Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Potrafił zaspokoić jej masochistyczne potrzeby. Był silny, barczysty i zawsze taki męski. Kiedy pierwszy raz uderzył ją w twarz, poczuła w sobie chęc kochania się z nim w najbardziej gwałtowny i brutalny sposób, jaki mogła sobie wyobrazić. Był dla niej bogiem, którego należało czcić. Prawie wcale się nie uśmiechał, a każdy jego ruch zdawał się być przemyślany.
- Jutro rozerwę ich na strzępy - powiedział, zdejmując z siebie filcowy płaszcz.
- Wygraliście? - zapytała Marta pomagając swojemu narzeczonemu rozpiąć guziki koszuli. Wrócił wściekły, zatem to pytanie było zbędne. Przegrali kolejny mecz i zanosiło się, że po raz kolejny odegra się na niej. Ta myśl sprawiła, że poczuła się dziwnie: z jednej strony była zadowolona, w końcu zaspokoi jej potrzeby, jednak z drugiej strony zaczynała się go bać. Ostatnio był dla niej bardzo brutalny, zbyt brutalny, sprawiał jej ogromny ból, bił ją nawet wtedy, gdy mówiła mu, że potrzebuje spokoju, delikatności z jego strony, oraz wsparcia.
- Czy wygraliśmy? - warknął na nią - Nie, nie wygraliśmy! Jutro kolejny mecz i jeśli znowu przegramy możemy zapomnieć o mistrzostwach!
Miał dwadzieścia osiem lat i był jednym z lepszych zawodników rugby w całym Connecticut. Dzięki niemu w zeszłym roku jego drużyna zdobyła mistrzostwo. Był dynamiczny i twardy z doskonałą kondycją zarówno fizyczną jak i psychiczną. Michael Cunnigham - potężny twardziel, monstrum, byk, diabeł - tak nazywali go znajomi.
Wszedł do salonu i rozsiadł się w swoim ulubionym bujanym fotelu. Z wygoloną na łyso głową, lekko pociągłą twarzą z małym szerokim nosem wyglądał jak głodny, wściekły rotweiller.
- Nie wiem jak to możliwe, że te pawiany tak dały dupy - wysyczał. Marta domyślała się, że mówi o swoich kolegach z zespołu. Zawsze po przegranym meczu wracał do domu w takim stanie i klął na wszystko i wszystkich. Często się jej wtedy obrywało.
- Stajesz mi na drodze - powtarzał, spoglądając na nią swym demonicznym wzrokiem - Zejdz mi z oczu, albo pożałujesz.
Często miała chęć, aby się z nim podroczyć, sprowokować go do tego, by ją uderzył. Lubiła to i często dostawała czego chciała. Ostatnio jednak posuwał się za daleko, kilka dni temu omało jej nie zabił. Wrócił z treningu cały spocony i wściekły. Rzucił się na nią jak hiena rzuca się na swą ofiarę i pchnął ją tak mocno, że przeleciała w powietrzu dobre trzy metry i prawie uderzyła głową o kant stołu stojącego pośrodku salonu. Ważyła tylko czterdzieści pięć kilo, podczas kiedy on był niemal trzy razy cięższy i z łatwością podnosił ją jedną ręką. Przekonała się o tym jakis czas temu, kiedy szarpnął ją za plecy i przewrócił na podłogę. Potem trzymając za sweter zaniósł do łazienki, gdzie bił ją prawie do nieprzytomności. Długo jeszcze po tym wydarzeniu miała sińce pod oczyma i na plecach.
- Lubisz to przecież - powtarzał, kiedy zaczynała płakać i skręcać się z bólu - Zawsze błagasz mnie, abym zadawał ci więcej bólu, zdziro.
Owszem, miała swoje masochistyczne potrzeby. Zdawała sobie sprawę o swoim zboczeniu i dobrze się z tym czuła. Jednak czasami potrzebowała czułości i opiekuńczości ze strony Michaela. Potrzebowała jego wsparcia, ciepłego słowa i romantycznego pocałunku.
Nigdy jej jednak tego nie zapewnił. Kiedy wracał wieczorami do domu, a ona leżała już w sypialni, słyszała jak wchodzi po schodach i jak dyszy ze zmęczenia i wściekłości. Był jak dziki zwierz, zawsze głodny, zawsze drapieżny i zawsze gotowy na to, aby zaatakować. A ona była jego ofiarą; bezbronną, cichą, potulną i oddaną.
- Podać ci piwo? - zapytała otwierając lodówkę. Na to pytanie również znała odpowiedz, więc nie czekając na odzew wyciągnęła dwie puszki budweisera i zaniosła Michaelowi. Spojrzał na nią spode łba i prychnął tylko niczym zdenerwowany byk, a potem wyszarpnął jej z dłoni puszkę i zwinnie otworzył. Kiedy upił dwa łyki spytał:
- Dlaczego to piwo jest ciepłe?
- Stało w lodówce przez cały czas, więc nie wiem - odparła Marta wracając do kuchni. Nie miała ochoty się z nim droczyć. Nie w tej chwili. Była zmęczona, gdyż cały dzień sprzątała dom; myła okna, podłogi i zawieszała firanki, które co chwila odczepiały się z karniszy i lądowały na podłodze. Prosiła Michaela, aby naprawił te cholerne karnisze, ale dla niego ważniejsze były mecze.
- Jak to nie wiesz dlaczego to piwo jest takie ciepłe?! - wykrzyknął - Za każdym razem proszę, abyś wstawiała je do lodówki, jak tylko wrócisz ze sklepu!
Marta nie odpowiedziała. Układała filiżanki w szafce i zdawała się nie myśleć o tym, co jej mówi. Bolały ją plecy od ciągłego nachylania przy myciu podłóg i jedynie o czym marzyła, to ciepła kapiel i kilka godzin snu.
- Mówię do ciebie! - warczał Michael.
- Nie wiem dlaczego twoje piwo jest ciepłe, do cholery! - wykrzyczała i wybiegła z kuchni. Przechodząc przez salon posłała mu srogie spojrzenie, po czym dodała:
- Jestem zmęczona. Kiedy ty grałeś, ja sprzątałam dom, ale ciebie to oczywiście nic nie obchodzi. Jestem zmęczona, słyszysz? I mam zamiar teraz odpocząć; wziąć prysznic i przespać się, więc czy mogę cię prosić, abyś swoje pretensje zachował na póżniej?
Po tych słowach udała się na górę do sypialni, gdzie przyszykowała sobie świeże rzeczy na przebranie i ściągnęła z palca złoty pierścionek, który Michael podarował jej dwa lata temu. Zabrał ją wtedy na plażę i oświadczył się. Przypomniała sobie te chwilę i pomyślała, że dawniej stać go było chociaż na odrobinę romantyzmu. Zmienił się. Przez ostatni rok wręcz nie do poznania. Nie miała jednak czasu dalej o tym myśleć, gdyż usłyszała jego kroki na schodach. Spodziewała się tego, co za chwilę miało nastąpić. Przymknęła na chwilę oczy i kiedy je otworzyła, ujrzała w drzwiach stojącego Michaela.
Kipiał ze złości.
Chwycił Martę za włosy, po czym próbował unieść ją w górę, lecz zaczęła krzyczeć i szamotać się, a kiedy kopnęła go w łydkę syknął z bólu i puścił ją.
- Widzę, że zrobiłaś się agresywna - wysapał z furią w oczach - Pokaże ci, jaki potrafię być agresywny, odechce ci się zadzierać ze mną.
Sięgnął po skórzany pasek, który mu kupiła na urodziny i zamachnął się. Marcie udało się w ostatniej chwili odskoczyć i pasek z głuchym plaśnięciem trzasnął w panele podłogowe. Za drugim razem nie miała już szans. Skuliła się w kącie sypialni i czekała. Czekała, aż jej kat wykona wyrok.



Zostawił ją w spokoju dwie godziny póżniej; płaczącą, skuloną w kącie sypialni. Dwa razy uderzył ją prosto w nos, z którego wyciakała teraz krew. Możliwe, że był złamany, kiedy potem spojrzała w lustro zobaczyła, że jest lekko wygięty w bok. Podbił jej prawe oko i wykręcił rękę tak mocno, iż przed oczami stanęły jej ognie świętego Elma. Ledwo trzymała się na nogach, była taka bezradna, załamana i słaba. Pierwszy raz odkąd była z tym tyranem pomyślała, że coś musi zrobić. Miała ochotę, aby zadzwonić na plicję i właśnie teraz była gotowa to zrobić.
Trzymała już słuchawkę w dłoni, kiedy on znowu się pojawił.
- Co robisz? - zapytał, stając koło niej w samych tylko bokserkach i chwytając przegub jej ręki.
- Nic, chciałam zatelefonować - odparła przestraszona.
- Chciałam zatelefonować? - przedrzeżnił ją. Nienawidziła kiedy drażnił się z nią w ten sposób, a ostatnio często mu się to zdarzało. Lubił robić jej na złość i krzywdzić ją - A do kogo chciałaś zatelefonować? - dopytał krzwyiąc się.
Miała ochotę wykrzyczeć mu, że to nie jego sprawa, ale bała się, że znowu ją pobije. Był nieobliczalny.
- Do mamy - wyjąkała unikając jego wzroku.
- Do mamy? A pocholerę do mamy? Lepiej się przyznaj, że po gliny chciałaś zadzwonić! - krzyknął unosząc rękę, jednak nie uderzył jej ponownie.
- Chciałam zadzwonić... - wymamrotała, ale natychmiast jej przerwał.
- Nie radzę ci dzwonić po gliny - powiedział - Potraktuj to jako ostrzeżenie numer jeden.
Odsunął się od niej i wybuchnął śmiechem, jakby to, co jej zrobił nagle go rozbawiło. Marta spojrzała na niego błagalnie i spytała:
- Mogę iść się położyć?
- A nie ciekawi cię ostrzeżenie numer dwa? - ponownie się roześmiał. Zacisnął pięści i wyszczerzył do niej zęby.
- Nie mam sił na twoje ostrzeżenia w tej chwili - zdobyła się na to, aby okazać mu odrobinę pewności siebie. Wiele ją to kosztowało. Michael spowarzniał nagle, po chwili chwycił jej twarz długimi, masywnymi palcami i wysyczał:
- Masz trzymać gębę na kłódkę, zrozumiano? W przeciwnym razie stanie się coś bardzo, bardzo złego. Czy wyrażam się jasno?
Uderzył ją w policzek. Upadła. Rozpłakała się.
- Zrozumiano? - powtórzył pytanie.
- Tak - odparło cicho modląc się, aby wkońcu ją zostawił. Z nosa znowu poleciała jej krew. Tak bardzo się bała. Oparła się o starą szafę w przedpokoju i zaczęłą szlochać.
Czuła, że traci przy nim siły. Wciąż zadawała sobie pytanie, dlaczego w taki sposób ją traktuje? Dawniej zachwywał się inaczej, był stanowczy, brutalny, ale w zupełnie inny sposób jej to okazywał. Nigdy nie bił jej tak mocno, nigdy nie doprowadzał jej do takiego stanu w jakim się znalazła przed chwilą. Przestał ją podniecać, stał się jej katem, znęcał się nad nią i sprawiało mu to ogromną radość. Zaczęła się zastanawiać, czy dała mu powody, aby tak ją traktował. Może zbyt często dawała mu do zrozumienia, że lubi przemoc? Zdarzało się, że wcześniej prosiła go, aby ją uderzył. Lecz nigdy nie wyrządzał jej aż takiej krzywdy, Prawie złamał jej rękę i kto wie, czy nie postąpił tak z jej nosem. Bardzo ją bolał i obficie krwawił. Nie wiedziała co ma teraz zrobić.
Musiała porozmawiać ze Stevenem. On napewno jej coś doradzi. Pojedzie do niego jutro z samego rana i porozmawia z nim. Wkońcu był jej bratem, nie odtrąci jej. Coprawda ich stosunki nie miały się najlepiej z powodu Michaela, ale z pewnością jej nie odtrąci. Potrzebowała go teraz bardzo.
Jakiś czas temu rozmawiała ze Stevenem o swoim jak to nazywała; zboczeniu masochistycznym. Zaskoczyła tym brata, który zapytał czy Michael to toleruje. Kiedy odparła, że bardzo się w tych sprawach rozumieją, Steven zadał pytanie, czy on ją bije.
- Czuję się wtedy inaczej. Wiesz, nie potrafię tego opisać, ale to niesamowite uczucie.
- Czy on cię bije? - zapytał wprost, patrząc jej prosto w oczy. Zawsze tak na nią patrzył, kiedy mieli się pokłócić. I w istocie, doszło wtedy do sprzeczki. Marta nie potrafiła zapanować nad nerwami, czuła, że nikt jej nie rozumie, że jedyną istotą, która potrafi być przy niej jest Michael.
- Chciałam, abyś mnie wysłuchał i zrozumiał, ale chyba nie mogę się tego po tobie spodziewać - powiedziała Stevenowi i opuściła jego dom. Od tamtej chwili nie spotkali się ani razu. Steven raz zadzwonił, aby przeprosić krótko po tym, jak się pokłócili, ale nie chciała go słuchać. Zachowała się jak szczeniak, powtarzała to sobie póżniej wiele razy. Kiedy jakiś czas temu zadzwoniła do brata, odpowiedział jej, że nie interesują go już sprawy dotyczące jej życia.
Marta miała dwadzieścia trzy lata. Poznawszy Michaela była jeszcze niepełnoletnia. Zakochała się w nim, zakochała się w jego stanowczości i męskości. Był zawsze taki odważny, taki dzelny. Dopiero niedawno doszło do niej, jaka była głupia. Była małą, naiwną dziewczynką zapatrzoną w pięknie wyrzężbioną klatkę piersiową Michaela. Ale było coś jeszcze. Tylko on potrafił sprawić, że czuła się cudownie w łóżku. Lubiła, kiedy przeklina i kiedy jest brutalny.
Myśl, że jutro pojedzie do Stevena, trochę ją podbudowała. Udała się spowrotem do sypialni, gdzie rozebrana do naga i położyła na szerokim łóżku, które śmiało mogłoby pomieścić cztery osoby. Okryła obolałe ciało miękką kołdrą i zamknęła oczy.
Wtedy w domu zadżwięczał telefon. Słyszała jak Michael podbiega do aparatu i odbiera słuchawkę. W jego głosie wyczuła podniecenie, nie wiedziała, kto dzwoni, ale było oczywiste, że spodziewał się tego telefonu.
- Tak, u mnie wszystko gotowe - mówił dość cicho - Oczywiście, lepiej być nie może, wszystko dopięte na ostatni guzik. Jestem gotowy do akcji... uhm... jak dla mnie może być... przyjedziesz?... Tak myślałem, że nie będziesz chciał, aby cię to ominęło... Co? ... Hm, nie, nie wie, ona tam nie zagląda. Spokojna głowa. Zresztą i tak jest niegrożna... rozumiem, i popieram... Dobrze, doskonale o tym wiem... do zobaczenia.
Tak zakończyła się telefoniczna rozmowa. Marta nie miała pojęcia z kim i o czym rozmawiał, ale zlękła się. Podciągnęła kołdrę pod samą szyję, gdyż jej ciało przeszyły zimne dreszcze.
Przez chwilę zastanawiała się co kombinuje Michael, potem zasnęła.



Kiedy przebudziła się w środku nocy zobaczyła, że leży w łóżku sama. Włączyła podświetlenie tarczy w budziku i zobaczyła, że jest trzecia nad ranem. Nie miała pojęcia, gdzie jest Michael, zdenerwowała się. Wstała z łóżka i ubrała szlafrok. Po cichu opuściła sypialnie i wyjrzała na mały korytarz. Światła wszędzie były pogaszone i panowała niczym nie mącona cisza.
Przeszła korytarzem do schodów i spojrzała w dół, ale w salonie również było ciemno i panował spokój. Michael musiał gdzieś wyjść, ale dokąd o tej porze mógł poleżć? Nigdy nie wychodził w środku nocy, poza tym jutro miał ważny mecz, powinien się wyspać.
Miała właśnie schodzić do salonu, aby wyjrzeć przez okno i sprawdzić, czy przed domem stoi jego samochód, kiedy usłyszała jakiś hałas dobiegający ze strychu. Był to zwykły trzask ,jakby coś się przewróciło. Marta spojrzała na schody prowadzące do góry, a na jej twarzy rysował się strach.
Co on tam wyprawia? - spytała w myślach, nie wiedząc w pewnym momencie, co ma robić. Czy ma pójść i sprawdzić, czym jej narzeczony zajmuje się o tej porze na strychu? Może powinna odpuścić sobie? Wkońu jeśli był zdenerwowany z pewnością nieżle by się jej oberwało. Stała bez ruchu i nasłuchiwała, ale do jej uszu nie dobiegł więcej żaden hałas.
Może to szczur? - pomyślała. Postanowiła zejść jednak do salonu i zobaczyć, czy auto Michaela stoi na podjeżdzie. Bezszelestnie zeszła na dół i wyjrzała przez okno. Ulica była dość dobrze oświetlona, toteż Marta nie miała wątpliwości, że jeden z trzech samochodów zaparkowanych nie na podjeżdzie, a tuż przy krawężniku należał do Michaela.
Wchodząc z powrotem po schodach ponownie usłyszała ten trzask. Jakby jedno z drewnianych, starych krzeseł, które wniosła na strych zaraz, jak się wprowadzili do domu przewróciło się. Zamarła w bezruchu. Słyszała swój oddech i bicie serca.
Ostrożnie, aby nie wywołać żadnego hałasu, trzymająć się poręczy, zaczęła wchodzić na górę. Niewiedzieć czemu, czuła strach i obawę przed tym, co może ujrzeć za chwilę.
Weszła na szczyt schodów, gdzie panował kompletny mrok. Skierowała się wąskim korytarzykiem do drzwi, za którymi znajdował się strych. Odkąd wprowadzili się do tego domu, była w nim może dwa, albo trzy razy; najpierw pownosiła tam swoje rzeczy, które z jednej strony wydawały jej się niepotrzebne, ale których nie chciała pozbyć się na zawsze. Były to stare antyczne krzesła, które nie bardzo pasowały do nowoczesnego wyposażenia domu, stary sosonowy wieszak na ubrania i cała masa walizek z nieprzeczytanymi książkami, starymi rzeczami i rozmaitymi płytami kompaktowymi, których od dawna nikt nie słuchał. Drugi raz poszła na strych, aby posegregować wszystko i porobić ogólne porządki. I chyba potem raz jeszcze weszła na górę, aby sprawdzić, czy wszystkie okna są pozamykane, gdyż zanosiło się na burzę.
Nie lubiła tam chodzić, gdyż na całym strychu cuchnęło stęchlizną i było wiecznie ciemno i chłodno. Teraz stała przed drzwiami i zastanawiała się, czy wejść do środka. Jeśli tam był Michael, to co on do cholery wyprawiał o tej godzinie? - czuła się niepewnie, miała złe przeczucia i przez moment rozpatrywała pomysł, aby zejść na dół do sypialni i zapomnieć o tym, że tu przyszła.
Ale stała nadal przed drzwiami na strych, wciąż patrząc z niepewnością w ciemność, jaka się rozpościerała dookoła niej. Wejść, czy nie wejść? - wciąż zadawała sobie to pytanie. Ponownie przyłożyła ucho do drzwi, ale nic nie usłyszała. Wejść, czy nie wejść? Wejść czy nie wejść? - zadrżała z zimna. Przymknęła oczy.
Weszła.



