musiałem odejść
w stronę swojej bezlitosnej ultima thule
na antypodach języka
żebyśmy nie stawali się powoli dla siebie
kamieniami u szyi
krzywymi lustrami,
słowami niczym strzały z bata
nikt przecież nie zawinił
że ty wybrałaś nietykalność snu
a ja ocieranie potu z czoła
i ból ramion zmęczonych
nadmiarem rzeczy konkretnych
już nie mam prawa wiedzieć
co skrywa twoja cisza
ale przecież nadal jestem
choć nie czujesz już na szyi mojego oddechu
i nawet teraz wciąż chciałbym się o ciebie
zatroszczyć
jeśli trzeba
przeprowadzić cię przez to rozstanie
najdelikatniej
podać ci dłoń bo może drżysz
przed pierwszym odcinkiem ścieżki
na której kamienie i ciernie
będą toczyły spór o twoje serce
później przeniósłbym cię na rękach
ostrożniej niż jednodniowe jagnię
przez zbutwiały most nad rzeką pamięci
co do samego końca nie potrafi odpuścić
i wziąłbym na siebie ostatnie wizgi
ścigającej nas ulewy
a dalej pójdziesz już sama
czułą łąką skrajem lasu
brzegiem jadeitowego jeziora
znikniesz za migotaniem mgieł
po kolana w ciepłych plątaninach kostrzew i tymotek
uniesiesz się na skrzydłach z zielonej organzy
nad spokojem polnych kwiatów utkanych w konstelacje
oznaczające nowy lepszy czas
odlecisz aż za balsamiczny horyzont
z twoich najmilszych obrazów
tam gdzie wieczorne niebo z ziemią splatają się
w ukojeniu