Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dom. Nie. Nie dom. Czworaki. Szary tynk odpada. Okna są powybijane, a futryny spróchniałe. Dach pokryty czerwoną dachówką w kilku miejscach się zapada. Ściany zjada grzyb. Betonowa podłoga pokryta jest grubą warstwą kurzu, błota i butelek po tanim winie. Koszmar.
- Tato, jak mogłeś to kupić?! Ja tu na pewno nie zamieszkam. Wybij to sobie z głowy. Nie dość, że daleko stąd do centrum, to jeszcze w jakim to jest stanie?!
Nie mogłam po prostu uwierzyć własnym oczom. Jakim cudem mój ojciec zdecydował się kupić taką ruderę?!
- Oj, przestań. To była prawdziwa okazja. Tu niedaleko była pięćdziesięcioarowa działka. Nieużytek rolny, podmokły, zarośnięty i poszedł za trzydzieści tysięcy. Ja dałem połowę tego. Teraz mamy dom i trzydziestoarowy ogródek, albo trawnik. Jak wolisz.
Zastanawiałam się, czy on jest świadom tego, że remont wyniesie przynajmniej trzy razy więcej, niż to wszystko kosztowało…
Z całkowita rezygnacją spoglądałam na walącą się ruinę i mimo najszczerszych chęci nie potrafiłam sobie wyobrazić, żebym kiedykolwiek miała tutaj zamieszkać.
Niestety już dwa tygodnie później z rozpaczą w oczach przyglądałam się ekipie budowlanej remontującej mój nowy dom. Było to doprawdy destrukcyjne doznanie.
- Widzisz?! Niedługo się wprowadzimy! - ojciec z ogromnym entuzjazmem usiłował przekrzyczeć huk kilofów i betoniarki, a ja jedynie z powątpiewaniem pokiwałam głową.
Harmonogram remontu przedstawiał się bardzo optymistycznie, jednak mój ojciec nie miał o pracach budowlanych zielonego pojęcia, a fachowcy, jak to fachowcy. Ich słowa często mijają się z prawdą.
Skucie tynków, wyburzenie niektórych ścian, założenie instalacji gazowej, elektrycznej i wodociągowej, gruntowna zmiana dachu, wstawienie nowych okien i drzwi, szpachla wewnątrz, styropian i nowe tynki na zewnątrz to najbardziej niezbędne prace, które miały zostać wykonane w jakimś astronomicznie krótkim czasie. Dodatkowo inna ekipa robiła ogrodzenie.
Chwilowo jednak wszystko działo się naraz, a ja nie widziałam końca niczego.
- Panie majster! Pan tu przyjdzie! Problem mamy! - zakrzyknął gromkim głosem jeden z robotników.
Wyrwało mnie to z destrukcyjnego letargu. Jakiż to problem mógł się zmaterializować w moim nowym, wspaniałym domu? Czyżby myszy? A może szczury? A może huba ścienna? Wiem! Wyburzyli ścianę nośną zamiast działowej i zaraz wszystko się zawali!
Kiedy weszłam do hipotetycznej jadalni, to zamarłam z przerażenia, stanęłam jak wryta i zaniemówiłam. Między odłamkami gruzu z wyburzanej ściany leżały ludzkie szczątki. Dookoła zgromadziło się już kilka osób. Wszyscy przyglądali się makabrycznemu odkryciu w niemym osłupieniu.
Mój ojciec jako, że był pochłonięty zgłębianiem tajników budowlanych, znalezisko przyjął niezwykle spokojnie i skupił się na jakimś tam technicznym zagadnieniu, w związku z czym to ja musiałam zadzwonić na policję.
Po prawie godzinie pojawiło się trzech funkcjonariuszy. Jednego z nich znałam z widzenia. Mieszkał niedaleko.
Ostatni tydzień spędzony na mojej niby-działce prawie w całości poświęciłam na bezmyślne obserwacje, spacery do lasu i jazdę na rowerze, więc z widzenia to ja już znałam prawie wszystkich.
- Podkomisarz Jakub Kajko - przedstawił się barczysty mężczyzna i w zamyśleniu przejechał ręką po szczeciniastej brodzie.
Mój nieznajomy znajomy został odprawiony do rozejrzenia się po okolicy, więc wykorzystałam to.
- My się chyba znamy - zagadnęłam.
- Tak - uśmiechnął się. - Krystian. Sierżant Krystian Westman.
- Jolka - dopełniłam formalności.
Mógł mieć ze dwadzieścia cztery lata. Był wysoki i dobrze zbudowany. Miał ciemne włosy i piękne, brązowe oczy.
Niestety w zasięgu wzroku pojawił się trzeci z policjantów. Pierwsze wrażenie teraz się potwierdziło. Był jak wierny pies myśliwski czekający na komendę. Przywołał Krystiana ruchem ręki i zniknął wraz z nim w domu.
Już miałam nadzieję na jakąś miłą znajomość, ale chyba nic z tego… Policjanci znikli tak jak się pojawili. Ludzkie szczątki podobnie. Znowu rozległy się odgłosy kilofów i młotków, a ja zupełnie straciłam nadzieję na lepsze jutro.
Czy tutaj nawet zwłoki nikogo nie ruszają?! Ja wiem, że to wieś spokojna, wieś wesoła, ale nieboszczykiem to mógłby się ktoś zainteresować. Co prawda zbyt świeży to on nie był, przynajmniej kilkuletni, jak nie starszy, ale czy to takie istotne!? Po wszystkich spłynęło to jak tona gruzu.
Okazało się jednak, że moje zwątpienie było przedwczesne. Kiedy wieczorem siedziałam na jakimś kamieniu i bezmyślnie kontemplowałam łono przyrody, pojawił się Krystian.
- Hej! Wyglądasz, jakbyś miała umrzeć z nudów. Może się przejdziemy?
Myślałam, że go uścisnę i ucałuję. Nareszcie wydarzy się coś ciekawego, a przynajmniej odmiennego niż zazwyczaj. Mimo wszystko starałam się jednak nie obnosić z moimi emocjami.
- Oj, dziewczyno chyba nie doceniasz tego miejsca. Ludzie przez pół roku będą gadać, o tym co się dzisiaj wydarzyło. Poza tym, czemu dziwisz się robotnikom? Twój ojciec płaci im za pracę i dotrzymanie terminów, nie za żałobę.
- Tobie się nigdy tutaj nie nudzi?
- Chyba żartujesz? Pracuję na zmiany, poza tym studiuję wieczorowo no i muszę przecież zająć się też czasem gospodarstwem. Nie mam czasu się po głowie podrapać. Teraz, kiedy zaczęły się wakacje, to jeszcze jakoś sobie radzę. Ehh… - machnął ręką i przez chwilę szliśmy polnymi ścieżkami w milczeniu.
No tak. Ja jestem po prostu nieprzystosowana. Nie nadaję się do życia na wsi. Może kiedy zacznie się rok akademicki to jakoś to pójdzie, ale teraz? Nie wyjadę nigdzie, bo wszystkie pieniądze idą na dom i remont. Muszę tutaj siedzieć i podziwiać uroki natury. Może chociaż dzisiejsze nietypowe znalezisko wprowadzi tutaj trochę rozrywki. Żebym tylko w złą godzinę nie wypowiedziała.
- Zidentyfikujecie te szczątki? - zapytałam z powątpiewaniem.
- Powinniśmy, ale nigdy nic nie wiadomo. Do standardów FBI trochę nam brakuje - roześmialiśmy się oboje.
Tydzień później moje życzenia dotyczące rozrywki zemściły się na mnie okropnie. Podczas kopania fundamentów pod garaż robotnicy natknęli się na ludzki szkielet. Zaczęłam nabierać przekonania, że te czworaki zostały postawione na cmentarzu i kategorycznie stwierdziłam, że moja noga tam więcej nie postanie.
Podkomisarz Kajko, który przybył tym razem bez swojego Kokosza, był jeszcze bardziej oszczędny w słowach niż poprzednio. Wyglądał co prawda jakby trzymał transparent "Wiem wszystko", ale jego usta mówiły całkiem coś innego.
Krystian też zaciął się w sobie i zaczął się osłaniać tajemnica służbową. Lekko podenerwowana okolicznościami przestałam przyjeżdżać na działeczkę. Poświęciłam się życiu towarzyskiemu. Ojciec próbował prośba i groźbą, jednak bez skutku. Dopiero kiedy ze złośliwą satysfakcją oznajmił, że pomaluje wszystkie ściany na wściekły róż, obrażona na cały świat dałam się zawieść na wieś.
Dowiedziałam się przy okazji, że policja przez kilka dni przeszukiwała dom i jego okolice, ale nic już nie znaleźli. Już ja widziałam to ich nic. Kajko i Kokosz na pewno by się przyznali skacząc z radości, że odkryli cenny dowód. Pewnie nawet by ogłoszenia rozkleili w całej wsi i podali to przez CB radio.
Krystian zaczął omijać moją działeczkę i na przystanek chodził na drugi koniec wsi. Nie to nie, ja za nim latała nie będę. W końcu się jednak przemógł i wpadł na ognisko.
Wcześniej jednak zostałam siłą i szantażem zmuszona do umeblowana mojego nowego, wspaniałego domku. Mój sceptycyzm nadal jednak przerastał entuzjazm, więc wszelkie moje działania były bardzo mozolne.
Mieszkanie zostało sprzedane, więc nie miałam wyjścia i musiałam zamieszkać w tym przeklętym miejscu. Przepełniała mnie dzika furia, wiec pozbierałam gałęzie z całego placu i rozpaliłam na środku wielkie ognisko. Kiedy już mi trochę przeszło wykorzystałam je z ojcem do celów kulinarnych. Wtedy, niby służbowo, pojawił się Krystian. Jak wpadł tak został, a tatuś się dziwnie senny zrobił i szybko zostaliśmy sami.
- Możemy nie rozmawiać o tej całej sprawie?
- Nie. Chcę wiedzieć wszystko - rzuciłam niezbyt przyjemnym tonem.
- Ale lepiej by było…
- Krystian, przestań. Nie znasz mnie prawie wcale. Rozmawialiśmy ze sobą kilka razy, więc skąd możesz wiedzieć, co jest dla mnie dobre? - po fakcie zorientowałam się, że mogłam jednak być dla niego odrobinę milsza.
- Dobrze. Skoro tak. Zwłoki należały do dwóch dziewiętnastoletnich dziewczyn. Zostały zamordowane mniej więcej w tym samym czasie. Kilka lat temu było głośno o zboczeńcu mordującym młode dziewczyny. Został zatrzymany i skazany. Przyznał się, jednak nie powiedział ile dokładnie było ofiar, ani gdzie są ciała. Dwa z nich znaleziono właśnie na terenie tej posesji. Zadowolona? - zapytał kwaśno.
- Może to pomyłka?