Pochłonęły ją ciemności. Kiedy zamknęła za sobą drzwi ponownie zaczęła nasłuchiwać i była coraz bardziej pewna tego, że ktoś jest na strychu. Co jakiś czas słyszała kroki dochodzące z przeciwległej jego strony. Słyszała skrzypienie podłogi, oraz ciche szepty. Pomieszczenie było ogromne, nadal cuchnęło w nim stęchlizną i panował przerażliwy chłód. Zaczęła iść przed siebie uważając, aby nie trącić żadnego starego mebla, by nie narobić hałasu. Gdyby ją teraz przyłapał. Gdyby zobaczył, że go śledzi. Rozprawił by się z nią tak, że pamiętała by do końca swych dni.
Zatrzymała się na chwilę, gdyż usłyszała dzwięk bardzo przypominający ludzki jęk, był jednak przytłumiony i nie powtórzył się więcej. Ruszyła dalej. Minęła ogromną szafę wypełnioną po brzegi kartonami ze świątecznymi dekoracjami i zaczęła podąrzać wolnym krokiem, wzdłuż dość długiego korytarzyka, na końcu którego znajdowało się tylko jedno pomieszczenie. Stamtąd właśnie dobiegały hałasy, słyszała je wyrażnie i wywoływały w niej uczucie niepewności.
Coraz bardziej się bała, ale wiedziała, że teraz już nie może się wycofać. Zaszła za daleko, weszła na strych, aby zobaczyć co się dzieje i nie podda się teraz. Najwyżej oberwie od Michaela, czuła jednak, że musi zobaczyć, co on robi. Była zaniepokojona. Miała przeczucie, że dzieje się coś niedobrego.
Przystanęła na moment, gdy głośno i wyrażnie usłyszała świst, jaki wydaje z siebie pejcz, gdy się nim gwałtownie potrząśnie. "Co tam się wyprawia?" - zapytała sama siebie, lecz nie potrafiła sobie na to pytanie odpowiedzieć. Będzie musiała osobiście się przekonać i zrobi to.
Podeszła bliżej i znowu się zatrzymała. Starała się zachowywać najspokojniej, jak tylko można było, każdy krok stawiała nadzwyczaj ostrożnie, aby nie wywołać najcichszego nawet szelestu. Wtedy usłyszała stłumiony głos należący do jakiegoś mężczyzny. Przestraszyła się nie na żarty, gdyż głos ten z pewnością nie brzmiał, jak głos Michaela. Należal do kogoś innego. Ktoś obcy był na strychu. Zaczęła się trząść ze strachu i zimna, nie potrafiła opanować uczucia przerażenia, które zdawało się przeszywać ją całą.
- Myślisz, że wystarczy? - zapytał ledwo słyszalnie męski głos.
Marta posunęła się do przodu jeszcze o kilka kroków i znieruchomiała, gdyż usłyszała pewnie wypowiadane słowa Michaela:
- Dołóż mu jeszcze, ma się polać krew. Okaż trochę zawziętości.
Nie miała pojęcia co dzieje się w pomieszczeniu na końcu korytarza, ale wiedziała jedno: jeśli Michael ją tu zobaczy, zabije. Słyszała jego głos: był wściekły jak demon, nad którym przeprowadzane są właśnie egzorcyzmy.
- Przywal mu jeszcze raz - powiedział do drugiego mężczyzny, który cicho zaśmiał się, a potem znów rozległ się świst pejcza i cichy trzask, jaki wydaje z siebie pasek, którym ojciec częstuje skórę syna za złe wyniki w nauce, bądz za złe sprawowanie.
- I zachowuj się ciszej, nie chcę aby Marta zaczęła coś podejrzewać - powiedział Michael - Ta stara krowa coraz bardziej mnie irytuje.
Marta zdecydowała się zobaczyć, co dokładnie dzieje się w pomieszczeniu na końcu korytarza, nie mogła teraz odejść, przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. Podeszła jeszcze bliżej trzymając się blisko ściany, przy której zatrzymała się. Wzięła głęboki oddech i powoli wychyliła głowę.
To, co zobaczyła sprawiło, że zrobiło jej się niedobrze. Poczuła podchodzący do gardła żołądek i prawie zwymiotowała. Michael stał obrócony do niej plecami. Ubrany jedynie w skórzane spodnie, trzymał w ręku długi na conajmniej półtora metra pejcz. Obok niego stał mężczyzna w długich włosach i obrzydliwą blizną na plecach. Ubrany identycznie jak Michael, w jednej ręce trzymał metalową szablę, którą wymachiwał od czasu do czasu, a w drugiej czarny pejcz, którym chłostał swoją ofiarę.
Marta pobladła.
Na drewnianym stole leżał młody mężczyzna. Był przywiązany sznurem tak mocno, że jego ręce i nogi wyglądały tak, jakby za chwilę miały odpaść. Były sine i krwawiły. Chłopak miał zaklejone usta, czasami tylko udawało mu się wydobyć z stłumiony jęk. Na jego twarzy malował się bół, panika, desperacja i przerażenie. Leżał na stole nagi i co chwila otrzymywał chłostę na brzuch, nogi, twarz, dosłownie wszędzie. Pręgi na jego ciele zaczynały krwawić.
W oczach Marty stanęły łzy. Nie mogła nic zrobić. Była zszokowana tym, co zobaczyła. Michael zdawał się rozkoszować każdą oznaką bólu ze strony przywiązanego do stołu chłopaka. Przez jedną krótką chwilę poczuła w sobie podniecenie na widok torturowanego człowieka, lecz momentalnie uczucie to przerodziło się w niemal paniczny strach.
Chciała już wrócić do sypialni. Potrzebowała czegoś na uspokojenie, w torebce powinna mieć jeszcze kilka tabletek relanium.
Przerażona obróciła się na pięcie i miała właśnie ruszyć w kierunku wyjścia, kiedy nagle lewą stopą potrąciła starą, zatłuszczoną patelnię, która leżała na podłodze. Nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek natknęła się na nią wchodząc na strych. Pewnie Michael musiał ją tu zostawić. Cholera.
Z metalicznym trzaskiem patelnia potoczyła się pod ścianę.
Zamarła.
- Co to, kurwa, było? - zapytał mężczyzna w długich włosach.
Głucha cisza jaka zapanowała zdawała się trwać wieki.
Marta stała w bezruchu tuż pod ścianą modląc się, aby Michael jej nie zabił. Z jej oczy spływały łzy i drżała na całym ciele.
- To pewnie te pierdolone szczury - usłyszała głos Michaela - Nie zwracaj na nie uwagi. Zajmij się swoją robotą.
Śmiertelnie przestraszona nagle odetchnęła z ulgą. Nie mogła uwierzyć, że jej się upiekło. Z gwałtownie bijącym sercem, wyschniętymi ustami i trzęsąca się z zimna opuściła po cichu strych.
Zamknęła za sobą drzwi. Szok nie opuścił jej nawet, gdy wróciła do łóżka. Połknęła pastylki i zaczęła szlochać z głową wciśniętą w poduszkę. Płakała przez dobre pół godziny, po czym zapadła w niespokojny sen.



Rano, przed wyjazdem do Stevena zajrzała na strych. Choć spowity był mrokiem, nie wywoływał w niej dreszczy, ani uczucia strachu. Dopiero, kiedy weszła do niewielkiego pomieszczenia na samym końcu korytarza zaatakowały ją te same lodowate ciarki, co w nocy. Zobaczyła stół, na którym wcześniej leżał młody chłopak cierpiący katusze. W tej chwili stół był pusty, sznur, którym był przywiązany zniknął, jedynym dowodem na to, że coś się tu w nocy działo była wyschnięta plama krwi na podłogowych deskach.
Zastanawiała się co wstąpiło w Michaela. Czym zawinił tamten chłopak? Dlaczego przywiązali go do stołu i tak okrutnie się z nim obeszli? Intrygowało ją wiele spraw dotyczących ostatniej nocy; po co tamtemu drugiemu facetowi potrzebny był miecz? Dlaczego byli tak dziwnie ubrani? Nie znała odpowiedzi na żadne z pytań.
Zeszła do salonu, gdzie dopiła poranną kawę, po czym narzuciła na plecy kurtkę i wyszła z domu.



