Wczoraj mówiłem ci: „Jeszcze zdążymy…”
Dziś z trudem, łapię powietrze jak tonący.
Lekarze patrzą na mnie, jak na cień człowieka,
A ja wciąż próbuję wstać, choć ciało się buntuje.
Czuję, jak życie wymyka się powoli z palców,
Jakby ktoś od środka, gasił płomień.
Tak wiele chciałem ci wyznać — a teraz te słowa,
Rozpadają się we mnie, jak szkło pod stopami.
Widzę twoje oczy we łzach — Boże, jak bardzo bolą,
Jakbyś traciła, pół swojego istnienia.
A ja, choć ręce mi drżą, nie mogę cię dotknąć,
Jakby śmierć, trzymała mnie za nadgarstek.
Przepraszam… za każdy raz, gdy wracałaś sama,
Za wszystkie noce, z moją ciszą zamiast serca.
Za gniew, za słowa, których nie powinienem,
Za miłość, którą nosiłem w sobie, a bałem CI pokazać.
Ciemność podchodzi — czuję jej oddech na ustach,
A ja wciąż pytam: dlaczego tak nagle?
Miałem cię chronić, miałem zostać przy Tobie…
A teraz muszę odejść, zostawić cię z tym wszystkim.
Gdy będziesz płakać — nie trzymaj we łzach winy,
Nie obwiniaj siebie, proszę ani przez chwilę.
Jeśli zapamiętasz mój głos — niech będzie cichy,
Bo krzykiem nie wrócę… choć krzyczę w środku.
A jeśli jutro wstanie, bez mojego cienia,
Niech twoje serce pamięta — że odchodziłem kochając.
Niech twoje serce dalej bije.
A moja miłość zostanie tam, gdzie kończy się życie."
Poniżej wersja dźwiękowa / muzyczna tego wiersza: