Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

odejscie ducha.docx

1 / 1

Straciłem sens życia wiarę w ludzi  najgorsze ze stracilem wszyskie uczucia to co było moim sensem nagle stało się nonsensem  kochałem ludzi teraz ich nienawidze straciłem wszelką wiarę w siebie oraz drugiego człowieka to coś co było nagle się skończyło niewiem co się stało chyba mój dobry duch opuscil Moje ciało

Gdy wychodziłes  nagle coś w sercu pękło i mocno zabolało wszystko się skończyło  

Niema już  w mym ciele tamtego Michasia odszedł miał swoją misję miał coś do zrobienia wykonał ja dobrze powiedział dowidzenia próżno go szukać ,może kiedyś wróci na razie go niema .
 

Trzasnąl drzwiami i wyszedł .wziął z sobą Facebooka mówił że już nie wróci ja mam nadzieję że kiedyś znow Do mnie zapuka  lecz niewiem czy serce mu jeszcze otworze .Jak szybko nie  wròci to może być że mną jeszcze gorzej

Wracaj do mnie Michaś wróć mojego ducha bo dalej żyć się nie da  Stracona nadzieja w drugiego człowieka jak szybko nie wrócisz  niewiem co będzie mnie czakac

            M  .T

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Simon Tracy   Robię to z dużym zainteresowaniem. :) Dzięki Tobie odkrywam nowe, nieznane mi światy mrocznej literatury.  
    • @Simon Tracy @Wochen  Bardzo dziękuję!  Serdecznie pozdrawiam. 
    • @Berenika97 Przed Tobą Bereniko kolejna świeża część a potem jeszcze epilog. :) Dziękuję, że czytasz.
    • Dzwonił zawzięcie raz za razem. Wybierał numer kustosza,  za każdym razem odpowiadała mu cisza. Nie było sygnału. Nie poddawał się jednak. Wierzył jeszcze w cudowne ocalenie  nie przez zrządzenie losu  a przez racjonalność namacalnego człowieka. Kustosz wydawał się idealnym wyborem. Może i twardo stąpał po ziemi  opierając się na potędze  akademickiego umysłu, lecz z drugiej strony  znał historię rodu Quarrych na pamięć  niczym pacierz. Znał treść testamentu. Wiedział do czego zdolna jest tiara. Choć nigdy by się do tego nikomu nie przyznał to czytał z zainteresowaniem, stronice ksiąg i pergaminy o których wspominał Quarry w testamencie.     Spisano w nich wszelkie  potworne modlitwy i opisy rytuałów. Były tam i kroniki  pochodzące z  najdawniejszych eonów kosmosu  gdy Ziemia i nasza galaktyka  nie istniały jeszcze nawet  w zamyśle chaosu i Przedwiecznych. Były ryciny i podobizny rybich kapłanów. Pieczęcie Zakonu Dagona i jego najwierniejszych przybocznych. Była tam pieczęć Quarrych. Cyrograf kapitana.     Była również i rycina z tiarą. Najpotężniejszym artefaktem zakonu. Kamień w nią zaklęty  był bramą w zaświaty. Był okiem samego Dagona. Tiara miała podobno  swoje wierne kopie na świecie  bo przecież na przestrzeni tak wielu lat podziwiało ją naprawdę  wielu zdolnych naukowców i artystów. Wielu domorosłych kultystów  i udawanych arcykapłanów, próbowało za ich pomocą zyskiwać poklask i szacunek  u zacofanej i ciemnej gawiedzi  tak w Europie jak i Stanach. Do najgłośniejszej ze spraw doszło w roku tysiąc osiemset czterdziestym szóstym  w małym, przybrzeżnym miasteczku  o nazwie Innsmouth w Nowej Anglii. Rozbito tam sektę tak zwanych dagonistów. Nie bez problemu i uszczerbku dla samego miasta i reszty jego mieszkańców.     Prawdziwi kultyści a w szczególności  mieszkańcy wysp południowych  nigdy nie spoczęli  by odzyskać tiarę z rąk muzeum. Mieli zamiar wskrzesić klątwę i obudzić Dagona z czeluści R'lyeh. Zakończyć nasz czas na ziemi. Na przeszkodzie zawsze stawało to, że nie mogli przekupić kolejnych kustoszy. Próby kradzieży były duszone w zarodku. Łapówki nie przybliżały ich do celu  a muzeum zmęczone tematem klątwy, dokoptowało postać jej strażnika. Normana Quarry.   Po kolejnej bezowocnej próbie  dodzwonienia się,  rzucił bezużyteczne urządzenie na posadzkę. Mrok wokół niego zgęstniał i nie była to wcale wina przygaszonych lamp. A obecności istoty do cna wyklętej. Machinalnie sprawdził widok z kamer w sali morskiej. Nie było tam nic co mogłoby być niepokojące. Żadnego ruchu, cieni, śladów czy znaków… jedynie dwie puste gabloty w tej świątyni  przeklętego skarbu. Tym razem sięgnął po tiarę. Więc przyjdzie także po niego.     Gdzieś z górnej kondygnacji, spłynął ku niemu osobliwy  i zupełnie nie pasujący do otoczenia dźwięk. Był to odgłos spokojnych, morskich fal  uderzających o kamieniste, ostre nabrzeże. Wynurzał się cicho i zupełnie nienachalnie. Klątwa płynęła jak krew, jak czas. Leniwą strugą. Posłyszał dokładnie chrapliwy, ledwie zarysowany przez słuch gulgot. Tak jakby ktoś chciał  mówić pod powierzchnią tej wody. Tak jakby tonął w odmętach grozy nieuchronnej bo wiecznej. Człapał, śliskim,  pokracznym, mokrym chodem. Zbliżał się. Do granicy mroku.   Strażnik poddał się. Czuł już inaczej. Każdy spazmatyczny oddech, rozpędzony puls  bijący mdłym posmakiem krwi, w jego ściśniętej krtani. Myśli były rozpalone gonitwą bez celu. Wiedział, że ucieczka nie ma sensu. Był tutaj do końca nie przypadkiem. Był ostatnim elementem układanki, lecz czy na pewno ona ma swój kres. Miał przecież córkę. Spojrzał na swoją pokracznie zdeformowaną dłoń w kształcie rybiej płetwy. Taki się urodził. Błona między krótkimi palcami, była teraz czerwona i bolesna. Za kilka miesięcy zacząłby tracić włosy, potem jego skóra stałaby się tłusta i mokra. Oczy wodniste i wyłupiaste a powieki przestałyby mrugać. Na koniec okulałby. Jego stopy zmieniłyby się w małe płetwy. lub nogi zrosły w potężny rybi ogon. Wózek inwalidzki byłby jedyną nadzieją na choćby szczątki ludzkiej normalności. A potem to co spotkało wszystkich jego przodków oprócz jednego. Oficjalny zgon i pogrzeb w trumnie. A tak naprawdę zejście pod wodę  i zamieszkanie na  podwodnej wyspie Przedwiecznych.     Jego daleki przodek wychynął z mroku. Stanął nad schodami  prowadzącymi do głównego hallu i patrzył pustymi oczodołami  na potomka rodu. Nowego strażnika klątwy. Ubrany był w różową togę,  ciągnącą się  splątanym ogonem za jego postacią. A na głowie miał tiarę Dagona. Nie mogąc pokonać stopni. Spłynął w dół z niesamowitą gracją jak rybi demon w trakcie sztormu z pokładu fregaty jego ojca. Zatrzymał się tuż obok niego. Nie poruszył się już ani nie rzekł ni słowa.      Uczuł, że wbrew sobie i zmysłom, podnosi ręce ku postaci demona. Nie chciał go dotknąć ani uderzyć. Jego dłonie w ogóle nie spoczęły na wysuszonym ciele mumii. Sięgnęły wyżej ku tiarze. Zdjął ją z głowy Normana. Była bardzo ciężka a z tak bliska  jeszcze piękniejsza i bardziej pożądana. A klejnot mimo tego,  że nie odbijał w swej postaci  niczego poza pustką, tym razem ukazał mu  uśmiechnięty smoczy łeb bóstwa. Uniósł tiarę jeszcze raz  nie po to by wróciła  do demonicznej mumii  a po to by ukoronować swoje własne skronie. Ekran porzuconego telefonu wzbudził się samoistnie a system wybrał numer kustosza. Tym razem sygnał połączenia  wydzwięczał w słuchawce...  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...