Noc rozświetlana jedynie płomieniami ogniska i dziwne odgłosy dochodzące z oddali stwarzały niezbyt odpowiednią atmosferę do rozmów o trupach i mordercach. Nie do końca świadomie przysunęłam się do Krystiana, bo każdy głośniejszy dźwięk wywoływał u mnie gęsią skórkę. Zdecydowanie chciałam, aby to wszystko było jedną wielką pomyłką.
- On odcinał swoim ofiarom palce serdeczne. Nie ma żadnych wątpliwości.
Tym razem już z pełną świadomością położyłam Krystianowi głowę na ramieniu. Nie zaprotestował. Objął mnie i w milczeniu wpatrywaliśmy się w tańczące płomienie.
- Dlaczego mnie unikałeś? - zapytałam.
- Miałem swoje powody. Zresztą dalej je mam - dodał po chwili.
Wolałam nie drążyć tego tematu. Mogłam się jedynie mgliście domyślać, o co mu chodziło. Zdecydowanie bardziej odpowiadała mi jego obecność niż nieobecność. Jak na razie zaistniała jednak druga możliwość. Nie dało się ukryć, że był on człowiekiem zapracowanym i rzadko dysponował wolnym czasem.
Kolejne kilka dni upłynęło spokojnie i bez większych atrakcji. Sprzątałam, kosiłam trawę, gotowałam obiady i prawie nie widywałam Krystiana.
Pewnej nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy. Najpierw znalazłam tysiąc mniej lub bardziej logicznych wytłumaczeń, aż w końcu wstałam i zaświecając wszystkie światła po kolei, zeszłam na dół.
Cały dom wypełniały jęki i krzyki. Nie potrafiłam zlokalizować ich źródła. Co chwila rozlegały się błagania, prośby, mrożące krew w żyłach wrzaski. Towarzyszył temu męski, przerażający śmiech.
Zajrzałam w każdy zakamarek. Zaświeciłam nawet lampiony na podwórku, ale i tam nic nie zobaczyłam. Te odgłosy dochodziły z wnętrza domu. Bałam się spoglądać za siebie, bałam się nawet własnego cienia.
Na trzęsących się nogach dotarłam do łóżka i próbowałam zasnąć przy zaświeconej lampce. Okazało się to jednak trudniejsze, niż przypuszczałam. Usiłowałam sobie wmówić, że to tylko dźwięki, że przecież one nie są groźne, ale to nic nie dawało. To nie był zwykły hałas. Był w nim strach, ból i… śmierć.
Zasnęłam o świcie. Obudziłam się kilka godzin później z potwornym bólem głowy. Siedząc z kubkiem kawy przed telewizorem próbowałam wyciągnąć jakieś logiczne wnioski z tego, co się wydarzyło. Stwierdziłam nawet, że dałam się zastraszyć jak małe dziecko.
Może to był wymysł mojej wyobraźni? Nasłuchałam się opowieści o mordercach i ubzdurałam sobie coś. Co prawda raczej nie wierzyłam w autosugestię, ale teraz byłam w stanie uwierzyć we wszystko, co tylko w logiczny sposób wytłumaczyłoby wydarzenia minionej nocy.
Postanowiłam się tym dłużej nie przejmować. Zrobiłam zakupy, zajęłam się obiadem, a po południu wpadł Krystian. Wybraliśmy się na małą przejażdżkę rowerowa, a następnego ranka mieliśmy iść razem na grzyby. Pomysł ten tylko częściowo przypadł mi do gustu, bo nie odróżniałam prawdziwka od muchomora. Pozytywem całego przedsięwzięcia była obecność sympatycznego i uroczego Krystiana.
Ojciec przyjechał z pracy wyjątkowo późno. Zanim jednak wykończony zasnął, zdążyłam zapytać, czy słyszał coś dziwnego w nocy. Odpowiedź przecząca utwierdziła mnie w moim zidioceniu.
Nastawiłam budzik na wpół do szóstej i pełna optymizmu położyłam się do łóżka. Nie dane mi jednak było się wyspać. Tak jak i poprzedniej nocy ze snu wyrwały mnie przerażające okrzyki. Uszczypnęłam się dla pewności, że to nie sen.
Przez chwilę leżałam nieruchomo i wpatrywałam się w ciemność. Słuchałam. Nie miałam wątpliwości, że głos należał do kobiety. Kobiety oszalałej z przerażenia i bólu.
Zaświeciłam wszędzie światła. Zajrzałam do pokoju ojca. Spał, więc to nie mogła być jego sprawka. Za jedyne logiczne wyjaśnienie uznałam głupi żart. Przeszukałam ponownie każdy zakamarek domu. Nie znalazłam nic. Pozostały same nielogiczne wyjaśnienia i były one zdecydowanie mniej przyjemne.
Jeżeli za tym, co się działo nie stał człowiek, to oznaczało, że… Wróciłam do łóżka. Nie udało mi się zasnąć. Bałam się. Wystarczyło, że pomyślałam o dwóch młodych dziewczynach zamordowanych tutaj, a wszystko stawało się oczywiste.
Usiadłam obejmując rękami kolana. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy zmasakrowanych ciał. Nie potrafiłam pozbyć się odczucia, że za ścianą ktoś morduję bezbronną kobietę. Bałam się, że zaraz stanie w moich drzwiach, że uśmiechnie się zwierzęco i to samo zrobi mi.
Kiedy Krystian pojawił się przed szóstą, zastał mnie z kubkiem mocnej kawy w ręce, siedzącą w wiklinowym fotelu na tarasie.
- Coś się stało? - zapytał z troską w głosie. - Nie wyglądasz najlepiej. Może odłożymy to grzybobranie?