- To zwykły świr! - krzyknął Steven uderzając otwarta dłonią w stół. Marta opowiedziała mu o tym, jaki stał się ostatnio dla niej niedobry. Cieszyła się, że chciał wysłuchać to, co miała mu do powiedzenia. Była zaskoczona jego reakcją, gdy otworzył jej drzwi. Nie spodziewała się, że będzie taki uradowany. Szkoda tylko, że tak szybko popsuła mu ten doskonały humor.
- Tak, teraz też tak uważam - powiedziała Marta upijając łyk herbaty. Nie opowiedziała bratu o tym, co wydarzyło się w nocy, bała się, że mimo jej próśb i tak zadzwoniłby na policję. Prosiła aby tego nie czynił, opowiedziała o tym, jak Michael zagroził, że zrobi jej krzywdę, jeśli gliny dowiedzą się, co jej zrobił.
- Nie możesz żyć w ciągłym strachu i obawie, że pewnego dnia cie zaszlachtuje! - uniósł się Steven. Miał rozczochrane włosy, piegi na nosie i lekko odstające uszy. Był zdenerwowany bardziej niż ona sama i widziała, że najchętniej pojechałby do Connecticut i rozprawił się z Michaelem.
- Muszę się zastanowić - powiedziała Marta.
- Nad czym tu się zastanawiać? To kompletny psychol. Spójrz w lustro, nie widzisz co ci zrobił? I ja mam bezczynnie na to patrzeć?
- Steven, narazie nie można nic zrobić. Jednak ja również mam już tego dość. Mam zamiar zastanowić się nad tym wszystkim i zacząć działać. Nie pozwolę, aby dłużej mnie tak traktował - Marta czuła, że za chwilę sie rozpłacze, była zrezygnowana i bardzo słaba psychicznie. Bała się waracać do domu, ale wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, on ją znajdzie i zabije, nie wątpiła już, że byłby do tego zdolny.
- Rozmawiałaś z kimś o tym? - spytał Steven starając się zapanować nad nerwami.
- Tylko z tobą - odparł Marta spoglądając bratu w oczy.
- Jezu, nawet sobie sprawy nie zdajesz ile nerwów zjadłem rozmyślając o tobie. Zawsze jednak przypominały mi się twoje słowa, które zawsze wypowiadałaś, że jesteś szczęśliwa i że ci z nim dobrze.
- Było mi dobrze, nawet bardzo dobrze, ale on się bardzo zmienił.
Przez chwilę powspominali stare złe czasy. Wyjaśnili sobie kilka spraw i Maria poczuła ulgę, że jej relację ze Stevenem poprawiły się. Brakowało jej go bardziej niz myślała z początku. Kiedy zobaczyła go dzisiaj łzy poleciały jej z oczu. Przytuliła się do niego i miała ochotę już na zawsze pozostać w jego objęciach.
- Co chcesz teraz zrobić? - zapytał niespodziewanie.
Nie miała pojęcia co ma mu odpowiedzieć, tak naprawdę nie znała odpowiedzi także na to pytanie. Czuła w sobie pustkę, bezradność.
- Jeszcze nie wiem - wyszeptała dopijając herbatę. Miała chęć zapalić papierosa, ale wiedziała, że jeśli to zrobi znowu wpadnie w nałóg. Jakiś czas temu rzuciła palenie i nie chciała do tego wracać.
- Zastanów się - rzekł bardzo stanowczo Steven - Zacznij poważnie myśleć o sobie, bardzo cię o to proszę.
Kiwnęła tylko ptakująco głową, a potem rozpłakała się.



Reszta jej dnia upłynęła spokojnie. Michael wrócił z meczu i jak się okazało jego drużyna wygrała eliminacje do finału. Nie odzywał się do niej, raz tylko wrzasnął, żeby się zamknęła, kiedy próbowała zapytać, czy ma jakies rzeczy do prania, ale przynajmniej nie uderzył jej. Wypił trzy piwa, zjadł kolację i poszedł spać.
Kiedy przebudziła się w nocy zobaczyła, że nadal śpi. Odetchnęła z ulgą.



