Och jakże pięknie wylegujesz się
Uwikłany w słońca topiące promienie
Twe włosy wilgotnym mchem porośnięte
Z powiekami zakrywającymi puste ślepia
Pozbawiony trosk, zbędnego pożądania
Usta popękane pokryte sinym fioletem
Flanelowa koszula, rozdarta brutalnie
Strzępy twych wnętrzności okrywają ją
Pięści twe zaciśnięte w martwej purpurze
Paznokcie skruszone unoszą się na wietrze
Serce rozgrabione przez larwy żerujące
Ich coraz więcej, twej osoby coraz mniej
Me oczy brną coraz głębiej w ciebie
Na wątrobie blizny, okryte marskością
Wtapiasz się w chłodną ziemię, odchodząc
Wracasz do korzeni, budując na nowo