- Nie! - rzuciłam chyba zbyt histerycznie.
Spróbowałam się uśmiechnąć, ale nie wyszło mi to zbyt dobrze.
- Nic mi nie jest. Możemy iść - powiedziałam trochę pogodniej.
Spędziliśmy razem wspaniałe przedpołudnie. Zaczęłam odróżniać podstawowe gatunki grzybów, pogryzły mnie komary i mrówki przy okazji, przestraszyłam się swojego odbicia w lustrze, byłam u Krystiana w domu, dowiedziałam się o nim ciekawych rzeczy i przyrządziłam grzyby na obiad.
Po południu udało mi się trochę przespać.
Nie potrafiłam w żaden sposób wytłumaczyć tego, co się działo. Pozostawało mi tylko czekać i łudzić się, że ten cały koszmar sam się w końcu skończy. Czasem miałam ochotę przekopać całą działkę i sprawdzić, czy rzeczywiście żadnego szkieletu tam już nie ma.
W nocy wszystko zaczęło się na nowo. Krzyki, jęki, kroki… Słyszałam kroki zbliżające się do mojego pokoju, coraz wyraźniejsze, coraz głośniejsze. Zatykałam uszy, naciągałam kołdrę na głowę, ale odgłosy nie cichły.
Mimo ciemności bałam się otworzyć oczy, bo wydawało mi się, że on stoi w drzwiach. Zaczęłam wierzyć w to, że przyjdzie i moja kolej, że on tutaj jest i zrobi mi coś złego.
Po kilku nieprzespanych nocach z rzędu wyglądałam okropnie. Byłam blada, miałam podkrążone oczy, błędne spojrzenie, każdy szelest przyprawiał mnie o gęsią skórkę, a moje ręce cały czas drżały.
Ojciec pracował do rana do wieczora i tylko w weekendy bywał w domu. Zresztą nawet wtedy go nie widywałam, bo zajmował się nawiązywaniem znajomości z sąsiadami.
Został mi tylko Krystian, który naprawdę się o mnie martwił.
- Co się z tobą dzieje?
- Nic - rzuciłam odwracając głowę.
- A oprócz tego, że nic, to co? - objął mnie i czekał, po prostu czekał…
Co ja miałam mu powiedzieć? Przecież każdy normalny człowiek weźmie mnie za wariatkę. Mam omamy słuchowe, jestem niezrównoważona i cześć pieśni.
Wysłuchał mnie. Nie przerywał, nie pytał. Spokojnie i z uwagą notował każde moje słowo w tym swoim policyjnym umyśle.
- Powinnaś odpocząć. Porządnie się wyśpisz i wszystko minie. Zmiana otoczenia, powietrza…
- Nie uwierzyłeś mi! Wiedziałam! Nie jestem wariatką słyszysz?! Zostaw mnie!
Odepchnęłam go i pobiegłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i wypłakiwałam swoją bezradność w poduszkę. Potem zasnęłam.
Obudziły mnie krzyki. Dookoła panowała ciemność. Zaświeciłam światło. Byłam ubrana, więc postanowiłam to jak najszybciej naprawić. Pościeliłam też łóżko. Wiedziałam, że nie zasnę. Czułam, że w końcu on po mnie przyjdzie. Nie mogłam siedzieć bezczynnie i czekać.
Stwierdziłam, że przynajmniej zrobię coś pożytecznego i umyję zęby. Kiedy stanęłam w drzwiach łazienki zamarłam. Jasne kafelki pokryte były krwią. Odwróciłam się i spojrzałam na korytarz. Na panelach wyraźnie rysowała się czerwona smuga. Wyglądał to, jakby ktoś ciągnął po nich zakrwawione ciało. Roztrzęsiona i przerażona chciałam jak najszybciej znaleźć się w łóżku, zacisnąć mocno powieki i wmówić sobie, że to się nie wydarzyło. Cały czas nerwowo dotykając rękami ściany pokonałam odległość dzielącą łazienkę od pokoju. Tej nocy już nie zasnęłam.
Przez cały czas, histerycznym szeptem powtarzałam jakieś bezsensowne urywki zdań i trzęsłam się z przerażenia. Nie miałam pojęcia, jakim cudem dotrwałam do rana, ani co dokładnie się ze mną działo.
Była ładna pogoda, wiec wyciągnęłam leżak na trawnik i postanowiłam nabrać trochę kolorów. Miałam nadzieję, że słońce przynajmniej trochę zatuszuje skutki nieprzespanych nocy i rozstroju nerwowego.
- Cześć!
- Daj mi spokój. Do widzenia - rzuciłam najbardziej chłodnym tonem na jaki byłam w stanie się zdobyć w stosunku do Krystiana.
- Przepraszam za wczoraj. Skoro masz ochotę się opalać, to mogę ci chyba wynagrodzić, to co się wydarzyło. Załóż coś na siebie i chodź ze mną.
Spojrzałam na niego z ukosa, a on cieszył się jak dziecko z nowej zabawki. Delikatna perswazja słowna przyniosła oczekiwany efekt i po pół godzinie znalazłam się w sadzie na drabinie i obrywałam wiśnie. Oczywiście towarzyszył mi Krystian.
Co do opalenizny, miał rację. Słoneczko przypiekło mnie pięknie. Jego zresztą też. Momentami nie mogłam oderwać od niego wzroku, kiedy tak stał na drabinie w samych tylko spodenkach. Tak, to był zdecydowanie bardzo miły widok.
- Topór wojenny zakopany? - zapytał późnym wieczorem, kiedy siedzieliśmy na werandzie popijając piwo.
