Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ten poemat jest rozmową pomiędzy życiem, uczuciem i śmiercią.
Każda z postaci mówi własnym rytmem — ich słowa tworzą oddech istnienia.
Nie szukaj w tym formy, lecz sensu, który oddycha między wersami.

 

ŁaSiC – A teraz przekażemy, pewną historię,

Na którą temat, zachęcamy mieć teorię! - KoYoT

Oto jedna z wielu opowieści, którą opowiedzieć nam dane,

Nazwana „Błędy rozumienia Siebie”, i tak jest sformułowane.

Dzień dni! Zrodził się Oddech, i krzyk jego, i płacz.

Noszony, dbany, karmiony, przez Wdech i Wydech. Dali wszystko, co mogli dać.

Oddech poznał Uczucie i poszli razem w szlak,

Oświadczyli wszem i wobec, że razem ich świat.

Szczęśliwi są, i Wdech, i Wydech, i Zmysł, i Emocja,

To wszystko to piękno, to droga radosna.

Mijając wiele czasów, tam gdzie my, powstało ja.

Tam gdzie płomień, tam powstaje niewidzialna łza.

Oddech dawał wszystko, co Uczucie pragnęło,

Lecz Uczucie odczuło, że wszystko osiągnęło.

Uczucie uznało, że uczucie zgasło,

Opuszczając Oddech, nie rozumiejąc, że nic nie wygasło.

Swą drogę obraną, pewnie wybraną,

Dobrze nieznaną, na Swoją, zdecydowaną.

Oddech, był zamknięty, boleśnie dotknięty,

Okrutnie przejęty, jakby z krzyża zdjęty.

Oddech rozmyślał, przemyślał, mamrotał,

Aż nędzny pomysł, się w końcu wykołotał.

Mój żywot, uzależniony niczym płuca od tlenu,

W mym życiu nie będzie, tego samego refrenu.

Rzekł smutno Oddech, i w strachu, i gniewie,

W bólu i żalu, chciał znaleźć się w niebie.

Tak dokonał czynu, nasz Oddech biedny,

Ale ktoś Ponury, okazał się bardzo wybredny.

Przyszedł Ĺos i ‽rzeznacznie, w intuicji formie,

Wdech i Wydech wyczuły, że coś, jest nie w normie.

Ruszyli, by ujrzeć Swój plon, jak się trzymał,

A oddech, w Oddechu, się prawie zatrzymał.

Ĺos i ‽rzeznaczenie zawsze walczą do końca,

Wiec rodziciele uratowali Swego brzdąca.

Trafił do miejsca, gdzie ratunek wciąż trwa,

Choć walka nierówna, to nikt nie przegrywa.

Odwiedził go, jakiś jegomość, w czarny płaszcz odziany,

Nie mogąc, być dotykany, Kostuchą zwany, zapytał.

Skąd ten pomysł, by w ramiona iść me?

Czy Ty myślisz, że ja naprawdę tego chce?

Czy nie uważasz, że robisz wbrew Sobie?

Czy rozumiesz, co masz, co nie opuszcza Cie?

Czy twierdzisz, że łatwo mi przyjść, po Ciebie?

Odpowiedz masz dla mnie?

Teraz Ja, słucham Cie.

Zostało dane, zostało stracone,

Moje życie, to widok, takie zniekształcone.

Odpowiadając, na dru2gie, możesz nie chcieć,

Ale stać się musi, co Ja pragnę mieć.

Trze3cie, to a cóż to za pytanie meczy Cię?

Nie robię wbrew sobie, robię to dla Siebie.

Czwart4e, a co mam rozumieć? Skoro wszystko niezrozumiałe,

Wciąż cierpię, wciąż czuję, pamiętając stale.

Pi5ąte i niedorzeczne, a co to za trudności?

Trup czeka, a przychodzą kości!

Odpowiedz dla Ciebie. Wieczny spoczynek, w zamkniętych oczach,

Bez stresu w głowie i bezsennych nocach.

Teraz słucham, ja Ciebie,

Nim znajdę, się w niebie.

Czy widzisz, niedostrzegalne?

Czy tylko patrzysz, na dostrzegalne?

Czy dla Ciebie życie, jest takie trywialne?

Powiem szczerze, że to nawet wulgarne.

Czy rozumiesz, co zrobiłeś, co stało się dokonane?

Czy pamiętasz o tych, przez których życie, jest dane?

A co powiesz, jeżeli powiem nie?

Zostawię w tym miejscu, w tym ciele?

Będziesz leżeć, tu ciągle,

Zamknięty w oczach, na które patrze.

Przyjdą myśli różne, te gorsze, te złe,

Może zrozumiesz, Swą nędzną ocene?

Powiadasz, że robisz dla siebie?

A pamiętasz o tych, którzy oddali Ci siebie?

Nie czujesz, co zabijasz, w Swej naturze?

Uważasz, że przyjdę i Cię rozchmurze?

 A ile Ciebie, w Tobie?

Skoro pragniesz, się znaleźć, w grobie?

Powiem Ci prawdę, ja się dusze,

Gdy musze przyjść, po taką dusze.

A Wdech i Wydech, co będą robić, bez Ciebie?

Zostanie im szukać Cię, na niebie?

A tych, których napotkać Ci, było dane?

A Ci, przez których złe myśli, rozwiane?

A fakt, że moja siostra, dała wszystko, byś miał życie?

Najwyższy stworzył ją, tak niesamowicie.

Wy wszyscy myślicie, że nam, to obojętne?

Gdy mam iść, do Swej siostry, to ja się lękne.

Nie ze strachu, lecz w żałobie,

Że jej plon przynoszę, martwy leży w grobie.

 Moje podsumowanie, to odpowiadasz źle.

Uczucie zaś mknęło, przez życia czas,

Kogo, by nie poznało, to ciągle, był kwas.

Uczucie porównywało, nie rozumiało, szczerości szukało,

Odnajdując i gubiąc, szukając zbłądziło.

Uczucie w desperacji tęsknoty,

Widząc upadki i rzadkie wzloty.

Szlochało, płakało, żałując decyzji,

Zagubiło się, w przeszłości wizji.

===Joahim Pastor – Joda(Worakls Remix)===

Tęsknota, już dość, tego miała,

Co noc, Uczucie odwiedzała.

Aż w końcu rozmowa rozpoczęta, w te słowy,

Czy Ty przypadkiem, nie słyszysz Swej mowy?

Jak masz możność myśleć, że Oddech skończony?

Jak można myśleć, że Twój żywot wyliczony?

Słyszę, jak Oddech wzywany, przez dusze,

Powiedz, Ty się dusisz, czy ja się dusze?

Ideałem nie jest, i nie będzie,

Ale powiedz, ile ideału w Tobie przędzie?

Szloch Twój, słyszę niewidzialny,

Twój żywot z nim, taki witalny?

Magia magiczna, jest wtedy,

Gdy Szacunek z Walką, jest jak należy.

Masz wytłumaczenie, na to, że ciągle mnie wzywasz?

Skłam mi, a zapomnisz, jak się nazywasz!

Cóż mam robić, cóż się dzieje!

Kim jesteś? Grozą wieje!

Dlaczego Miłości mej wzywasz imię?

Kontaktu nie mamy, cóż ja uczynię?

Boli Tęsknoty strzał, przebiło na wskroś,

Co poznam kogoś, to jak w gardle ość.

Co posiada Oddech, że w jego stronę,

Ciągnie mnie ciągle, jak szalone?

Nie krzywdź mnie proszę, nie zasługuje,

Urazy do Ciebie, żadnej nie czuje.

Czy musze kare czuć, że ciągle muszę?

Prawda, do miłości mi tęskno, i się duszę.

Oddech wadliwy był, to fakt,

Ale to, co się stało, to jak zerwany trakt.

Milcz! Obrzydliwe słowa!

Ta Twoja neandertalska mowa!

W ślepocie jesteś i ślepota Cię pokona,

Gestów nie doceniasz i stąd Twa trwoga.

Czy nie dał Ci wszystek wymarzony?

Czy Twój świat bezpieczeństwem, nie był obłożony?

Ty wad, też masz wiele!

O ja pierdzielę!

I tonę zepsucia!

I złych myśli snucia!

Jaki brak miał, tak ważny,

Że twój wybór, był nierozważny?

A jak powiem, że dusza opuszczona,

Była tą, która Ci przeznaczona?

Nikt w tym losie, na Ciebie nie czeka,

Jedynie usłucha, Ciebie Nadzieja, to przyrzekam.

Lecz wsparcia, jej nie ma,

Bo porzucony Oddech, idzie do nieba. 

Nie doceniasz, tego co było,

A nawet Ciebie, trochę ubyło.

Nie słyszysz? Ten glos Cię wzywa!

Odpowiedź, jaka Twa? Wiesz, jak się nazywa?

Dokonany czyn, błędem był okrutnym,

Teraz mój świat, jest takim smutnym.

Czegoś nie miał, a coś miał,

Pamiętam jedno, szczerze i prawdziwie kochał.

Nie mów, tak okrutnych słów,

W boleści trwam, i nie mam słów.

Jak w niebie, ma być?

Skoro musi żyć!

Cóż ja uczynię, bez niego?

Skoro chronił mnie, ode złego!

 W tulości i opiekuńczości płaszcz okrył,

Od mych łez, był nie raz mokry.

Krzyk znosił, i płacz, i złość, i się nie płoszył,

Moje wszystkie senne koszmary rozproszył.

Cóż mi robić, proszę powiedz,

Nim w żałobie, będzie koniec.

Powiem Ci, bo widzę ból Twój szczery,

I mówię, to bez kozery.

Usłuchaj głosu, z serca wykrzykiwane,

A odnaleźć Oddech, będzie Ci dane.

A teraz odejdę i niech miłość wygra,

Bo jak tu wrócę, to marność przy gra,

I puff, tęsknota zniknęła, ale spogląda,

Na to, co Uczucie poczynia.

Uczucie w te pędy, się wyciszyło,

I głosem z serca, się pocieszyło.

Usłyszeć krzyk wołający, czekający, na ciepło i szczęście,

Które czeka w miejscu, gdzie, może nadejść nieszczęście.

Intuicja nie pomyli się, ponieważ Tęsknota pilnuje,

By mogło nadejść, czego Ĺos i ‽rzeznaczenie oczekuje.

Gdzieś pomiędzy, życia śmiercią,

Rozmawiał Ponury, z życia mordercą.

Śmiertelnik kontynuował konfrontację,

 Rozumiejąc powoli, nędzną sytuację.

Niedostrzegalne, w dostrzegalnym widziane,

Dostrzegalne, w niedostrzegalnym pokochane.

Me życie, w Uczuciu przegrane,

Nie dostrzegając tego, ile miłości mej dane.

Teraz widzę błąd Swój, nie ważne, jak nazwany,

Nie dostrzegłem tych, przez których jestem kochany.

Czemu miałby, okrutny los mnie dotknąć?

Nie chcę ponownie, od łez moknąć!

Leżeć tutaj, w smutku pogrążony!

Czemu ja mam, być tak potępiony?

Dlaczego złożony mój ból, w przeznaczeniu?

Że będę tu leżał, w takim cierpieniu!

Tych, których poznałem, znam i poznam, to się w głowie nie mieści!

Wszystek zniknie, stracimy się z oczu, czy da się bardziej, to streścić?

Nadwrażliwa ślepota, w potędze miłości,

Że niedostrzeżona ona, ta miłość, od maleńkości.

Byśmy się rozumieli, każdy prawdą się podzieli,

Obyśmy Siebie mieli i o szczerości, nie zapomnieli.

Kostucho, Ty masz siostrę? Nigdzie o tym nie wspomnieli!

