Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
truesirex

truesirex

Złamany

 

Moje niegdyś tętniące życiem serce
zostało wypłukane z człowieczeństwa.
Bolą kości od ciągłego stania
za spraną, spoconą bawełną koszulki.

 

Jarzące nadzieją światło
przebiega bez iskry.
Jak mam przebaczyć ludziom,
gdy oni, w poliamidowych kurtkach,
odłączyli mnie od własnej krwi?

 

Płakałem
między kruchym, zziębłym tynkiem
a własną biologiczną ścianą,
bo zrozpaczona matka straciła syna,
gdy spojrzała mu prosto w oczy.

 

Porwała mnie własna skóra,
złamała mój drewniany podest.
Więc zerwę na samym dnie,
plakaty ze swoją podobizną.
Nie chcę, by świat mnie szukał.

 

 

 

truesirex

truesirex

Złamany

 

Moje niegdyś tętniące życiem serce
zostało wypłukane z człowieczeństwa.
Bolą kości od ciągłego stania
za spraną, spoconą bawełną koszulki.

 

Jarzące nadzieją światło
przebiega bez iskry.
Jak mam przebaczyć ludziom,
gdy oni, w poliamidowych kurtkach,
odłączyli mnie od własnej krwi?

 

Płakałem
między kruchym, zziębłym tynkiem
a własną biologiczną ścianą,
bo zrozpaczona matka straciła syna,
gdy spojrzała mu prosto w oczy.

 

Porwała mnie własna skóra,
złamała mój drewniany podest.
Więc zerwę na samym dnie,
plakaty z własną podobizną.
Nie chcę, by świat mnie szukał.

 

 

 

truesirex

truesirex

Złamany

 

Moje niegdyś tętniące życiem serce
zostało wypłukane z człowieczeństwa.
Bolą kości od ciągłego stania
za spraną, spoconą bawełną koszulki.

 

Jarzące nadzieją światło
przebiega bez iskry.
Jak mam przebaczyć ludziom,
gdy oni, w poliamidowych kurtkach,
odłączyli mnie od własnej krwi?

 

Płakałem
między kruchym, zziębłym tynkiem
a własną biologiczną ścianą,
bo zrozpaczona matka straciła syna,
gdy spojrzała mu prosto w oczy.

 

Porwała mnie własna skóra,
złamała mój drewniany podest.
Więc zerwę na samym dnie,
plakaty z własną podobizną.
Nie chcę, by świat mnie szukał.

 

 

 

truesirex

truesirex

Złamany

 

Moje niegdyś tętniące życiem serce
zostało wypłukane z człowieczeństwa.
Bolą kości od ciągłego stania
za spraną, spoconą bawełną koszulki.

 

Jarzące nadzieją światło
przebiega bez iskry.
Jak mam przebaczyć ludziom,
gdy oni, w poliamidowych kurtkach,
odłączyli mnie od własnej krwi?

 

Płakałem
między kruchym, zziębłym tynkiem
a własną biologiczną ścianą,
bo zrozpaczona matka straciła syna,
gdy spojrzała mu prosto w oczy.

 

Porwała mnie własna skóra,
złamała mój drewniany podest.
Więc zerwę na samym dnie,
plakaty z własną podobizną.
Nie chcę, by świat mnie szukał.

 

 

 



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @tetu fajny wiersz i grafika.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Marek.zak1    Niezłe! Właśnie skończyłam "Rok zmian" M. Gorzka  i tam był taki Albert, co miał 15 dmuchanych lalek, ale nie pompował ich helem , tylko  robił z nimi inne rzeczy. :))  Albert był psychopatą, mam nadzieję, że Krzysztof to tylko taki niegroźny dziwak. :)
    • Wszystko zaczęło się od progu łazienki, Gdy w mojej wannie, pośród ciepłej piany, Ujrzałem Ciebie — nagą i senną, Zjawę radosną, choć bezimienną. Zbladłem, lecz serce wyrwało się z klatki, Bo sny me dotąd bywały tak rzadkie. Wyszłaś z tej wody, lśniąc kroplami, Z anielskimi na plecach skrzydłami.   Ja, łajdak wierny męskiej naturze, Zrzuciłem ciuchy w miłosnej wichurze. Chciałem Cię porwać, dotknąć Twej magii, Lecz nagle w Tobie zdarzyło się więcej.   Druga para skrzydeł wzbiła się w górę — Anioł Śmierci? Czy sny mam ponure? Lecz Ty podeszłaś, skrzydła mi dałaś, Wspólnym lotem oknem zawładnęłaś.   Skok w nieznane, w błękitu przestrzenie, Pod nami zniknęło twarde podziemie. To był lot w niebie, miłość uskrzydlona, Ty oszołomiona, ja w Twoich ramionach. Muskając obłoki, wilgotne jak szept snu, Skrzydła cięły powietrzne potoki. W amoku rozkoszy, w tej boskiej zabawie, Rwąc pióra, tonęliśmy w ekstazie. Pióro po piórze — aż nastała pustka, Zamilkły jęki, zadrżały ustka. Gdy ostatni puch uniósł się w górę, Runęliśmy z hukiem przez czarną chmurę. Lecz zamiast na trawę, wpadliśmy z mozołem Wprost w czarną smołę, pod piekła kościołem. W tym kretowisku, brudni i lepcy, Wypełźliśmy z kadzi, choć strach nas krzepił. Na twardym kamieniu, ze smakiem goryczy, Gdy mrok nas ogarnął i diabeł zaryczał, Ty szepnęłaś czule: „Mój miły, mój złoty, Mam jeszcze na małe harce ochotę”.   I gdy tak staliśmy w piekielnym pyle, Ciesząc się każdą tą grzeszną chwilą, Nagle głos żony przeciął te mroki: „Wstawaj, pij wodę z ogórków, na kaca!”.   Otwieram oczy — świat wiruje wściekle, A było tak bosko, choć skończyło w piekle. Zamiast anielic — żona z miednicą, Zamiast skrzydeł — kołdra pod potylicą. Próżno na plecach szukać mi puchu, Został tylko kwas i burczenie w brzuchu. Wczoraj skrzydła, lot i niebo w pakiecie, Dziś — negocjacje z podłogą w toalecie.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...