- To zależy, jak się będziesz sprawował - uśmiechnęłam się złośliwie, a on udał, że się obraża.
Było już późno, kiedy odprowadzał mnie do domu. Chciałam, żeby trwało to jak najdłużej. Powrót do własnego łóżka był najgorszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać.
Weszłam do domu i przekręciłam klucz w zamku. Wszystko zaczęło się od nowa. Oparłam się o ścianę i osunęłam się na podłogę. Schowałam twarz w rękach, a po moich policzkach popłynęły łzy.
Szedł w moja stronę. Słyszałam go. Kroki były coraz wyraźniejsze. Nic nie było w stanie ich zagłuszyć, nawet mój szloch. Poderwałam się z podłogi i pobiegłam w kierunku schodów. Całe były zalane krwią, a na ich szczycie zobaczyłam ciało. Zakrwawione, zmaltretowane ciało młodej dziewczyny.
Pośliznęłam się i upadłam. Boleśnie stłukłam sobie udo o kant stopnia. Szedł za mną. Śmiał się.
Dotarłam wreszcie do pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi. Z moich ust wydobywał się głuchy jęk. Otarłam dłonią łzy i skuliłam się w kącie pokoju…
- Jolka! Jolka! - krzyk Krystiana wyrwał mnie ze snu.
Przez myśl przemknęło mi, że on się o mnie naprawdę martwi. Była dziewiąta. O ile dobrze pamiętałam, szedł do pracy na jedenastą. On ma tyle rzeczy na głowie, a przychodzi do mnie zamiast się wyspać, albo zrobić coś pożytecznego.
Schodząc na dół spojrzałam w lustro. Stwierdziłam, że nie powinnam mu się pokazywać w takim stanie. Wieczorem odprowadzał mnie roześmianą, radosną, a teraz zobaczy potwora ledwo stojącego na nogach.
Otwarłam drzwi. Spojrzał na mnie z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Chciałam cos powiedzieć, uśmiechnąć się, ale nawet na to nie miałam siły. Osunęłam się w jego ramiona.
- Jolka, słyszysz mnie? Odpowiedz… - gdzieś z ciemności dochodził mnie zmartwiony, pełen troski głos Krystiana.
Z trudem otwarłam oczy. Poczułam bolesne pulsowanie w skroniach. Leżałam na kanapie, a on siedział obok mnie.
- Leż spokojnie. Zrobię ci jakieś śniadanie. Czy to przez te głosy?
Nie odpowiedziałam, zresztą on wiedział.
Zrobił mi kanapki i gorącą herbatę. Okrył mnie kocem, pocałował w policzek i pognał do pracy. Co ja bym bez niego zrobiła? Ojca unikałam, jak mogłam. Nie chciałam, żeby wdział, co się ze mną działo. Zresztą był zbyt pochłonięty pracą i radością z domku na wsi, żeby się mną interesować. Poza tym byłam już dorosła i od dawna radziłam sobie dobrze sama.
Przez kolejne dni było coraz gorzej. Traciłam kontakt z rzeczywistością, nie kontrolowałam tego, co robiła, mówiłam sama do siebie. Cały czas słyszałam głosy. Nawet gdy byłam poza domem moją głowę wypełniały krzyki.
Ojciec wyjechał na tydzień w delegację, wiec zostałam w domu sama. Nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy nie.
Było już późno, kiedy wróciłam ze spaceru z Krystianem. W świetle księżyca pewnie nie wyglądałam zbyt atrakcyjnie, ale wolałam go o to nie pytać. Tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Spędzałam z nim tyle czasu i nigdy się nie nudziłam. Obsypywał mnie kwiatami, owocami, pocałunkami. Robił wszystko, żebym przynajmniej na chwilę się uspokoiła i uśmiechnęła. W jego ramionach byłam bezpieczna.
Ojca nie było, wiec mogłam resztę wieczoru spędzić tak, jak lubiłam najbardziej. Włączyłam głośna muzykę, wzięłam sobie piwo z lodówki i postanowiłam wziąć długa kąpiel. Odkręciłam wodę i wyszłam do kuchni przygotować sobie coś dobrego do jedzenia.
Nie mogłam pozwolić, żeby coś zepsuło mi dobre samopoczucie. Z talerzem pełnym tostów i książką wróciłam do łazienki. Kiedy jednak stanęłam w drzwiach wszystko wypadło mi z rąk. Wanna była pełna krwi. Spojrzałam w lustro, ale nie zobaczyłam tam swojego odbicia, tylko przerażającą, zmasakrowaną twarz wykrzywioną w okropnym grymasie. Zaczęło mi się mienić w oczach. Wszędzie widziałam krew i słyszałam głośny, koszmarny śmiech.
Wybiegłam z domu. Roztrzęsiona i przerażona znalazłam się u Krystiana. Otworzył mi drzwi i zaniemówił. Wpadłam mu w ramiona głośno szlochając.
- Już dobrze. Tutaj jesteś bezpieczna - szeptał. - Usiądź. Zrobię ci herbaty i pościelę łóżko. Zostaniesz u mnie na noc.
Nie protestowałam. Siedziałam skulona w fotelu popijając ziołową herbatę. Łzy powoli osychały, oddech wracał do równowagi.
Krystian pocałował mnie na dobranoc w policzek, a ja uśmiechnęłam się do niego jak mogłam najpogodniej.
To była pierwsza od długiego czasu noc, którą przespałam spokojnie. Rano obudziło mnie skrzypnięcie drzwi.
