Nie spalił domu.
Mało tego
nie zamierzał nawet
niczego już dotykać ani czytać
a tym bardziej zabierać ze sobą.
Niech to miejsce i ten dom
po prostu gnije w czerni nocy.
W widmie prastarego kultu
Przedwiecznych istot,
które przywołał jego
trawiony obłędem
lub bluźnierczą wiedzą ojciec.
Spieszył się jak mógł.
Na szczęście nie zabrał ze sobą
stosu walizek i podróżnych pakunków
a jedynie podręczny neseser i skórzaną torbę o posrebrzanym zatrzasku
w stylu toreb lekarskich.
Ilekroć oddalał się
od framug okiennych
na dłużej niż kilka minut
to wracał zaraz szaleńczo
na przełaj przez zagracony pokój
do zajętych przez
oddech letargicznej mgły szyb.
Wyglądał bacznie lecz z ukrycia,
na ciche podwórze.
Stał na nim pozostawiony
przez ludzi komendanta radiowóz.
Wiedział, że nie przyda im się już
na tamtym świecie.
Mimo to szybko zrezygnował
z zuchwałej lecz całkowicie
w zaistniałej sytuacji logicznej kradzieży auta.
Po pierwsze dlatego,
że ktoś mógł go zobaczyć
jak jedzie autem policyjnym
w stronę miasteczka i stacji kolejowej
nie mając munduru ani insygni.
Szybko skojarzono by
uprowadzenie lub kradzież.
A nie chciał by
ścigały go siły z tego i innego wymiaru
w ten sam zajadły sposób.
Po drugie nie miał kluczyków
a nie potrafił odpalić auta bez nich.
Wreszcie nie wiadomo
w jakim stanie
było auto.
Bak mógł być pusty.
Noyes mógł celowo
uszkodzić samochód
gdy nikt nie patrzył.
A ostatnie czego sobie życzył
to wypaść z drogi
na jednej z zalesionych serpentyn
i zlecieć w przepaść
grzebiąc wraz ze swą śmiercią tajemnicę istot z Yuggoth.
Właśnie, pamiętnik i zapiski.
Zabrać je ze sobą i próbować zapobiec
odrodzeniu się kultu.
A może przekazać je osobom,
które jak dawniej jego uczony ojciec,
będą w stanie zatrzymać tą spiralę chaotycznej grozy.
Przecież to absurd.
Szukanie ratunku w wiedzy i rozsądku.
W najlepszym wypadku
zignorują go lub wyśmieją.
W najgorszym,
zgotują los opętanego wariata.
Ale czy nie byłoby to
lepszym rozwiązaniem niż ukłon
przed ołtarzem Rady.
Dziesięć lat obłędu
a potem los niewolniczego robaka.
I podróż w przestrzeń kosmiczną.
Gdzie nie ma słońca ani księżyca.
Nie ma dni ani nocy.
Jest tylko ON
w jądrze pierworodnej grozy.
Pierwszy cień wszechświata.
Jego imię
przybyło kiedyś do świadomości
w głębokim śnie o początku czasu.
Jego skrzydła są
nieatomicznym niebytem
polarnej pustki.
Słowa są jadem żałoby.
A postać, pieczęcią końca istnienia.
Nyarlathotep!
Władca czasu i dni.
Ten, któremu ślubują
nawet myśli Przedwiecznych.
Na wspomnienie którego drżą
serca, dusze, góry i niebo
wszelkich krain jawy i snu
od Celephais do Leng
aż po pochmurne, ponure Kadath
skryte przed ludzkim wzrokiem i snem,
ostałe na wieki w zimnej postaci.
Złapał się z całej siły za włosy i szarpał.
Zamykał kurczowo oczy
i jęczał z bezsilnej agonii umysłu.
Nie przywołuj ich!
Nie daj się opętać!
Miał dość.
Musiał zniknąć na dziesięć długich lat.
Nie zamierzał zgłaszać niczego policji.
Jak bowiem opisać to,
co nie mieści się w żadnym raporcie?
Jak wytłumaczyć pamiętnik
pisany ręką ojca
a jednak nie należący już do człowieka?
Jak przedstawić coś,
skoro nawet cudowne ryciny
i malowidła Przedwiecznych
nie były w stanie
odnaleźć określeń dla tak
druzgocącego zmysły plugastwa.
Jak mówić o Yuggoth,
skoro dla uczonych i ich teleskopów,
jego położenie na niebie jest próżnią.
Poza Neptunem jest tylko
pas kamieni i asteroid.
Nie ma tam dziewiątej planety.
Nie ma ich i ich plugawego potomstwa.
