Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ewa...
Ewę znał każdy mieszkaniec naszej dzielnicy. Nie ma sensu rozdrabniać szczegółów. Każdy ją znał i już. Pracowała w warzywniaku na rogu. Nie umiałem pojąć jak taka prosta, głośna i przede wszystkim wiejska dziewucha mogła dostać tam robotę… Może trochę przesadzam, ale na moją korzyść działa wiele argumentów, choćby stopa bezrobocia w naszym kraju, mieście, a szczególnie w naszej dzielnicy... Stopa tak wielka, że można by zdeptać nią wszystkich przedstawicieli rządzących partii. A może nie... Jeśli żyją... Ewa w każdym razie jakoś zdobyła tę pracę, co było naprawdę dziwnym zbiegiem okoliczności, głupim żartem.
- Dzień dobry – chciałem być miły, gdy zobaczyłem tak ładną dziewczynę.
- Czego?! – stanąłem jak wryty, słysząc po raz pierwszy jej sposób traktowania klienteli, jednocześnie oszołomiony jej urodą – Mówisz pan, czy mam obsłużyć kogoś innego? Nie płacą mi za wąchanie żulerstwa.
- Dwie z miodem. Te tańsze, bez banderoli.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę tej kobiecie zawdzięczał życie... Ba, że będzie jej zawdzięczać życie wielu niewinnych ludzi.
- Co się pan tak gapisz?! – krzyknęła dając wyraz swemu wiejskiemu akcentowi – Jakby nie wiedział ile się należy.
Wyciągnąłem z kieszeni należność wyliczoną co do grosza. Ulżyło mi nieco w spodniach. Trzy pięćdziesiąt, trzy i pół kilo miedzianych w najdrobniejszej postaci. Przybyło mi za pazuchą, bo tam schowałem dwie flaszki. Nie na długo.
Tak robiłem co dzień, od niepamiętnych lat. Nie tylko ja, w ten bowiem sposób cała dzielnica odnajdowała sens życia. W ten sam sposób wszyscy w krótkim czasie poznali Ewę, która miała w tej dzielnicy monopol na tanie wina. Wiesiek nawet, co nie jest dziwne, oberwał raz w ryj, bo najwidoczniej przystawiał się do wieśniaczki. Stracił od tamtego czasu w oczach kolegów, jakby cokolwiek, kiedykolwiek znaczył. My wszyscy nic przecież nie znaczymy. Jesteśmy nikim, w wielkim wszechświecie pieniędzy i władzy. Jesteśmy niczym w kosmosie żądz i zachłanności. Pod tym względem nawet nasze słabości, nałogi też były niczym... Nie mogliśmy porównywać się z tym światem. Oni we wszystkim nas przerastali. Nawet zło, które nas trawiło, było dobrem w porównaniu z tym, co oni mieli w środku. W głębi duszy wiedziałem, że to nie my jesteśmy na tym świecie opuszczeni, że to nie nasza wina. My po prostu nie kryjemy się... Uświadomiłem sobie to tym bardziej, gdy zobaczyłem zawartość paczuszki przyniesionej przez Stacha.
Zerknąłem do środka i aż mi dech w piersi zaparło, strasznie mi zaparło... Moim oczom jawiła się mała bordowo oprawiona książeczka ze zdobionymi kartkami i złoceniami. Na okładce widniało moje imię i nazwisko. Pięknie... Jeszcze mi brakowało, że napisałem książkę. Musiałem być kompletnie zgazowany. Ale kto czytałby książkę schlanego faceta? Wątpię też, że mogłem coś takiego sporządzić po pijaku. Wtedy raczej odzywały się we mnie instynkty niszczące, niż twórcze...
Rękawem otarłem książkę z tłuszczu, który był na folii. Raptem spostrzegłem na mojej podartej bluzie złotawy błysk. Otarłem książkę ręką, na której też pojawił się złoty kolor. Sądziłem, że to za sprawą reakcji chemicznych, które zachodzą po pewnym czasie w zepsutej żywności. Nie byłem tym zdziwiony. Nie takie rzeczy się widziało, nie takie się jadło. Dopiero po otworzeniu książki dotarło do mnie jakim dziwactwem jest cała ta sytuacja. To nie była zwykła książka. Jej kartki nie przypominały zwykłych kartek papieru. Nie chodziłem od dawna do szkoły, ale dobrze wiem, że prawdziwe książki tak nie wyglądają. Jej gładkość i elegancja przerastała daleko inne książki. Z drugiej strony była tak prosta i skromna, że trudno było mi ocenić jej wartość. Zresztą nie chciałem tego robić. Daleko mi było od opchnięcia jej za flaszkę. Była moja…
Otworzyłem na pierwszej stronie.

Ludwiku Popiela, urodzony wiosną 2118 roku…
W czasie konwentu istot wyższego kształtu zostałeś nominowany, a potem wybrany na pełnomocnika ziemskich interesów Rady, by ocalić nas od międzykształtnego konfliktu.
Ludwiku, zostałeś obdarzony niezwykłym zaufaniem Rady Istot Wyższego Kształtu. Nie jest istotne kim jesteśmy, nie jest istotne, dlaczego ty jesteś wybrany, ważny jest jedynie cel, który musisz osiągnąć. Nie są ważne środki, którymi się posłużysz. Istotne jest to, co masz zrobić. I ty to zrobisz!
Jako ludzkość, mniej rozwinięci, kształtem ograniczeni w przepastnej głębi i zawikłaniu wszechświata, musicie uznać naszą wielkość. Zostałeś wybrany, by ograniczyć populację twej grupy społecznej, stanu, który wy błędnie nazywacie marginesem. Wasze horyzonty z biegiem lat poszerzyły się zbyt mocno. Jest was coraz więcej. Stanowi to ogromne zagrożenie dla przyszłości naszych wzajemnie współistniejących populacji. Gdybyście nadal podążali w tym kierunku, stając się coraz bardziej odporni, na działanie skutków ubocznych etanolu zasiarczonego (który w ostatnim stuleciu spowodował niemałe postępy rozwoju umysłów waszej populacji), moglibyście w końcu przekroczyć barierę dzielącą nasze kształty. Stalibyście się poniekąd równi nam. Równi kształtem, lecz tak odmienni dojrzałością postępowania. Ryzyko zbyt wielkie... Wojna na skalę niespotykaną do tej pory.
My nie chcemy wojny. Kiedyś przekonacie się czemu są one niepotrzebne. Teraz macie zbyt małą świadomość. Niedojrzałość postępowania – tak można to nazwać. Niezbędne jest powstrzymanie tej ekspansji kształtu. Powrót do naturalnych form rozwoju jest niezbędny do funkcjonowania w zgodzie. Jesteście cenni… Miejcie tego świadomość.
Ludwiku, przed Tobą wielkie zadanie. Pierwszym krokiem musi być zaakceptowanie go i odłączenie się od tej warstwy społecznej. Zrozum, nie masz innego wyjścia. Kolejne zadania stopniowo będą Ci przydzielane na dalszych stronach terminalu, który trzymasz w ręce. Bądź zdrów…


Dalsze kartki były puste...
To jakiś żart. Ktoś ma ze mnie niezły ubaw. Chciałem wyrzucić tę książkę w kąt, lecz nie miało to najmniejszego sensu, przywarła bowiem do mojej ręki, jakby była namagnesowana. Gdy włożyłem rękę do kieszeni, odpadła, po czym przywarła do wewnętrznej strony spodni. Poczułem dreszcz płynący po mojej nodze, aż do stóp. Książka zmieniła swój kształt, najpierw w drobną kulkę, potem w kostkę. Zrozumiałem, że to nie jest żart...
Zacząłem się zastanawiać. Kim oni są? Czego chcą? Czy rzeczywiście chcą dobra? Z początku spodobała mi się perspektywa ratowania wszechświata przed wielką wojną. Potem jednak zacząłem się zastanawiać, co z tego będę miał. Pewnie nie dożyję czterdziestki. Jacyś kosmici zrobią co będą chcieli, a potem mnie wykończą, albo co gorsze będą na mnie przeprowadzać niehumanitarne eksperymenty, a potem przerobią na konserwę dla kosmicznych zmutowańców. Nagle poczułem strach. Przeszywał mnie do samych kości. Spojrzałem w górę. Siedząc na barłogu widać cały walący się dach starej lokomotywowni, która służyła mi za tymczasowy dom. Zacząłem wyobrażać sobie, jak kroją mnie żywcem na fotelu dentystycznym, sprawdzając jak reaguję na ból. Już słyszę ich głosy.
- Zanotować. Reakcja na ranę głębokości trzech centymetrów i długości czterech: pięć milisekund, od względnego momentu zadania bólu. Intensywność reakcji: trzy stopnie w skali Hitlera.
- Mięczak, he he...
Potem zaczęło mnie zastanawiać, jak mogą wyglądać istoty wyższego kształtu. Zazwyczaj wyższy, nieosiągalny dla mnie kształt miała butelka Smirnoffa. I tak mniej więcej sobie zacząłem ich wyobrażać. Nawet tak ich nazwałem – Smirnoffy. W gruncie rzeczy, gdy na wysokiej półce w monopolowym widzę taką butelkę przechodzą mnie zimne dreszcze po plecach. To jednak nie strach, ale podniecenie. Teraz jednak bałem się jak nigdy dotąd.
Strach z godziny na godzinę paraliżował mnie coraz bardziej. W związku z tym postanowiłem zastosować niezawodny lek na wszystko. Srodek, który jak się dowiedziałem jest kluczem do innego świata, do badania nieznanych kształtów i przekraczania barier, których nikt dotąd nie przekraczał. Postanowiłem złamać zalecenie Smirnoffów i zmienić swoją czasoprzestrzeń. Najwyżej jak mnie dorwą, jeśli dogonią międzygalaktycznego podróżnika, będę pod wpływem najskuteczniejszych środków przeciwbólowych.