Kim, że jest ona, że śmiertelni wiedzy, o niej nie mieli?

Czy jeszcze ujrzę, mych rodziców głos?

Czy zostanę tutaj, bo nieunikniony mój los?

Proszę Panie Śmierci, wybacz mi, moje zaślepienia!

Moja głupota, niewytłumaczalna, uratuj mnie, od tego przeznaczenia!

Nic nie mogę Ci dać w zamian, jedynie przyrzeczenia,

Że spełnię, co ma być spełnione, by wrócić do istnienia.

Ma siostra, starsza żywotem, a imię jej dźwięczne,

Nazwana Życie, a kto żyw, jest jej wdzięczne.

Życzliwą i dobrą, jest ona świadomie,

Kto jej nie szanuje, ten o tym się nie dowie.

Ponieważ myśl negatywna, zamyka ją w bezsensie,

A pozytywna rozkwita, jak cel i kierunek obrany w sensie.

Widzę szczerze, że żałujesz, aż to czuje,

Więc dostaniesz, ode mnie szansę, na którą każdy zasługuje.

Posłuchaj, co masz zrobić, bo jak nie,

To przyjdę, po Ciebie, gdy będziesz chciał, by tętniło życie.

Gdy ujrzysz Uczucie, wybaczysz jej decyzje błędne,

Jak i Twoje okazały się, być zbędne.

Miłość i zaufanie wstanie niezachwianie,

Nie będzie Cię męczyć, żadne rozstanie.

Wyrzuć zmartwienia, odrzuć zniecierpliwienie,

Bez zbędnego gaworzenia, niech razem, będzie wam, jak w niebie.

Zapamiętaj, co sama Śmierć powiedziała, do Ciebie.

Poczekaj, nim odejdziesz podziękować Ci chcę,

Wiem, co z radości dla Ciebie zrobię.

Usłucham Twych słów,

Rozpocznę wszystko, jak dzielny zuch.

Tylko pytanie mnie, jed1no męczy!

Dlaczego śmierć prawie, przed życiem klęczy?

Czemu tak słodko, wspominasz jej imię?

Gdy mówisz o niej, to jakbyś bronił dziewczynę!

Niczym skarb najdroższy, nie do tknięcia,

Jestem wzruszony, od Twego przejęcia.

Jak to możliwe, że ktoś tak straszny,

Sprawić mógł, by ktoś stał się ważny.

Twej siostry, już więcej, nie obrażę,

Prędzej samego Siebie, znieważę.

===X-ray dog – The Vision(WAŻNE Kanał Romans Jakovickis 4:02)===

Ona jest życiem, które będę kochał należycie,

Jeżeli ją stracę, to będzie najgorsze przeżycie.

Dla niej, warto się zmienić walecznie,

By wieść życie, odpowiednio bezpiecznie.

To moja rodzina, jedy1na która istnieje,

Jeżeli ją stracę, to i ja zmarnieje.

Po wypowiedzianych słowach, Śmierć zniknęła,

Lecz nie odeszła, tylko obserwowanie rozpoczęła.

Patrzy, jak Ĺos i ‽rzeznaczenie kogoś popycha,

By mogło dojść, do tego, co w życiu umyka.

Tam, gdzie Walka, walczyła o wielu,

Uczucie wreszcie, dotarło do celu.

Wdech i Wydech, w ból zamienieni,

Przyjściem we łzach, Uczucia zdziwieni.

Tak Uczucie pocałowało usta Oddechu,

Oczyszczając je, z morderstwa grzechu.

Oddech oczy otworzył,

W to co zobaczył, nie uwierzył.

Szczęście i ciepło śpiewały psotnie,

Że błąd, jest po to, by naprawić go radośnie.

Nawet Walczący o Oddech zdziwieni,

Bo gdzie tu się, odpowiedz mieni.

Je1den krzyknął „Nagle zniknął śmierci powód,

Na boga, cóż za trwoga, toż to cud.”

