Mówię - moja zorzo, wszyta w miejskie ulice;
mówię - rzeko płynąca przez strony
książek, które mógłbym cytować z pamięci
od świtu do nocy.
I mówię coś jeszcze,
i nie mam już słów.
Ulica zawija się w czerwień,
rzeka wylewa, rozgryza brzegi
do ostatniego rozdziału.
Kto go napisze,
z jakich źródeł nabierze znaków?
Mówię - motylu, witrażu zdmuchnięty z twarzy;
mówię - światłopióra ptaszyno,
mówię do niej - moja maleńka.
I wyciągam ręce,
i nie mam więcej barw.
Widnokrąg pęka w niepoliczalne oddechy,
światło wznosi się i opada
nad drogą, nad wodą;
ptak śpiewa, śpiewa,
śpiewa.
I jestem jeszcze, i pytam, jakby nie dość było
okruchów i szczelin;
mówię - mój uśmiechu
na każde przesilenie
niezawodny.
I pytam jeszcze,
i nie mam nic poza tym;
i jestem taki zmęczony.