- Przepraszam, chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. Jak wrócę z pracy to się zastanowimy nad tym, co się dzieje.
Z łatwością udało mi się znowu zasnąć. Kiedy otworzyłam oczy, zegar na ścianie wskazywał jedenastą dwadzieścia. Ubrałam się, pościeliłam łóżko i skierowałam swoje kroki do kuchni. Była tam mama Krystiana, pani Halina.
- I jak ci się spało? Dostałam instrukcje, że mam cię nie wypuszczać za próg bez solidnego śniadania.
Zostałam posadzona przy stole i obdarowana dużą porcją jajecznicy na kiełbasie. Zdecydowanie nie byłam przyzwyczajona do pochłaniania takich ilości jedzenia, ale jakoś sprostałam. Pomogłam potem pani Halince ze sprzątaniem i robieniem obiadu.
- Ale sobie narzeczoną znalazł ten nasz Krystianek. Żywe złoto. Tylko coś zmizerniała ostatnio - przywitała mnie pani Janina, babcia Krystiana.
Niczego nie można był ukryć przez bystrym okiem tej staruszki, ale żeby od razu narzeczona!? My się tylko przyjaźniliśmy! Poczułam, jak mi się nos wydłuża, wiec przyznałam się przed samą sobą, że rzeczywiście, chyba się zakochałam.
Moje kochanie mieszkało po jednym dachem z mamą, babcią i ciotką, przed którymi doprawdy nic się ukryć nie mogło. Wszystkie traktowały mnie jak członka rodziny i odkrycia, którego ja dokonałam dzisiaj, one dokonały pewnie już dawno temu. Pozostawało mi tylko przyjąć je do wiadomości.
Krystian zadzwonił, że przyjedzie późno i dodał przy okazji, że nawet mam nie myśleć, o powrocie do swojego domu. Nie mówiłam tego głośno, ale bardzo mi to odpowiadało. Co prawda byłam tam już, pozamykałam okna i drzwi, zabrałam komórkę, jednak nie miałam najmniejszej ochoty, żeby zostawać tam na noc.
- No widzę, że się zadomowiłaś - przywitał mnie Krystian, przy okazji obdarzając pocałunkiem. - Przywiozłem coś dla ciebie. To dlatego tak długo mnie nie było. Tutaj są wszystkie akta dotyczące sprawy tego mordercy. Przejrzymy to. Może do czegoś dojdziemy.
- Jak to zdobyłeś?
- Im mniej osób będzie o tym wiedziało, tym mniejsze prawdopodobieństwo, ze mnie wywalą z pracy.
Odgrzałam mu zapiekankę z ziemniaków, zrobiłam kawy i czekałam bawiąc się przy okazji z kotami.
- Klusek cię polubił - powiedział wskazując na małego, czarno - rudego kicię. - Zabierz go. Nie chciałem go oddawać, bo był tylko jeden, ale skoro może trafić w dobre ręce… - urwał i uśmiechnął się do mnie.
- I uważasz, że moje ręce będą dobre? - zapytałam zadziornie.
- Wydaje mi się, że tak, ale jeszcze to sprawdzę.
I jak przy nim nie czuć się dobrze? Po prostu nie ma innej opcji.
Po kolacji usadowiliśmy się wygodnie na kanapie i zabraliśmy się do przeglądania akt. Sprawa nie przedstawiała się zbyt różowo. To, co działo się w moim domu musiało mieć jakieś logiczne podłoże i jeżeli takowe istniało, to musiało znajdować się gdzieś w tych papierach.
Nie wierzyłam w żadne ideologiczne przesłanki typu chrześcijański pogrzeb i inne. Poza tym szczątki zostały już pochowane w poświęconej ziemi, więc o to nie mogło chodzić.
Aresztowano Krzysztof P. W jego domu znaleziono poodcinane palce ofiar. Analizy wykazały, że na pewno należały one do zaginionych dziewczyn. Przyznał się do wszystkiego. Podczas przesłuchań ze szczegółami opowiadał, jak maltretował każdą z ofiar. Momentami aż się nieprzyjemnie robiło czytając to.
Jednak jego słowa były strasznie chaotyczne. Mówił o najmniejszych drobiazgach, ale całość jego wypowiedzi to był jeden wielki bełkot. Nieskładne zdania przerywane co chwila dygresjami nie na temat. To nie był człowiek, który z zimna krwią mordował, on był chory psychicznie i w tan sposób zaspokajał swoje dzikie żądze.
Nie musiałam się zbytnio wysilać, żeby wyobrazić sobie, to co on opisywał. Te obrazy miałam cały czas przed oczami. Ciała, krew…
- Możesz tutaj zostać, dopóki twój ojciec nie wróci, ale co potem? Masz u kogo zamieszkać? To znaczy, ja cię nie wyganiam… Wiesz, że ktoś może to po prostu źle odebrać. Co z twoją mamą?
Nawet nie wiedział, ze przez ten cały czas myślałam tylko o tym, żeby być z nią. Ona by mnie ochroniła przed tym, co się działo. Tak bardzo ją kochałam…
- Moja mama zmarła cztery lata temu - szepnęłam.
- Przepraszam. Myślałem… - nie mówił już nic, tylko mnie przytulił.
Ojciec właśnie z jej powodu znalazł ten stary dom. Od jej śmierci myślał tylko o jednym, żeby uciec od tych wszystkich miejsc, które tak bardzo mu ją przypomniały. Najpierw nie pozwalała mu na to praca, potem częściowo ja, a częściowo finanse. W końcu spełnił swoje marzenie. Uciekł.
