Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Nie chciała go dotknąć. Przez około półtorej godziny, które spędzili razem ich ciała zetknęły się tylko raz, kiedy witali się, a on szybko przybliżył twarz i cmoknął ją w policzek. Przed kolejnym pocałunkiem zdążyła się uchylić. A kiedy spytał, czy może chwycić ją za rękę, zamiast odpowiedzieć wcisnęła dłonie głęboko w kieszenie krótkiego zielonego kożuszka. Szedł obok niej, chwilami nieco z tyłu, myśląc o tym, że nieliczni przechodnie, prześlizgujący się po nich nieuważnymi spojrzeniami, zapewne nawet nie biorą ich za parę. Po raz kolejny zauważył, że uda i pośladki opięte oliwkowymi spodniami ma zbyt szczupłe, mimo to wydały mu się bardzo pociągające. Dotarli do rynku i zapytał czy wejdą gdzieś na kawę. Ona jednak wolała zostać na zewnątrz. Płyta rynku łagodnie opadała w dół niczym zbocze wzgórza. Stali przy południowej, najwyżej położonej pierzei, wzdłuż której ciągnął się rząd zielonych drewnianych ławek. Zamierzała usiąść na najbliższej, powstrzymał ją jednak, gdyż siedzisko było zabrudzone piachem i gołębimi odchodami. Obejrzał dwie inne ławki i wybrał jedną, dla pewności muskając czubkami palców powierzchnię desek pokrytą łuszczącą się farbą. Dopiero później przyszło mu na myśl, że troszczył się przede wszystkim o własne spodnie, gdyż zabrał w podróż tylko tę jedną parę. Kiedy usiedli, przysunął się do jej boku. Poczuł na udzie ciepło bijące od jej uda i pragnąc więcej przycisnął łydkę do jej łydki. Sięgający do pasa kożuszek, który miała na sobie i jego wełniany płaszcz nie pozwalały na czułe przytulenie się. Spróbował jednak ją objąć, wsuwając dłoń poniżej skraju kożuszka, ale szarpnęła się, kiedy tylko poczuła dotyk na plecach i ostrzegła, żeby „nie zaczynał”. Na niepewne pytanie, czy w takim razie chociaż poda mu dłoń, nic nie odpowiedziała.

 

***

 

Nie był ciekaw co to za stacja. Mimo to, kiedy poczuł szarpnięcie pociągu zatrzymującego się na peronie, podniósł wzrok znad dokumentów i obojętnym spojrzeniem obrzucił kilku ludzi, szykujących się do wsiadania. Mężczyzna ubrany w czerwoną kurtkę przewyższał innych co najmniej o głowę. Stał nieruchomo na płycie peronu, z wielką torbą turystyczną u stóp, i wpatrywał się prosto w niego. Patrzyli na siebie przez chwilę, aż, czując lekki niepokój, opuścił wzrok z powrotem na dokumenty. Nie chciał dzielić z nikim pustego dotychczas przedziału. Po chwili ktoś rozsunął oszklone drzwi.

- Można?

- Oczywiście – odpowiedział.

Czerwona kurtka była trochę sfatygowana i przybrudzona. Buty na grubej podeszwie, ciężkie, sięgające za kostkę. Wydało mu się, że wchodzący musiał schylić głowę, żeby zmieścić się w drzwiach.

- Ten pociąg jedzie do Wrocławia?

- Tak, do Wrocławia – potwierdził.

Przybysz mruknął z zadowoleniem.

- Dobrze, pijany jestem trochę i bałem się, że pomylę pociągi.

Dopiero teraz spojrzał uważniej w oczy przybysza, szklące się nienaturalnym blaskiem, jakby załzawione. Przypomniał sobie, okres, w którym pracował dorywczo w małej firmie budowlanej. Prowadził ją były sutener, który po odsiedzeniu kilkuletniego wyroku za rozbój i prowadzenie agencji towarzyskiej wszedł w interes budowlany. Zatrudniał wyłącznie „na czarno”, głównie znajomych recydywistów, będących w większości alkoholikami. Oczy tych robotników często miały podobny, nieprzytomny wyraz. Pomyślał, że ma do czynienia z robotnikiem budowlanym, powracającym do domu z odległej budowy.

- A pan dokąd jedzie?

Przez chwilę rozważał co odpowiedzieć. Uznał, że kłamstwo nie miałoby żadnego uzasadnienia.

- Też do Wrocławia.

- O, to razem pojedziemy!

Przyglądał się jak przybysz wrzuca niebieską torbę turystyczną na wysoko umocowaną metalową półkę, a potem ciężko opada na siedzenie przy oszklonych drzwiach, po tej samej stronie przedziału, gdzie on już siedział. W obecności wysokich mężczyzn zawsze czuł się nieswojo. Na szczęście kanapy w przedziale przeznaczone były dla czterech pasażerów, więc pomiędzy nimi zostały dwa wolne miejsca. Udając, że studiuje papiery kątem oka spoglądał na spoczywające na siedzeniu wielkie, niezbyt czyste dłonie sąsiada. Pomyślał o portfelu schowanym w kieszeni płaszcza, wiszącego na haczyku przy oknie. Należałoby go dyskretnie wyjąć, jeszcze przed wyjściem do toalety. Że będzie chciał wyjść, był pewien, ponieważ na dworcu w Przemyślu kupił sobie puszkę piwa. Stała teraz na półeczce pod oknem. Postanowił nie naruszać jej przed kontrolą biletów. Kiedy przyjdzie konduktor, będzie musiał sięgnąć po portfel i wyjąć z niego bilet. Po kontroli po prostu schowa portfel do kieszeni spodni. Przybysz nawet nie zorientuje się, że to oznaka braku zaufania. A potem już będzie można rozkoszować się piwem i w razie potrzeby spokojnie udać się do toalety.

- Pozwoli pan, że ściągnę buty?

Pytanie wyrwało go z rozmyślań.

- Bez obaw, mam czyste skarpety, świeżo ubrane.

Rozbawiło go to usprawiedliwienie.

- Pewnie, ściągaj pan - rzucił niemalże wesoło.

Zmienił zdanie i sięgnął po puszkę. Z przyjemnością wsłuchał się w syk, jaki wydała podczas otwierania.

 

***

 

W Krakowie wstąpił do sklepu z indyjskimi wyrobami. Długo przebierał w jaskrawych jedwabnych chustach, bawełnianych sukienkach i pomarszczonych bluzeczkach przyozdobionych wyhaftowanymi grubą nicią motywami, pieścił długie sznury korali, przestawiał na półkach figurki zwierząt zrobione z drewna i kości słoniowej. Oglądał dwuskrzydłową drewnianą szafę na ubrania, w stylu kolonialnym, ciemnozieloną, z powierzchnią bogato zdobioną rzeźbieniami i malunkami ptaków o tęczowych piórach. Sądził, że egzotyczne drewno będzie pachniało lasem tropikalnym, jednak kiedy przybliżył nos, nie poczuł nic szczególnego. Na jednej półce zauważył plastikowe pudełko wypełnione połyskującymi kamykami. Gładko oszlifowane, obłe kształty, każdy z dziurką umożliwiającą nawleczenie na sznurek. Opale o barwie rozwodnionego mleka, czerwone i białe korale, czarne onyksy i podobne do nich nieprzeniknione noce Kairu, zielononiebieskie i różowe turkusy, cętkowane tygrysie oczy, kwarcyty, przezroczyste, złote albo podobne do kropelek mgły i całe mnóstwo agatów we wszystkich możliwych kolorach. Nazwy kamieni sprawdził w internecie, już po powrocie do domu. Zanurzył dłoń i przez kilka minut przelewał je między palcami, niczym duże, zastygłe łzy Matki Ziemi. Cicho grzechotały. Zastanawiał się, co ona mogłaby z nimi zrobić. Przywołał z pamięci własnoręcznie przez nią robione ozdoby, broszki, kolczyki, bransoletki, naszyjniki. Nie przypominał sobie, aby używała do tego kamieni. Raczej kolorowy filc, włóczkę, inne miękkie tworzywo. Czując potrzebę usprawiedliwienia się przed stojącą za ladą dziewczyną wybrał jeden owalny kamyk w kolorze morskiej zieleni, z bladymi, jakby łuszczącymi się plamkami, zapłacił złotówkę i wyszedł.

