Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Arsis

Arsis

Stańmy obok tego drzewa. Spójrz jak spada na nie milczący krajobraz. Milczące niebo

prószące mżącymi kryształkami lodu. To drzewo jedyne. Samotne.

Gdzieś w polu nieskończonej pustki. I gdzieś w pół drogi, kiedy idę: Ty.

 

I znowu: Ty.

 

Te skrzące się drobiny osiadają na twoich rzęsach.

Na moich. Naszych włosach.

Oprószają srebrem skronie.

I dłonie, kiedy wyciągamy je do siebie

w rozterce i trwodze nieubłaganego czasu.

 

Nie słychać niczego.

Nawet wron,

które zazwyczaj uświadamiają nam swoją obecność.

W dalekich odgłosach grzęznących w gąszczu chropawych, brudnych nawoływań…

 

Chodźmy.

Pójdźmy.

Gdzieś.

 

… dokądś...

 

Gdzie nie spojrzeć, olśniewająca biel.

Tak bardzo

lśniąca,

że aż oślepia. I rani.

 

I ta biel rozwija przeogromne skrzydła

milczących oceanów. Oceanów westchnień idących skądś, dokądś…

 

- znikąd i donikąd…

 

Jakby ze snu wychodziły

czyjeś oddechy,

niknące w oddali.

 

W jasnej przestrzeni

nieskończonego śniegu padającego miękko.

 

Coraz więcej

na gałęziach

i dłoniach mrozu.

 

Na twarzy

mojej i twojej.

Na źrenicach naszych…

 

Kiedyś

tutaj,

latem…

 

Lecz teraz nie ma niczego. I chyba nigdy nie było. Bo gdzie spojrzeć, jedynie biel skrzypiąca pod

stopami.

 

Mżąca w spojrzeniach

zlęknionych pustką.

 

Wszechpotężną,

bo obojętną.

Wzgardzającą nami.

 

Otulającą coraz bardziej mrozem.

 

Nic nie mówimy. I chyba nigdy nic nie mówiliśmy.

Bowiem zamarzły nam w tej obojętności usta.

 

Szronem

okryte.

Śmiertelnie blade.

 

I twarde jak kamień. Błyszczące…

 

Lecz cóż mogłoby z nich ulecieć w przestwór?

Jedynie ciche, zalęknione metafory.

 

Wytarte jak okładka starej książki. Rzucona w kąt ciemnego pokoju.

 

Już niczyja.

Pokryta kurzem

i srebrną pajęczyną smutku.

 

Widzisz? Spójrz.

Jesteśmy samotnie nadzy

w swym jasnowidzeniu. Przejęci chłodem i ciszą.

 

Co przed nami? Kamienna nicość. Dwa kamienie. Skute lodem lśniące obeliski...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-01)

 

 

Arsis

Arsis

Stańmy obok tego drzewa. Spójrz jak spada na nie milczący krajobraz. Milczące niebo

prószące mżącymi kryształkami lodu. To drzewo jedyne. Samotne.

Gdzieś w polu nieskończonej pustki. I gdzieś w pół drogi, kiedy idę: Ty.

 

I znowu: Ty.

 

Te skrzące się drobiny osiadają na twoich rzęsach.

Na moich. Naszych włosach.

Oprószają srebrem skronie.

I dłonie, kiedy wyciągamy je do siebie

w rozterce i trwodze nieubłaganego czasu.

 

Nie słychać niczego.

Nawet wron,

które zazwyczaj uświadamiają nam swoją obecność.

W dalekich odgłosach grzęznących w gąszczu chropawych, brudnych nawoływań…

 

Chodźmy.

Pójdźmy.

Gdzieś.

 

… dokądś...

 

Gdzie nie spojrzeć, olśniewająca biel.

Tak bardzo

lśniąca,

że aż oślepia. I rani.

 

I ta biel rozwija przeogromne skrzydła

milczących oceanów. Oceanów westchnień idących skądś, dokądś…

 

- znikąd i donikąd…

 

Jakby ze snu wychodziły

czyjeś oddechy,

niknące w oddali.

 

W jasnej przestrzeni

nieskończonego śniegu padającego miękko.

 

Coraz więcej

na gałęziach

i dłoniach mrozu.

 

Na twarzy

mojej i twojej.

Na źrenicach naszych…

 

Kiedyś

tutaj,

latem…

 

Lecz teraz nie ma niczego. I chyba nigdy nie było. Bo gdzie spojrzeć, jedynie biel skrzypiąca pod

stopami.

 

Mżąca w spojrzeniach

zlęknionych pustką.

 

Wszechpotężną,

bo obojętną.

Wzgardzającą nami.

 

Otulającą coraz bardziej mrozem.

 

Nic nie mówimy. I chyba nigdy nic nie mówiliśmy.

Bowiem zamarzły nam w tej obojętności usta.

 

Szronem

okryte.

Śmiertelnie blade.

 

I twarde jak kamień. Błyszczące…

 

Lecz cóż mogłoby z nich ulecieć w przestwór?

Jedynie ciche, zalęknione metafory.

 

Wytarte jak okładka starej książki. Rzucona w kąt ciemnego pokoju.

 

Już niczyja.

Pokryta kurzem

i srebrną pajęczyną smutku.

 

Widzisz? Spójrz.

Jesteśmy samotnie nadzy

w swym jasnowidzeniu. Przejęci chłodem i ciszą.

 

Co przed nami? Kamienna nicość. Dwa kamienie. Skute lodem lśniące obeliski...

 

(Włodzimier Zastawniak, 2026-02-01)

 

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...