Kolejne dni spędziłam na studiowaniu wszystkiego, co związane było ze sprawą zabójstw. Akta znałam prawie na pamięć. Zarzucałam Krystiana setkami pytań, na które nawet on nie znał odpowiedzi.
Zaginione dziewczyny po prostu nie wracały do domu. Ze szkoły, z imprezy, od koleżanki. Były do siebie podobne. Łączył je wiek, wygląd. Jeden typ ofiar. To wymagało cierpliwości i wytrwałości.
One po prostu łapały okazję, a on je po prostu podwoził. Jednak tylko część z nich wracała. Te, które mu nie odpowiadały dojeżdżały spokojnie do celu podróży. Zatrzymywał do swojej kolekcji tylko wybrane.
Na jego ślad naprowadził policję anonimowy informator. Podał adres mieszkania, pomógł odnaleźć ostatnią z ofiar. Odetchnęłam z ulgą, kiedy dowiedziałam się, że to nie w moim domu ją odnaleziono. Dziewczyna żyła. Była na skraju wyczerpania i załamania nerwowego. To jej zeznaniami posłużyły gazetom do tworzenia różnych fantastycznych opowieści.
Pewnego dnia doznałam wreszcie olśnienia. Wpadłam wreszcie na jeden, jedyny szczegół, którego cały czas szukałam. Coś mi w tym wszystkim nie pasowało.
- Krystian posłuchaj i powiedz, co tym myślisz - przeczytałam mu fragment artykułu z gazety i identyczny fragment protokołu z przesłuchania.
- Posłużyli się jego własnymi słowami, żeby dodać wszystkiemu dramaturgii - odpowiedział bez zastanowienia.
- Popatrz na daty! Artykuł jest z szesnastego października, a protokół z dwunastego listopada. To on posłużył się słowami z gazety. Tylko, po co?
Tym razem Krystian zastanawiał się dłużej. Moje odkrycie było logiczne, a jego prawdziwość niezaprzeczalna. Czy nikt tego wcześniej nie zauważył? Zresztą, niby jak? Chyba nikt oprócz nas nie miał jednocześnie dostępu do protokołów z przesłuchań i wycinków z gazet. Nikt prócz policji i prawników. Ta sprawa jest chyba bardziej skomplikowana niż się to na początku wydawało.
- Jolka, to jeszcze o niczym nie świadczy.
Westchnęłam i zajęłam się porównywaniem kolejnych fragmentów tekstów. Jeszcze kilka z nich było identycznych.
Wniosek z tego był jeden. Krzysztof P. wzorował swoje zeznania na artykułach prasowych. Uczył się na pamięć tego, co miał powiedzieć. Dlaczego? Czyżby to nie on był poszukiwanym mordercą? Może człowiek za to wszystko odpowiedzialny uczynił z niego po prostu kolejny element swojej gry?
To by wyjaśniało chaos w tym, co mówił. Kiedy tracił wątek zaczynał bredzić o pogodzie, krajobrazie i innych nic nie znaczących rzeczach. Poza tym badania psychiatryczne wykazały, że rzeczywiście był niezrównoważony psychiczne. To czyniło z niego idealnego kandydata na mordercę.
Klusek skutecznie pochłaniał stres i uprzyjemniał nam nasze małe śledztwo. Był to bardzo oczytany kotek. Jego ulubionym zajęciem było nadgryzanie rogów kartek, ewentualnie doprowadzanie do tego, że papiery znajdowały się w każdym kącie pokoju.
Moje odkrycia, albo raczej logiczne wnioski z analizy dostarczonych materiałów nie bardzo podobały się Krystianowi. Poza tym ja przecież nie byłam osobą na tyle wykwalifikowaną, czy tez kompetentną, żeby podważać wyniki śledztwa prowadzonego przez profesjonalistów.
Z mieszanymi uczuciami wróciłam, do domu. Włączyłam ulubioną płytę, zajęłam się sprzątaniem i gotowaniem obiadu. Ojciec i tak się dowie, że nocowałam u Krystiana, ale pewnie skomentuje to jednym zdaniem: "Jesteś już dorosła i wiesz, co robisz." Mimo wszystko wolałam, żeby nie doznał zbyt wielkiego szoku, jak już wróci.
Niestety moje starania poszły na marne, bo zadzwonił i powiedział, że wszystko się przeciągnęło i wróci dopiero następnego dnia. Miałam ochotę zapytać, jak ona ma na imię, ale się powstrzymałam. Służbowe wyjazdy nigdy nie trwały dłużej niż kilka dni, więc tym razem musiało chodzić o kobietę. Gdyby nie to, że ja spędziłam tydzień w towarzystwie i pod dachem Krystiana, to pewnie bym się zdenerwowała i zrobiła mu awanturę.
Miły wieczór przerwało mi pojawianie się funkcjonariusza policji i to nie osobie dobrze mi znanej, tylko pod postacią wiernego psa myśliwskiego, ochrzczonego przeze mnie jako Kokosz. W rzeczywistości był to nikt więcej, jak starszy aspirant Grzegorz Pielecki. Mężczyzna w średnim wieku, zupełni nijaki, niczym się nie wyróżniający.
- Pozwoli pani, że zajmę jej chwilkę. Otóż…
- Herbaty, kawy, piwa? - przerwałam.