Michael stał przed stołem, do którego przywiązał swoją ofiarę; kolejnego zawodnika rugdby, przez którego omało co nie przegrali ostatniego meczu. Gdyby nie przyłożenie Michaela jego drużyna odpadłaby z rozgrywek, atego by nie przeżył. Teraz Walter Dogson musiał ponieść karę. Niedosyć, że grał na korzyść drużyny przeciwnej, to jeszcze miał czelność wykrzyczeć, że przegrali przez Michalela. Był zabawny. Bardzo zabawny i za tą zabawność za chwilę poniesie karę. Obok Michaela stało jeszcze czterech mężczyzn ubranych jedynie w czarne skórzane spodnie, każdy z nich trzymał pejcz długi na dobre półtora metra bardzo przypominający hinduskie baty, jakich używa się na słonie.
Przy grubym pasie od spodni Michaela znajdowała się długa, wykonana z brązowej skóry pochwa, w której spoczywał potężny miecz. Jak na katoski rytuał przystało po zadaniu odpowiedniej ilości cierpienia należy wykonać na ofierze ostateczny wyrok poprzez pocięcie ciała na kawałki.
I tym razem obowiązek ten spoczął na Michaelu, który w skupieniu patrzył jak jego koledzy sprawdzają czy aby węzły, którymi przywiązany był Walter nie popuściły i czy mogą zaczynać obrzęd. Jeden z mężczyzn kiwnął potakująco głową.
Był podekscytowany. Sprawiało mu to coraz więcej przyjemności i był dumny z siebie, że określany był mianem wzorca do naśladowania. Jeszcze nie tak dawno był zwykłym sługą na dworze kata. Już wcześniej doskonale wiedział, że zajmując się tym, zarobi mnóstwo pieniędzy. Budził strach i szacunek, traktowany jak bestia czuł w sobię energię i magię.
Jeden z mężczyzn ścisnął mocno rękojeść swego bata i przymróżył jedno oko, jakby chciał oszacować w które miejsce na ciele skazanego ma uderzyć najpierw.
Jego czeladnicy, bo tak Michael nazywał swoich uczniów nie dorównywali mu do pięt, nie jeden raz któryś z nich wymiękał przy egzekucji tracąc przytomność, albo wymiątując od widoku krwi i wylewających się wnętrzności. Taki delikwent był usuwany. Nie można było sobie pozwolić na to, aby odszedł wolno. Kto raz poznał tajemne arkana współczesnego katostwa już zawsze musiał pozostań wierny.
Tutaj w Connecticut był guru. Był mistrzem, którego należy naśladować. I naśladowano go. Michael czuł się Bogiem. Był Bogiem dla tych, którzy postanowili zostać katami. Nigdy nie zemdlał przy egzekucji, nigdy nawet się nie wzdrygnął widząc, jak ostry szpikulec miecza rozcinał ciała poprzednich ofiar.
Wszyscy członkowie bali się. I na tym Michaelowi zależało najbardziej, musieli czuć respekt, musieli wiedzieć, że nikomu nie będzie pobłażać. Poza tym musiał być pewny, że nic nie wyjdzie na światło dzienne.
Wiele nauczył się będąc zwykłym sługą: przede wszystkim zawziętości. Jego mistrz został zabity przez jednego z uczniów. To nauczyło Michaela nie ufać nikomu. Był silny, twardy i budził postrach.
Często zastanawiał się, czy Marta cos podejrzewała. W myślach nazywał ją "zdzirą". Kiedyś dało się z nia normalnie porozmawiać, lubiła przemoc, była stworzona dla niego, ale czasy się zmieniają. Nie potrzebował małej, kruchej, i w dodatku delikatnej paniusi, której zależy na kolacjach przy świecach o zachodzie słońca przy butelce wina. Niestety taka stała się Marta. Często przeklinał ją za to, że się zmieniła. Krzyczał w myślach "Zasrana metamorfoza starej zdziry!", poczym wypijał cztery, albo pięć piw i rozpoczynał w domu wojnę.
Nie miał dla niej żadnych skrópułów. Musiała wiedzieć ,kto żądzi w domu. Musiała wiedzieć, kto jest panem i do cholery wiedziała. Nigdy jej nie uległ i obiecał sobie, że nigdy nie ulegnie. A jeśli pewnego razu podpadnie mu, wyrządzi mu krzywdę, zapamięta to i w odpowiednim momencie zemści się. Wkońcu jego miecz był wiecznie ostry, zimny i gotowy w każdej chwili na zaspokojenie głodu krwią.
- No i nadszedł na ciebie czas, biedaku - zakpił Michael z przywiązanego do stołu rugbisty. Chłopak miał zaklejone usta i nie mógł nawet krzyczeć. Patrzył szaleńczym wzrokiem na ludzi, którzy stali nad nim i szczerzyli do niego zęby.
- Poniesiesz karę - dodał Michael, ostentacyjnie wymachajując pejczem przed głową Waltera - Czy na koniec chciałeś może coś powiedzieć?
Dwóch mężczyzn wybuchło urywanym śmiechem, ale zaraz zamilkli, widząc surową minę Michaela.
- Podstawa to cisza - powiedział - I anonimowość. Zawsze pracujcie zachowując jak największą ciszę.
Michael byłby bardzo niepocieszony, gdyby nagle pojawiła się tu Marta. Wolał o tym nie myśleć. Ona spała jak zwykle o tej porze, zresztą, nawet gdyby się przebudziła nie zwróciłaby uwagi, że leży sama w łóżku. Głupia żdzira.
- Zatem, panie Walterze, chciał pan coś powiedzieć? - powtórzył Michael przejeżdzając końcem pejcza po twarzy spanikowanego chłopaka.
Mężczyżni ponownie wybuchnęli gardłowym śmiechem, jednak tym razem szybko się opamiętali i zamilkli. Jeden z nich wyglądał jak filmowy Frankenstein. Był to Thomas Smith. Wysoki i chudy jak szczapa o odstających uszach i wysuniętej do przodu dolnej szczęce, sprawiał wrażenie wiecznie rozbawionego. Był najbardziej ruchliwy i zdecydowanie najmniej inteligentny, a Michaela traktował z największym szacunkiem, był niczym pies, zawsze posłuszny i wierny. Drugi mężczyzna, stojący teraz po lewej stronie obok Michaela, nazywał się Roy Creed i był miejscowym fotografem. Jednego dnia wyruszył na poszukiwanie przygód ze swoim nikonem i do teraz przeżywał największą i najbardziej krwawą przygodę swego życia. Pozostałej dwójki mężczyzn Michael nie zdążył jeszcze poznać, byli zupełnie nowi, ale wyglądali na ambitnych uczniów.
- Zaczynajmy zatem - rzekł Michael, stając jako pierwszy przy stole.
Jego pejcz poszedł w ruch. Pierwsza blizna pokrywszy ciało Waltera, zaczęła momentalnie krwawić. Michael dumnie obszedł stół, po czym uderzył ponownie, tym razem skóra bata trafiła w twarz ofiary. Rozległ się głośny świst i pejcz znów trafił w twarz, tworząc różową pręgę na policzku. Walter z całych sił próbował wydostać się z więzów. Nadaremnie.
- Tak to się robi - zaśmiał się Michael i uderzył raz jeszcze; zdecydowanie najmocniej jak do tej pory. Pejcz trafił z impetem w klatke piersiową chłopaka zdzierając z niej kawałek skóry, która opadła wolno na deski podłogowe.
- Teraz popatrzę na to, co potraficie - powiedział Michael. W jego oczach rosło podniecenie. Był w swoim żywiole; pełen siły, głodny krwi, z potężnym mieczem za pasem, którym zakończy egzekucję. Nie mógł się już doczekać tej chwili, przez cały czas myślał o tym, co wydarzy się kiedy miecz rozetnie pierwszy centymetr skóry i ciała. Każde ciało było inne, każde posiadało inną strukturę. Ciało Waltera Dogsona wydawało się być twarde, był kościstym chłopakiem, bez grama zbędnego tłuszczu. Będzie musiał sie napracować, aby dokładnie pokroić jego zwłoki. Kiedy o tym pomyślał, na jego twarzy ponownie zaistniał ten uśmiech: dziki, beznamiętny, odrażający.
Podczas gdy jego uczniowie biczowali ofiarę, stał i patrzył na każdą kroplę krwi jaka spływała po Walterze, wyobrażał sobie jego ból i cierpienie, czuł podniecenie. Ciało ofiary stawało się coraz wrażliwsze na bodżce, skóra z klatki piersiowej, szyi i rąk była już zdarta do krwi, a na twarzy cały czas pojawiały się nowe pręgi.
Po kilku kolejnych minutach tortur, Michael podszedł do jednego z mężczyzn, Frankensteina, który natychmiast skończył biczować chłopaka.
- Dość - oznajmił Michael - Pierwsza część przedstawienia dobiegła końca. Przygotować się na część drugą i ostatnią zarazem.
Michael wyciągnął z pochwy swój miecz. Był gruby i ciężki, ale jego właściciel bez problemu uniósł go w powietrze i zamarł w bezruchu na moment.
- Pierwsze cięcie, panowie - powiedział Michael, ekscytując się widokiem przerażonego Waltera, który tracą pomału przytomność, kiwał głową na lewo i prawo.
Michael miał właśnie wbić ostrze miecza prosto w brzuch ofiary, kiedy rozległo się głośne trzaśnięcie.
Jeden z mężczyzn obrócił głowę, po chwili wszyscy się obrócili w kierunku wąskiego korytarza.
- To nie szczury - powiedział Michael i z uniesionym do góry mieczem zrobił kilka kroków w kierunku korytarza. Kiedy znalazł się między starą dębową szafą i dwoma rdzewiejącymi rowerami, opartymi o ścianę holu, nagle przystanął. Miecz zadrżał nad jego głową. Po chwili wolno opuścił go w dół. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech, kiedy zobaczył trzęsące się ręce Marty nie potrafiącej wykrztusić ani jednego słowa.
- Kogo ja widzę - powiedział podchodząc do spanikowanej i przerażonej dziewczyny.