Tak rozpoczęła się moja ‘nietrzeźwiąca się historia’…

© 2005

Opublikowano

Dzięki. Zobaczymy jak to się dalej potoczy. Muszę najpierw skończyć to opowiadanie.
Bardzo miło mi się tu pracuje i towarzystwo grzeczne, przyjemne, wiele się już nauczyłem.
A, i jeszcze pytanka.
1) Tagi działają w trójkątnych, czemu muszą być prostokątne?
2) Za mało materiału, znaczy za mało znaków, czy za mało opowiadań?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Proszalny   Wcale nie piszesz "na siłę" - to, że wiersze wyrosły z opowiadania, nie czyni ich mniej prawdziwymi. Często poezja potrzebuje czasu, by się wykrystalizować, a proza może być jej źródłem. To, że świadomie pracujesz nad formą, eksperymentujesz, szukasz - to właśnie jest droga poety. Uczenie się pisania wierszy to uczenie się słuchania siebie w różnych tonacjach. Też nie jestem żadną poetką, często się inspiruję czytanymi książkami, obserwacjami z życia , no i oczywiście ze swojego doświadczenia. 
    • @Berenika97 Chyba się uzależnię od Twoich komentarzy. Widzisz tak wiele i potrafisz to opisać. Cieszy mnie pozytywny odbiór, bo po Twoim dzisiejszym wierszu zacząłem się zastanawiać, czy nie napisałem go nazbyt na siłę. Czy nie są to wymyślone uczucia. Wiersz powinien wypływać z człowieka, być głosem, który w sobie słyszymy. Poeta - ja nim nie jestem - słyszy jak ktoś w nim opowiada, on tylko notuje usłyszane słowa.  Po prawdzie przyznam, że oba moje wiersze (Czułość i ten) powstały na podstawie opowiadania o morskiej latarni, które napisałem. Chciałbym potrafić pisać wiersze, ale niezbyt mi idzie. Próbuję różnych form. Dopiero się uczę. Opowiadanie zamieszczę dziś w dziale "proza". Tam znajdziesz wszystkie odpowiedzi.  Dziękuję bardzo za tak łaskawą ocenę i przemyślenia. Przeczytam Twój komentarz jeszcze raz na spokojnie. Pomyślę.
    • @Proszalny Masz rację — bardzo trafnie to odczytałeś. Ten wiersz rzeczywiście można czytać na dwa sposoby, ale Ty uchwyciłeś tę warstwę, która była mi najbliższa, kiedy go pisałam.   O tym myślałam pisząc ten wiersz — o potrzebie odrobiny magii, nawet jeśli gdzieś głęboko wiemy, że to tylko iluzja i że jest ona czasami niebezpieczna.  Dziękuję Ci za to spojrzenie.
    • @Wiechu J. K.   Yellowstone jako miejsce apokalipsy - to wybór przemyślany. Superwulkan drzemie tam naprawdę, naukowo, mierzalnie - a Ty piszesz proroctwo. Wiersz raz jest konkretny (magma, gazy, lawa) i a z drugiej strony archetypiczny (potop, bogowie, grzech). Ciekawe, że mówisz o "rozgniewanych bogach" (liczba mnoga!), jakbyś sięgał do starszej, przedchrześcijańskiej wyobraźni kary. Ale rozwiązanie jest już czysto chrześcijańskie- "boży płaszcz zbawienia dla skruchy". Ostrzeżenie, że zeszliśmy z drogi. Jest w nim też coś starszego - ten lęk przed gniewem ziemi, przed tym, że świat może nas po prostu... wyrzucić. I że jedyne, co nam zostaje, to wiara, że może jednak zasłużymy na ocalenie. Osoba mi bliska była na Hawajach z grupą kolegów z UW, ostatniego dnia, przed wylotem do Europy - zwiedzali Park Narodowy Wulkany Hawajskie , byli pod wulkanem Kīlauea. Przewodnik, Polinezyjczyk opowiedział im o klątwie bogini Pele - nie wolno zabierać fragmentów skał lawowych, bo skały należą do bogini. Kto weźmie - ściągnie na siebie nieszczęście. Wszyscy studenci wzięli po małych kawałkach - na pamiątkę. Tego dnia nie wylecieli, bo samochód przewodnika się zepsuł i spóźnili się na samolot. Wylecieli następnego dnia - drogo ich to kosztowało. :)
    • @Proszalny   To przyjemne miejsce, tak jak na każdym portalu  -  piszą tu  różni ludzie, ale większość jest bardzo sympatyczna i empatyczna.    Też nie jestem tu długo. Pozdrawiam. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...