- Ten kamyk kupiłem w Krakowie.

Otworzył dłoń, pokazując ciemnozielony koralik.

- Drugi znalazłem w pociągu, jadąc tutaj.

Wyciągnął z kieszeni inny kamyk, w odcieniach brązu, przetykany mlecznymi pasemkami, z lekko nadpękniętą skorupką. Przypuszczał, że to agat.

- Też ma dziurkę.

Wydało mu się, że zabrzmiało to lubieżnie. Przestraszył się, że ona wstanie z ławki.

- Znalazłem go na podłodze wagonu. Pomyślałem, że to dobra wróżba i byłem prawie pewien, że przyjdziesz.

Nie wspomniał o tym, jak szybko utracił tę pewność. Właśnie z namaszczeniem chował znaleziony w pociągu koralik do kieszeni płaszcza zapinanej na guzik, tej samej, w której leżał już jego zielony krewniak ze sklepu w Krakowie i wtedy zadzwoniła. Usłyszał w słuchawce ciche „nie przyjdę”. Potem przez chwilę nie działo się nic szczególnego. Pociąg nadal zmierzał w swoją stronę, czego dowodził miarowy stukot kół. Tyle że jemu i pociągowi nie było już po drodze. Odmawiając udziału w dalszym ruchu i łamiąc zasady fizyki zatrzymał się. Jakby był postacią z filmu, dwuwymiarową projekcją wyświetlaną przez nieznanego operatora do wnętrza wagonu. Wydawało mu się, że kiedy pociąg już stąd odjedzie on zostanie, jako plama światła, bezkształtna i rozmyta w promieniach zachodzącego słońca, rozpraszająca się na po zaoranych polach uprawnych umykających teraz za oknem. Dobywając głos z jakiegoś ciemnego, odległego miejsca wewnątrz swego dwuwymiarowego ciała, powiedział „Jestem już w pociągu.”, a po chwili dodał „Nie mam wyjścia”.

- Mogłabyś zmniejszyć się tak, aż stałabyś się tym zielonym kamykiem – powiedział, żeby cokolwiek powiedzieć. Zwykle nie czuł przy niej przymusu mówienia, jednak tym razem bał się, że cisza wygoni ją z ławki.

- Schowaj sobie ten kamyk – powiedział.

 

***

 

Przybysz zdążył mu już trochę opowiedzieć o sobie. Jest kierowcą ciężarówki, mieszka pod Bydgoszczą, dokąd właśnie jedzie na dłuższy urlop. Ciężarówkę, którą pozostawił w Gliwicach miał przejąć zmiennik, młody chłopak, „cukiernik”, jak wyraził się o nim z przekąsem. Cukiernikami nazywał wszystkich niedoświadczonych kierowców, którzy stosunkowo niedawno, często dzięki darmowym kursom finansowanym przez Unię Europejską, uzyskali uprawnienia potrzebne do kierowania ciężarówkami, porzucili wyuczone zawody takie jak na przykład wyrabianie ciasta w piekarni i zatrudniwszy się w firmach przewozowych wyruszyli na trasy Europy. On sam, co podkreślał z dumą, był kierowcą od zawsze i nic innego robić nie umiał.

 

We Wrocławiu mieli przesiadkę. Pociąg miał przyjechać dopiero za godzinę, więc postanowił skosztować knyszę, ciepłą bułkę z warzywami doprawioną ostrym sosem. Jak słyszał, miała to być specjalność wrocławskiego dworca.

- Nie wie pan gdzie tutaj można kupić coś do jedzenia? – zapytał kierowcę, kiedy już stali na wrocławskim peronie.

- Przy głównym dworcu zawsze coś sprzedawali – odparł tamten. - Ale trzeba sprawdzić, bo go remontują.

- Aha, dzięki – odrzekł.