Zaczęła wierzgać nogami, kiedy wlókł ją do sypialni. Krzyknęła na całe gardło usiłując kopnąć Michaela. Wtedy rzucił ją na podłogę i spoliczkował.
- Zamknij się, zdżiro, albo pożałujesz, że się urodziłaś - warknął stając nad nią. Zaczął żałować, że swój miecz zostawił na strychu. Z ochotą wyprułby z niej wszystkie flaki. Bezczelna, wścibska jędza.
Zamachnął się i z całej siły kopnął Marte w udo. Zajęczała głośno i zaniosła się szlochem. Próbowała dostać się do kąta sypialni, gdzie oparty o ścianę parasol aż prosił się, aby użyć go w obronie. Nie zdążyła jednak sięgnąć po niego, bo ostrzymała kolejnego kopniaka, dokładnie w to samo miejsce co poprzednio. Ból był nie do wytrzymania, tymbardziej, że buty Michaela wyposażone były w metalowe czubki.
Zwinęła się w kłębek i zaczęła błagać, aby ją zostawił w spokoju.
- Wredna zdziro, co ty sobie wyobrażasz? Że wszystko ci wolno? - pochylił się nad nią i szarpnął jej prawą rękę, którą przysłaniała twarz. Ponownie spoliczkował dziewczynę, a potem nadepnął na jej stopę.
Zawyła.
Naciskał coraz mocniej, aż usłyszał trzask łamanej kości. Zaczęła wrzeszczeć z bólu, z jej ust wyciekała ślina. Michael stał nad nią, jeszcze bardziej naciskając na stopę. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
Krzyknęła, aby przestał, ale nie uczynił tego.
Wtedy do sypialni wszedł Thomas Smith, czy też Frankenstein, jak kto woli. W ręku trzymał ciężki, wykonany z brązu miecz, którym Michael miał wykonać wyrok na Walterze Dogsonie.
- Zostaw kobietę - rozkazał. W oczach wypisaną miał wściekłość. Ten sam Thomas Smith, który należał do najwierniejszych uczniów Michaela, ten idiota z ilorazem inteligencji szczoteczki do zębów. Stał teraz pewnie w sypialni i dyszał z wściekłości.
- Co ty pierdolisz - warknął Michael, lecz dało się wyczuć nutkę strachu w jego głosie.
- To, co słyszałeś, zostaw tę kobietę - powtórzył spokojnie, ale stanowczo Frankenstein.
Michael zwolnił uścisk ze stopy Marty i stanął dwa, może trzy metry przed swym uczniem.
- Ty głupi gnoju, kim ty jesteś, aby mi rozkazywać? - wyharczał, po czym przybliżył się o krok - Czy tego cię uczyłem?
Wtedy dostrzegł oczy Thomasa. Były czarne jak smoła, martwe jak ślepia rekina białego, mającego za chwilę zaatakować. Doskonale znał to spojrzenie i nie sądził, że kiedykolwiek jeszcze je ujrzy.
Stał naprzeciwko Thomasa nie wykonując żadnego ruchu. Tamten patrzył na niego uważnie, w skupieniu, nie odzywając się przez długą chwilę ani słowem. Kiedy przemówił Michael wzdrygnął się i lodowaty dreszcz przeszył całe jego ciało.
- Myślałeś, że ujdzie ci to na sucho? - wysyczał Frankenstein. Jego głos był zmieniony; był nienaturalnie gruby i szorstki.
Michael nie miał wątpliwości, że należał do jego mistrza. Patrzył na twarz swego ucznia, lecz w jego ciele krył się nauczyciel.
- Uczysz swoich czeladników zawziętości i wierności - powiedział spoglądając na miecz, jak na kij bejsbolowy przed uderzeniem w piłkę - A czy powiedziałeś im prawdę? - zapytał po krótkiej chwili.
Marcie udało się jakoś przeczołgać do kąta pokoju; cały czas pojękiwała z bólu, łzy same spływały jej po policzkach.
- Czy twoi uczniowie dowiedzieli się jaką zbrodnię popełniłeś? - warknął mistrz. wpatrująć się bez wyrazu w oczy Michaela, który zdołał jedynie wydusić z siebie:
- Panie...
On wrócił - pomyślał - Boże, on wrócił po mnie.
- Traktowałem cię jak syna, uczyłem cię wszystkiego - rzekł nieco spokojniejszym tonem nauczyciel Michaela - a ty mnie zabiłeś. Wykorzystałeś mnie, to było dla mnie bardzo krzywdzące. Poniesiesz za to karę.
"On posługuje się ciałem Thomasa" - tylko ta myśl zdążyła pojawić się w umyśle przerażonego Michaela, który zobaczył ostrze miecza skierowane wprost na niego. Zamarł.
- Mistrzu - wymamrotał podnosząc obie ręce do góry jak aresztowany - mistrzu...
Nie wiedział co ma powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że jakich słów by nie użył, i tak żadne z nich nie miało by znaczenia w chwili obecnej. Mógł jedynie milczeć i czekać...
"Uczysz swoich czeladników zawziętośći i wierności" - usłyszał głos, który zdawał się dobiegać zewsząd.
Ujrzał ostrze miecza wbijające się w plecy tego, który nauczył go bycia katem. Zobaczył strach w jego oczach - pierwszy raz odkąd go poznał. Te mroczne ślepia; pełne pewności siebie i przepełnione siłą zamknęły się.
"A czy powiedziałeś im prawdę?"
Strumień krwi na czarnej ziemi. Krzyk. Jęk. I znów te oczy; czarne jak noc, bezradne spojrzenie ranionego zwierza.
"Czy twoi uczniowie dowiedzieli się jaką zbrodnię popełniłeś?"
- Nie! - wrzasnął zasłaniając uszy rękoma. Czuł, jak nogi uginają się pod nim, Podłoga wydała mu się nagle miękka jak materac, czuł, że upada. Przed jego oczami pojawiła się mgła, zdawało mu się, że odpływa gdzieś daleko do nieznanej krainy.
"Traktowałem cię jak syna"
- Aaaaargh - wybełkotał. Dostrzegł krew. Jego nauczyciel padł na ziemię. To było w ogrodzie między dwoma rzędami kwiatów: czerwonych róż i fiołków. Tak, przypominał sobie dokładnie tamten dzień. Czuł w sobie nieograniczone możliwości, był jak mocarz mogący mieć wszystko. Niebo wtedy pociemniało, zaczął padać deszcz.
Krew.
Spojrzał na swoją klatkę piersiową. Nie czuł bólu, nie czuł nic. Przez jedną krótką, jak uderzenie batem chwilę, zobaczył ostrze miecza wystające poniżej jego pępka. Był taki słaby i bezradny. Jak to możliwe? Chyba zapomniał o swoim nauczycielu i o tym, że nigdy nie był od niego sprytniejszy.
Potem poczuł, że dławi się własną krwią. Jego ciało osunęło się na podłogę.
Zszokowana, wycieńczona i przestraszona Marta skuliła się w kącie. Cała drżała. Mokra od łez, z pulsującą boleśnie stopą podniosła swój wzrok na Michaela. Pomyślała, że jest martwy, że wszystko się skończyło. Ta myśl trochę jej ulżyła, z pewnością Steven także się ucieszy.
Rozpłakała się.
Thomas Smith patrzył na nią kompletnie oszołomiony. Niczym lunatyk pochwycił zimną, zakrwawioną rękojeść miecza i jednym ruchem wyszarpnął go z ciała Michaela.
Spojrzał na Martę.
Odwzajemniła spojrzenie.
Uniósł miecz wysoko ponad głowę, a potem...

Opublikowano

Krwawe i brutalne, ale świetne i bez błedów ;), w każdym razie ja ich nie dostrzegłem, te pare literówek jest nieistotne.

CZyta się rewelacyjnie i wcale nie jest za długie.

JEdna propozycja a propos otwrtego zakończenia (takie zakończenia lubię) usunął bym to "a potem" i ewentulanie postawił bym wielokropek, tak brzmiało by lepiej.

pzdr

ps
skąd przchodzi ci do głowy tyle krwawych pomysów, czyżby stare rodzinne opowieści, czy własne bogate wspomnienia ;)

Opublikowano

Aha rozumiem ;) jak juz sie siadzie to idzie jak z płatka stukajac w klawisze ;) pozdrawiam .