Inwokację i modlitwy,
dowiodły by prawdziwości jego słów,
Lecz nie zmusi
choćby i za cenę ocalenia świata,
swoich ust do odczytania tych sylab.
Szalony Arab uczynił to
i spisał je w księdze przed wiekami.
Przypłacił to jednak duszą,
która do dziś pewnie,
krąży między bramami
i poza granicą Tiamat.
Na stację dotarł o świcie.
Była jedną z tych prowincjonalnych, zapomnianych przez rozkłady.
Perony popękane,
zegar stojący od lat
na tej samej godzinie,
powietrze ciężkie od pary i sadzy.
Zamierzał kupić bilet
na pierwszy pociąg,
byle dalej,
byle w przeciwnym kierunku
niż wrzosowiska.
Panie…
Głos wyrwał go z zamyślenia.
Jakiś młody Murzyn
stał tuż przy kiosku z gazetami.
Był ubrany schludnie,
lecz staromodnie,
jakby wyszedł
z fotografii sprzed dekad.
Miał oczy nienaturalnie spokojne,
nie śledziły jego ruchów,
raczej oczekiwały,
aż on sam podejdzie bliżej.
Zostawiono dla pana przesyłkę.
Powiedział,
podając niewielki pakunek
owinięty w szary papier.
Proszono, bym przekazał osobiście.
Od kogo?
Zapytał odruchowo.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko,
z uprzejmością urzędnika,
który zna odpowiedź,
ale nie widzi powodu,
by ją wypowiedzieć.
Od rodziny.
Zanim zdążył zapytać
o cokolwiek więcej,
rozległ się gwizd lokomotywy.
Gdy odwrócił głowę,
mężczyzny już nie było.
jakby rozpuścił się w porannej mgle
i parze unoszącej się znad torów.
Wsiadł do pociągu.
Drzwi zatrzasnęły się
z głuchym metalicznym dźwiękiem,
który zabrzmiał niczym pieczęć.
Pakunek rozwinął dopiero,
gdy skład ruszył.
W środku znajdował się pamiętnik
mniejszy od poprzedniego,
oprawiony w ciemną skórę,
zimną w dotyku.
Kartki były wyklejone fotografiami.
Nie przedstawiały Ziemi.
Bazaltowe góry wznosiły się
pod nienaturalnym kątem,
jakby prawa perspektywy
zostały tam odrzucone.
Wąwozy ciągnęły się
w nieskończoność,
a cienie nie zgadzały się
z położeniem światła.
Niebo było martwe, jednolite,
pozbawione barwy,
której mógłby nadać nazwę.
Na ostatniej fotografii rozpoznał ojca.
Stał obok Noyesa.
Obaj odziani byli w
ciężkie, ceremonialne szaty,
haftowane symbolami,
które przypominały
astronomiczne diagramy
lecz prowadziły nie ku gwiazdom
a w byt poza nimi.
Za ich sylwetkami wznosiły się
ciała istot, których nie
sposób było opisać
bez obrzydzenia i pogardy.
Oni z Yuggoth.
List wypadł spomiędzy kart.
Pismo ojca było równe,
spokojne, niemal szczęśliwe.
Jestem bezpieczny...
Jestem szczęśliwy...
Yuggoth jest miejscem ładu,
którego Ziemia nigdy nie zaznała.
Rada była łaskawa.
Wracam za dziesięć lat, co do dnia.
Do tego czasu
ktoś musi
karmić portal na wrzosowiskach.
Wiem, że rozumiesz.
Nikt nie może opierać się woli Rady.
Za dziesięć lat złożysz ofiarę
i dołączysz do nas
w kolejnej podróży
na dziewiątą planetę układu.
Pociąg sunął naprzód,
jednostajnie, obojętnie.
Za oknem krajobraz zmieniał się powoli.
Wrzosowiska, pastwiska
i senne wioski
o dachach krytych gontem,
ustępowały miejsca
czarnym, kamiennym pustyniom
z onyksu i bazaltu.
Widział ludy tańczące nago i dziko
wokół płonących ognisk.
IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA!
IARRUGISHGARRAGNARAB!
Ich nieludzkie wycie
odbijało się od zboczy mgielnych gór.
Tory ciągnęły się dalej
ku przeznaczeniu końca.
Aż do samotnej góry
pośród płaskowyżu żalu.
W której mieszka wieczny Pan.
Nienasycony chaos.
Opowiadanie z dedykacją
dla Lenore Grey
i z nadzieją by świat Lovecrafta
do którego ma zamiar wejść
był dla niej niesamowitą przygodą
i natchnieniem w pisarskiej pracy.
Tak samo jak dla twórcy tej opowieści.