Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Do Witalisy- to nie „ my” w tekście wyciągamy proszące dłonie ( jak tłumaczysz), lecz „słowa” i to dla mnie wybrzmiało tak pretensjonalnie, a rozrzut podmiotu nie sprzyja tutaj spójności logicznej tekstu, pozdrawiam.

 

Do MonikiDomysły - czyżbyś w pierwszej  wypowiedzi postulowała poezję irracjonalną, stricte intuitywną?- stąd już tylko krok do „ sztuki dla sztuki”. Kiedyś w paru tekstach też piętrzyłam metafory, ale dziś takie działania oceniam krytycznie, bo granica czytelności i „ przecudaczenia”( powszechny błąd) - leży w dobrym smaku artystycznym, a o ten bywa trudno ;), pozdrawiam.

 

Do Alicji Wysockiej - kneblowanie dyskusji nad odbiorem tekstu przy jednoczesnym odwoływaniu się do emocji, uważam (delikatnie mówiąc) za niepoważne, pozdrawiam.

 

Do Mariusza Ziółkowskiego - czytałam kolejny, nowy Twój wiersz pt. „ Regina”. Uproszczenie metaforyki wyszło mu znacznie na plus, pozdr.

Opublikowano

A ja jeszcze dodam, że moje pierwsze skojarzenie odnośnie tytułu było z adwentowym kalendarzem dla dzieci :), bo tam są takie drzwiczki, które się otwiera i za nimi jest czekoladka :) Za każdymi drzwiczkami jest czekoladka, ale zawsze inna więc dla dziecka to jest nie lada niespodzianka :) No i smakowitość:)

Można pociągnąć interpretację dalej w tym kierunku ;), tj. np.dziecko wyciąga dłonie po czekoladkę, słowa tu są niepotrzebne, po każdym zachodzie dnia nastaje świt kiedy dziecko może otworzyć kolejne drzwiczki i zasmakować "czekoladkę - świat" - a jest w tym wszystkim na wskroś niewinne jak biały dywan, który wprawdzie znajduje się na dole, to jednak połączony jest niewinnością bieli (i dziecka!) z Górą.

Trochę się wygłupiam, ale tylko trochę, bo przecież co czytelnik to inny odbiór. I dobrze, bo wtedy jak zauważył Mariusz, wiersz żyje :)  

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...