Opublikowano

Pedro - dzięki za naprawdę miły komentarz. To opowiadanie jest dość stare, pisałem je na konkretny temat i brało udział w konkursie, zostało też dość skrzętnie "skorektowane" , pewnie dlatego nie zawiera błędów;) Apopos krwawizny;) - jestem miłośnikiem horroru, pomysły po prostu czasami same nasuwają mi się na myśl. Piszę dla przyjemności, ponieważ lubię i to mnie odstresowuje... czasami, kiedy jestem zmęczony codziennością, ciągłą pracą, uczelnią i nerwami, siadam przed kompem i piszę... dobrze się wtedy czuję. Końcówka jest jaka jest, jak narazie nie będę niczego zmieniał, ale może masz rację, może rzeczywiście lepiej by wyglądała bez tego "a potem". Dziękuję Ci za przeczytanie utworu i pozdrawiam serdecznie:)

Kasiu - dopóki nie zaczynają się palić pod palcami, jest wszystko w porządku;)

Opublikowano

Robercie, nie byłeś łaskaw odpowiedzieć na priva, piszę więc komentarz. Masz fantastyczne pomysły i potrafisz je w rewelacyjny sposób przetworzyć na fascynujący tekst. Nie zgadzam się jednak z opinią Pedra, iż w twoim opowiadaniu nie ma błędów, a i korektor nie był zapewne zawodowcem. Zatem do rzeczy:
chęc kochania - chęć
Zejdz - ź
wyciakała - e
A pocholerę do mamy - po cholerę
ich stosunki nie miały się najlepiej - nie były najlepsze, nie wyglądały najlepiej,
o swoim jak to nazywała; zboczeniu - interpunkcja
taki dzelny - i
wyrzężbioną - wyrzeźbioną
poleżć - poleźć
Miała właśnie schodzić do salonu - nie wystarczyło:miała właśnie zejść?
Wkońu jeśli był zdenerwowany z pewnością nieżle by się jej oberwało - W końcu, jeśli... nieźle
Postanowiła zejść jednak do salonu - zmieniłbym na: jednak zejść
podjeżdzie - ź (w następnym zdaniu to samo)
trzymająć się - trzymając
Niewiedzieć - chyba rozłącznie?
czuła strach i obawę - strach i obawę?
przerażliwy chłód - przeraźliwy chłód
Gdyby ją teraz przyłapał. Gdyby zobaczył, że go śledzi. Rozprawił by się z nią tak, że pamiętała by do końca swych dni. - jakieś takie rwane- połącz to może w jedno...
usłyszała dzwięk - dźwięk
podąrzać - bez komentarza
słyszała je wyrażnie - wyraźnie (w kolejnym akapicie to samo)
wydaje z siebie pejcz, gdy się nim gwałtownie potrząśnie - chyba zamachnie?
osobiście się przekonać i zrobi to - albo podzieliłbym na dwa zdania, albo dał myślnik przed "i"
głos należący do jakiegoś mężczyzny. Przestraszyła się nie na żarty, gdyż głos ten z pewnością nie brzmiał, jak głos - głos...głos...głos
jeśli Michael ją tu zobaczy, zabije - myślnik w miejsce przecinka
stał mężczyzna w długich włosach - stał w długich włosach, czy z długimi włosami?
trzymał metalową szablę - nie wystarczy szablę? musi być metalowa?
Na drewnianym stole - standartowy stół jest drewbiany. Co innego, gdyby był żelazny, marmurowy, czy jeszcze jakiś inny- wówczas należałoby o tym wspomnieć
tak mocno, że jego ręce i nogi wyglądały tak - tak... tak
malował się bół - ból
co chwila otrzymywał chłostę na brzuch - chłosta stanowi całość i składa się z razów (uderzeń)
zapytał mężczyzna w długich włosach - długowłosy
Głucha cisza jaka zapanowała - przecinek
Z jej oczy spływały łzy - oczu
że chciał wysłuchać to, co miała mu do powiedzenia - tego
pewnego dnia cie zaszlachtuje - cię
za chwilę sie rozpłacze - się ( całe to zdanie jest chyba nieco przydługie...)
Brakowało jej go bardziej niz myślała - bardziej, niż
czy ma jakies rzeczy - jakieś
omało co - o mało co
Gdyby nie przyłożenie Michaela jego drużyna - przecinek
atego by nie przeżył - a tego
miał czelność wykrzyczeć, że przegrali przez Michalela - przecież wygrali!
za tą zabawność - zabawność?
pejcz długi na dobre półtora metra bardzo przypominający hinduskie baty, jakich używa się na słonie - nie jestem pewien, ale kornak używa chyba kija z jakimś hakiem, czy coś podobnego- ale na pewno nie długiego bata
Jak na katoski rytuał przystało - katowski
po zadaniu odpowiedniej ilości cierpienia - ilości cierpienia? dawki, porcji?
przymróżył - uuuuuuuuuuuuuu!
nie dorównywali mu do pięt - frazeologicznie- nie dorastali
nie jeden raz - niejeden (chyba?)
albo wymiątując od widoku krwi -wymiotując NA widok
katostwa - katowstwa
Wszyscy członkowie bali się - Wszyscy członkowie (bractwa?) bali się (go?)
nic nie wyjdzie na światło dzienne - nie wyjdzie na jaw, lub nie ujrzy światła dziennego
Kiedyś dało się z nia - nią
skrópułów - uuuuuuuuuuu!
kto jest panem i do cholery wiedziała - kto jest panem i- do cholery- wiedziała
Patrzył szaleńczym wzrokiem - szaleńczym wzrokiem?
Dwóch mężczyzn wybuchło urywanym śmiechem - wybuchnęło (chyba)
chudy jak szczapa o odstających uszach - szczapa z uszami?
ze swoim nikonem - Nikkonem
Walter z całych sił próbował wydostać się z więzów - chyba uwolnić?
na bodżce - ź
opartymi o ścianę holu - wcześniej, o ile mnie pamięć nie myli, był to wąski korytarz
zdżiro - ź
kopnął Marte - ę
tymbardziej, że buty - tym bardziej
pojawił się krzywy uśmiech - krzywy
warknął mistrz. wpatrująć się - warknął mistrz, wpatrując się

Opublikowano

Leszku, za wyłapanie tego całego syfu z mojego tekstu należy Ci się duże piwo! :) Wytłumaczę się tylko co do jednego; moja klawiatura nie portrafi stworzyć "z z kreseczką" dlatego świadomie piszę "ż"... reszta jest milczeniem i muszę ją poprawić czym prędzej. Dziękuję za wyłapanie będów... Apropos priva - jakiego priva? Jeśli zostawiłeś dla mnie jakąś wiadomość na tym portalu, to nie mam pojęcia gdzie, jeśli na miala, to nic nie doszło. Poproszę o wskazówkę, bo jak narazie jeśli chodzi o ten portal, jestem mało obeznany:) Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam serdecznie!

Opublikowano

Moje Inne jest jakieś Inne, bo nie ma tam wiadomości dotyczącej prywatnych wiadomości;) Ale wszelkie sugestie możesz wrzucić na maila ; [email protected] Przynjmniej tam będę miał możliwośc przeczytania;) Pozdrawiam serdecznie. PS: Z tą dziadoską klawiaturą już nic nie da się zrobić.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...