W Oddechu, nowe życie tchnięte,

A w Uczuciu, moc miłości, na nowo wyrośnięte.

Stali tak razem, i Życie, i Śmierć, i Ĺos, i ‽rzeznaczenie, nawet Tęsknota w ukryciu,

Wszyscy z uśmiechem na buziach, niewidoczny dla w tych przy życiu.

Choć Ponury jegomość, uśmiechu nie posiada,

To szczerzy zęby, tu uśmiech się wkrada.

Chwyciła siostra, dłoń brata, bardzo szczęśliwa,

Że wsparł ją, i tego nie ukrywa.

Tutaj ciekawostka się pojawia,

Że Śmierć Życiu, śmierci nie sprawia.

A odpowiedź, jest bardzo prosta,

Moc życia nad śmiercią, go przerosła,

Choć Prawda, się z goła inna nosiła,

Kocha brat siostrę, i to jest, ta siła.

Życie, Ĺos i ‽rzeznaczenie wszystkie Swe dzieci kocha,

A Śmierć, i tak przyjdzie, bo taka robota.

Morał tej bajki, jest taki,

Słuchaj głosu rozsądku, bo skończysz nijaki.

A odpowiedź, na czyn, nędzny, dokonany,

Nie dokonuj nędznych wyborów, gdy jesteś zachwiany.

A teraz my dodamy, coś od siebie,

Szanuj, Kochaj, Porozmawiaj, a będzie Ci, jak w Niebie!

Mawiają, że tytuł nie pasuje do historii,

Choć ona sama, ma wiele teorii.

Powodów, dla których, tak się stało,

Ale wiadomo jed1no, Uczucie i Oddech, się bardzo kochało.

Zrozum siebie, nim złączysz, z kimś świat,

Przyjdzie ból i cierpienie, to będzie kat.

Rada jed1na, jest nam znana, która wiele zmieni,

Daj wszystko z Siebie, dla Siebie, a Prawda resztę oceni.

ŁaSiC – Tu nasze słowa wracają do normy,

Bo mają dosyć, już takiej formy. – KoyoT

ŁaSiC - A teraz zakończymy żartem, w nieżarcie,

AuUuToOoR sam nie wie, czy trafił końcówkę, na farcie. – KoYoT

Opublikowano

@Sytzer 

Powodów, dla których, tak się stało,

Ale wiadomo jed1no, Uczucie i Oddech, się bardzo kochało.

Zrozum siebie, nim złączysz, z kimś świat,

Przyjdzie ból i cierpienie, to będzie kat.

Rada jed1na, jest nam znana, która wiele zmieni,

Daj wszystko z Siebie, dla Siebie, a Prawda resztę oceni. 

 

Fajny morał i ciekawy. 

Masz trochę błędów, (ale zaczynasz tutaj więc udam że nie widzę)

 

Co do tych rad mądre i znane- ale bywa że życie swoimi drogami chodzi,

i nie zawsze bywamy autorami scenariusza na nasze życie.

Opublikowano

Wiele z tego, co może wyglądać jak błąd, jest tu celowym zabiegiem — rytmicznym, emocjonalnym, czasem symbolicznym.
W tym tekście forma oddycha razem z treścią, dlatego pozwoliłem jej być niedoskonałą, tak jak ludzkie uczucie.
Żyjemy w chaosie. Oddalem mowe interpunkcją, to nie bledy, to forma mówiona. Gdy mowisz normalnie z kimś, to nie mówisz z przecinkami. To oddaje mowe. Może jakieś literówki są, to faktycznie. 
Jednak jesteśmy autorami swojego losu. To TY decydujesz o swoim losie. Zmienne, ktore sie pojawiają w życiu, są częścią chaosu. Chaos da się okielznać, jeżeli świadomie dzialasz i weryfikujesz swoje decyzje, jak i dzialania.
W większości przypadków, to ludzki brak konsekwencji, jest wynikiem problemów. 
Jednak dziękuję za wypowiedź :) 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...