Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Matka traci swoje dziecko, jak gwiazda, która bez ostrzeżenia gasnie w bezkresnym, czarnym niebie, zostawiając po sobie jedynie pustkę, którą nic już nie zapełni. Jej serce pęka jak starożytny dzwon, którego dźwięk umiera w próżni, a każda łza, która spływa po jej twarzy, jest jak kropla deszczu w morzu, które nigdy nie pozna końca. Zatraca się w tej ciszy, w której świat staje się obcy, a powietrze ciężkie jak kamień. Jak zdmuchnięta świeca, jej nadzieje gaśnie w mroku, pozostawiając jedynie cień, który na zawsze zostanie w jej sercu.
   

 

 

 

   Czerwcowy poranek rozlewał się po świecie niczym płynne złoto. Słońce, ledwie wstające zza horyzontu, malowało niebo delikatnymi różami i ciepłymi odcieniami bursztynu. Chmury, jak jedwabne strzępy, powoli rozciągały się na błękitnym tle, a ptaki w pobliskich zagajnikach wydawały się współzawodniczyć w tworzeniu pieśni życia. Powietrze pachniało słodkim zapachem akacji i młodej trawy, a delikatna mgła unosiła się nad wilgotną ziemią, jakby ziemia sama oddychała.

   Ścieżka na cmentarz wiodła przez gęsty tunel zieleni – bujne drzewa, których liście szeptały na lekkim wietrze, tworzyły naturalne sklepienie. Kwiaty rosły dziko na poboczach, rozrzucając plamy barw – białe margerytki, fioletowe dzwonki i żółte kaczeńce zdawały się drżeć od nadmiaru życia. Ale to życie było dziś bolesnym kontrastem.

   Na cmentarzu zbierali się ludzie – rodzina, przyjaciele i znajomi, a także przypadkowi przechodnie, których ciekawość sprowadziła tu, by zobaczyć to, czego nie potrafili nazwać. W centrum zgromadzenia stała biała, niewielka trumna, pokryta girlandą świeżych kwiatów – róż, lilii i stokrotek. Była zbyt mała, zbyt niewinna, jakby sama nie rozumiała, dlaczego znalazła się w tym miejscu.

   W tle cicho sączyła się melodia – smutna i delikatna, może „Cisza” Mozarta, której dźwięki zdawały się oplatać przestrzeń jak niewidzialne wstęgi. Ksiądz, ubrany w czarne szaty, stał przy grobie, trzymając w dłoniach Pismo Święte. Jego głos był cichy, łamliwy, jakby każda wypowiedziana sylaba raniła jego własną duszę.

   Rodzice chłopca – matka o zapadniętych policzkach, z pustym wzrokiem wbitym w trumnę, i ojciec, którego dłonie drżały, choć próbował je ukryć w kieszeniach marynarki – wydawali się być jedynie cieniami ludzi, którymi byli jeszcze kilka dni temu. Matka, ubrana w czarną suknię, trzymała w dłoniach białego misia – zabawkę jej synka – ściskając go z taką siłą, jakby mógł w magiczny sposób przywrócić chłopca do życia. Ojciec, choć starał się być silny, co chwilę odwracał wzrok, jakby światło dnia go raniło.

   Kiedy ksiądz poprosił o ostatnie pożegnanie, cisza była tak głęboka, że nawet wiatr zdawał się zamierać. Ludzie powoli podchodzili do trumny, kładąc na niej kwiaty, które pachniały zbyt słodko, zbyt intensywnie, jakby chciały przyćmić ból. Wśród zebranych było kilka osób, które patrzyły z boku, ciekawskim wzrokiem, jakby to wydarzenie było dla nich jedynie kolejną sceną w teatrze życia.

   Gdy trumna zaczęła opuszczać się w głąb ziemi, matka chłopca upadła na kolana, wydając z siebie cichy, zduszony szloch, który przeszył serca wszystkich obecnych. Ojciec objął ją ramieniem, choć sam ledwie trzymał się na nogach. W tym momencie czas zdawał się zatrzymać – świat na chwilę przestał istnieć. Ludzie wstrzymali oddechy, jakby sam odgłos opuszczania trumny w ziemię był czymś świętym i niedotykalnym.

   Ziemia – ciemna, wilgotna, pachnąca deszczem – zdawała się z niechęcią przyjmować to, co jej powierzono. Pierwsza garść piasku, którą ojciec rzucił na trumnę, zabrzmiała jak grzmot w tej wszechobecnej ciszy. Matka zasłoniła usta dłonią, próbując stłumić krzyk, który chciał wyrwać się z jej piersi.

   Nad cmentarzem unosiła się atmosfera, której nie dało się opisać słowami. Było w niej coś z żalu, coś z ulotnego piękna przemijania, ale też coś, co przypominało o kruchości życia. Ptaki na chwilę przestały śpiewać, jakby chciały uszanować tę chwilę. Nawet ciekawscy zebrani na obrzeżach stali teraz w milczeniu, poruszeni tym, czego byli świadkami.

   Kiedy ceremonia dobiegła końca, ludzie zaczęli odchodzić, zostawiając rodziców samotnych przy grobie. Matka uklękła przy świeżo usypanej mogile, szepcząc coś cicho, jakby chciała, by jej słowa dotarły do syna. Ojciec stał za nią, patrząc w dal, z pustym spojrzeniem człowieka, który stracił wszystko.

Czerwcowe słońce, które jeszcze rano rozlewało złote światło, teraz skryło się za chmurami. Świat zdawał się znowu oddychać, choć już nie tak samo jak wcześniej.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...