Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
vioara stelelor

vioara stelelor

musiałem odejść

w stronę swojej bezlitosnej ultima thule

na antypodach języka

żebyśmy nie stawali się powoli dla siebie

kamieniami u szyi

krzywymi lustrami,

słowami niczym strzały z bata

 

nikt przecież nie zawinił

że ty wybrałaś nietykalność snu

a ja ocieranie potu z czoła

i ból ramion zmęczonych

nadmiarem rzeczy konkretnych

 

już nie mam prawa wiedzieć

co skrywa twoja cisza

ale przecież nadal jestem

choć nie czujesz już na szyi mojego oddechu

i nawet teraz wciąż chciałbym się o ciebie

zatroszczyć

 

jeśli trzeba

 

przeprowadzić cię przez to rozstanie

najdelikatniej

podać ci dłoń bo może drżysz

przed pierwszym odcinkiem ścieżki

na której kamienie i ciernie

będą toczyły spór o twoje serce

 

później przeniósłbym cię na rękach

ostrożniej niż jednodniowe jagnię

przez zbutwiały most nad rzeką pamięci

co do samego końca nie potrafi odpuścić

 

i wziąłbym na siebie ostatnie wizgi

ścigającej nas ulewy

 

a dalej pójdziesz już sama

czułą łąką skrajem lasu

brzegiem jadeitowego jeziora

 

znikniesz za migotaniem mgieł

po kolana w ciepłych plątaninach kostrzew i tymotek

uniesiesz się na skrzydłach z zielonej organzy

nad spokojem polnych kwiatów utkanych w konstelacje

oznaczające nowy lepszy czas

 

odlecisz aż za balsamiczny horyzont

z twoich najmilszych obrazów

tam gdzie wieczorne niebo z ziemią splatają się

w ukojeniu

vioara stelelor

vioara stelelor

musiałem odejść

w stronę swojej bezlitosnej ultima thule

na antypodach języka

żebyśmy nie stawali się powoli dla siebie

kamieniami u szyi

krzywymi lustrami,

słowami niczym strzały z bata

 

nikt przecież nie zawinił

że ty wybrałaś nietykalność snu

a ja ocieranie potu z czoła

i ból ramion zmęczonych

nadmiarem rzeczy konkretnych

 

już nie mam prawa wiedzieć

co skrywa twoja cisza

ale przecież nadal jestem

choć nie czujesz już na szyi mojego oddechu

i nawet teraz nadal chciałbym się o ciebie

zatroszczyć

 

jeśli trzeba

 

przeprowadzić cię przez to rozstanie

najdelikatniej

podać ci dłoń bo może drżysz

przed pierwszym odcinkiem ścieżki

na której kamienie i ciernie

będą toczyły spór o twoje serce

 

później przeniósłbym cię na rękach

ostrożniej niż jednodniowe jagnię

przez zbutwiały most nad rzeką pamięci

co do samego końca nie potrafi odpuścić

 

i wziąłbym na siebie ostatnie wizgi

ścigającej nas ulewy

 

a dalej pójdziesz już sama

czułą łąką skrajem lasu

brzegiem jadeitowego jeziora

 

znikniesz za migotaniem mgieł

po kolana w ciepłych plątaninach kostrzew i tymotek

uniesiesz się na skrzydłach z zielonej organzy

nad spokojem polnych kwiatów utkanych w konstelacje

oznaczające nowy lepszy czas

 

odlecisz aż za balsamiczny horyzont

z twoich najmilszych obrazów

tam gdzie wieczorne niebo z ziemią splatają się

w ukojeniu



×
×
  • Dodaj nową pozycję...