu.
słowo "kobita"- w tym tekście zgrzyta
Miałem czuja -czuja!? Przefajnowałaś
Szkoda tylko, że nie napisałaś tego używając run ;)
P.S.
Wikingowie uzywali nie tylko drakkarów (z wizerunkiem smoka na dziobnicy), ale również snekkerów (ze żmiją). Porównaj z dragon, snake

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...