Zmrożone z szosy, w łuki mgieł pod niebo.
Wiraż przy kuchni, a witraże w lewo.
Jak w synekury echu słabnącym,
liczę na szelest, oddech i słońce.
Chudoby nasze.
Dla was koszule, wszelakie pierze,
ale imienia Jego
w tej ramie róży Wileńskiej strzegą
całą w kaftanie jak z mrozu koronki
na płonącym z piersi oddechu jabłonki.
*
Gdy się obudzę, a inni mi rzekną,
co było wczoraj, a
kto mnie odwiedził,
tylko mi pokaż barwy meldunek
z szerokim okiem na ptasie śpiewy.
Popraw podusie, a co trzeba, załatw
i nie odmawiaj nic
bez strzępka światła,
a porozmawiać mogliśmy dzisiaj,
przeskoczyć mury skokiem gazeli.