- Nie, dziękuję. W śledztwie dotyczącym ludzkich szczątków znalezionych na tej posesji jak i w tym sprzed kilku lat dotyczącym seryjnego mordercy, pojawiły się nowe dowody i moim obowiązkiem jest ostrzec panią przed pewnym człowiekiem. Otóż wydaje się pewne, iż w te wszystkie zbrodnie zamieszany był Krystian Westman…
- To nie możliwe - odparłam spokojnie i bez zastanowienie. Sens jego słów nie dotarł jeszcze do moich szarych komórek.
- Posiadamy niezbite dowody - pewnym głosem dodał Kokosz.
Krystian… Zamieszany… Przez długa chwilę analizowałam, to co powiedział. Nie wierzył w to, co mówiłam o głosach i wizjach. Uważał, że zbieżność artykułów prasowych i protokółów to przypadek, a być może nawet błąd. Wyniki śledztwa uznawał cały czas za niepodważalne. Czy to możliwe…?
On przecież nie potrafiłby… Nie… nie… Chronił mnie przecież, pomagał mi.
Nie potrafiłam zebrać myśli. Wszystko stał się nagle takie trudne. Oczywiste wnioski jeden po drugim przychodziły mi do głowy, ale serce też dokładało swoje trzy gorsze i mówiło, że to nie musi tak wyglądać.
Nagle usłyszałam ten przerażający śmiech. Jednak nie należał on do podążającej za mną zjawy, a do Kokosza. Odwróciłam się i zobaczyłam jego twarz wykrzywioną w zwierzęcym grymasie.
To on! To jego cień towarzyszył mi przez ostatnie tygodnie. Ten śmiech… Poznam go zawsze i wszędzie. Tylko… Tylko co teraz?
Nie mogłam uciec, nie miałam dokąd. On stał kilka kroków ode mnie. Spróbowałam. Odepchnęłam go i pobiegłam w kierunku drzwi, jednak on był szybszy, niż się tego spodziewałam. Złapał mnie za włosy i przyciągnął do siebie.
- Teraz się zabawiamy, jak za starych dobrych czasów. Będziesz ukoronowaniem mojego wspaniałego dzieła - wycharczał mi prosto w twarz.
Czułam jego oddech na mojej skórze. Byłam przerażona. To, czego tak bardzo się bałam stało się nagle rzeczywistością. Teraz to moje krzyki wypełnią ten dom. Moje wizje się wypełnią.
Zakneblował mi usta ścierką. Cały czas trzymał mnie mocno wykręcając mi ramię. Trzymał w ręce nóż. Rzucił mnie na kanapę i zaczął mi rozcinać ubranie.
Nie mogłam z siebie wydobyć niż poza charczącym jękiem. Nie byłam w stanie mu się przeciwstawić. Byłam sama. Ojciec pewnie miło spędzał czas w towarzystwie jakiejś kobiety, a Krystian…
Zwątpiłam w niego. Uwierzyłam, że to on mógł być bezwzględnym mordercą, a to było tylko kolejne zagranie Kokosza, następny akt precyzyjnego przedstawienia. Przez te kilka lat ukrywał się, aby teraz ponownie zaatakować. Reżyser doskonały w ostatniej odsłonie. Zatrze wszelkie ślady i nikt już pewnie nie usłyszy o brutalnym mordercy.
Nóż niebezpiecznie zbliżył się do moich piersi. Cienka stróżka krwi spłynęła po moim brzuchu. Potem kolejna. Ile wytrzymam?
Leżałam przed nim naga i bezbronna. Grymas satysfakcji malujący się na jego twarzy, jego śmiech, jego kroki… Doprowadzał mnie do obłędu. Przerażenie zacierało granice między rzeczywistością, a wizjami.
Krew, wszędzie krew…

Epilog

Krystian tylko pozornie ignorował to, co mówiłam. Uznał, ze będzie bezpieczniej jak mnie jednak zniechęci do szukania luk w śledztwie, żebym przypadkiem nie znalazła czegoś istotnego, czy tez niebezpiecznego. Podjął kroki, które pozwoliły na identyfikację anonimowego informatora, a które jeszcze kilka lat temu były niedostępne.
Ostatnia odsłona miała być krótka. Kurtyna powoli zapadała wraz ze zbliżaniem się świtu.
Ojciec nie mógł się dodzwonić do mnie. Telefon został odcięty, a komórka wyłączona. Skontaktował się z Krystianem, który potrafił logicznie myśleć i błyskawicznie działać. Zdążył.
Jednak teraz to już wszystko przeszłość.

----------------------------------------
czarrna

Opublikowano

Świetny pomysł, ciekawy opis, ale...
Zbyt wiele tych nocy spędziłas w tym domu, po każdej z nich czując się coraz gorzej. Moim zdaniem przydałby się niewielki, dynamizujący akcję skrót.
Gdzieś tam było zdanie o wypoczynku na łonie natury- już nie pamiętam, ale niewłasciwie sformułowane.
Ponadt, jeszcze w pierwszych akapitach kilka nienajlepiej sformułowanych myśli.
Jest też jeden poważniejszy grzech: po tej nocy, której ujrzałaś słady krwi w łazience, oraz kolejnej, gdy potkęłaś się o ciało poszłaś sobie spać, a rano już nie próbowałaś sprawdzić tych śladów. Przestało cię to interesować?

Opublikowano

Noce, noce... chciałam jakoś wystopniować całość, a zeby bardzo nie raziło w oczy starałam się wprowadzić jakies przerywniki. Co do grzechu, to tu właśnie wyszedł skrót, bo uznałam, że nic oczywiście nie przypominało o nocnych koszmarach i że nie ma sensu o tym pisac. Tak to jest, jak zaczynam sie bawić w skróty...
pozdrawiam
------------
czarrna

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...