Zabrakło mu odwagi, żeby ostentacyjnie pożegnać się i tym sposobem zakończyć znajomość. Bez słowa ruszył w kierunku schodów prowadzących do podziemnego przejścia. Starał się nie myśleć o tym, że facet podążą za nim krok w krok. W podziemnym przejściu zrównali się i zrozumiał, że musiałby ruszyć biegiem, żeby go zgubić. Dworzec rzeczywiście remontowano. Wychynęli z podziemnego korytarza obok budynku, w którym urządzono tymczasową poczekalnię. Przed poczekalnią słały duże białe kontenery z umywalniami i toaletami. Przemknęło mu przed oczami wspomnienie angielskiej farmy, bezkresnych pól fasolowych, pociętych równymi rzędami wybujałych roślin pnących się wysoko ponad głowami milczących robotników, zrywających zielone strąki, długie jak ludzkie ramię. Każdego dnia, kiedy słońce opadało już ku zielonej linii horyzontu, wracali właśnie do podobnych blaszanych kontenerów przerobionych na sypialne klitki. Nie mógł sobie przypomnieć imienia tej portugalskiej studentki, z którą umówił się na randkę, wygrywając dzięki temu zakład z kolegami.

- Muszę wstąpić do toalety – powiedział.

Miał jeszcze nadzieję, że facetowi nie będzie chciało się czeka na zewnątrz. Ten jednak wszedł za nim do kontenera.

- Dwa złote z góry – rzuciła pani siedząca w małym pomieszczeniu oddzielonym szyba.

- Nic nie ma za darmo – mruknął facet, kładąc monetę.

Też zapłacił i skierował się ku pisuarom. Obawiał się trochę, że facet wybierze sąsiedni pisuar. Przez chwilę zastanawiał się, jak wypadłoby porównanie ich przyrodzeń. Na szczęście facet wybrał pisuar umieszczony w drugim krańcu kontenera. Rozważył jeszcze ucieczkę do kabiny zamykanej na klucz, jednak z jednej z nich dochodził niezrozumiały bełkot, a spod zawieszonych nad podłogą drzwi wystawały nogi odziane w poplamione spodnie. Spod innych drzwi rozlewała się mokra plama. Nie chciał zostawać długo w tym miejscu. Umyli ręce i wyszli.

- Widział pan tego w kabinie, jakiś menel zapity – burkną facet pogardliwie.

 

 

 

Edytowane przez Jakubek2024 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Ciekawa podróż bohatera przez życie, wzbogacana wspomnieniami i refleksjami, jak w życiu każdego z nas.

Dwa drobiazgi:
 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jeszcze nie spotkałem pijanego, który wyznałby otwarcie, iż jest pijany, a wprost przeciwnie: im bardziej pijany, tym uparciej utrzymuje, że jest trzeźwy.

 

To chyba jakiś specjalny wagon, gdyż przedział pierwszej klasy miał sześć miejsc do siedzenia, a przedział drugiej klasy osiem miejsc. Obecnie na większości kolei europejskich obydwie klasy mają po sześć miejsc.

Ale ogólnie całkiem niezłe.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

@staszeko Dziekuję za komentarz. To dla mnie ważne, że "da się" to przeczytać.

 

Pisałem to ponad 10 lat temu, więc może wtedy jeszcze były takie 8 osobowe przedziały (na trasie Przemyśl-Kraków-Wrocław-Poznań)? A może to mój błąd.

 

Co do deklaracji: "jestem pijany", to miała miejsce i chyba wynikała z tak pojętej przez tego człowieka grzeczności:))

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Poet Ka   Dzień dobry    Łukasz Jasiński 
    • Silva Rerum                     Pokażę ci praktykantów za kulisami - Haskalę i nic nie mów, tylko: bardzo uważnie słuchaj, czasami z uśmieszkiem na twarzy jak Mona Lisa. Leonardo da Vinci na pewno byłby dumny ze świętego zakonu Eruvai Ravi - międzynarodówki wtajemniczonych mistrzów, która posiada własnych sobowtórów. Sir Edom Wildstorm trzymał w dłoni fajkę z kości słoniowej - teza ta, rzekł: - Ma uzasadnienie w tytoniu - tu - dał dyskretny znak spojrzeniem na blat okrągłego stołu i kontynuował: trzy lata temu podwójny mecenas Sanhedrynu z Grupy Stu zapowiedział w radiu nową wizję - nadejście potopu łupkowego...           Sir Edom Wildstorm spojrzał przez okno na niebo - tam - dostojnie wypuścił parę kółek z dymu, robiąc dyskretną aluzję: - Adonaj ma w głębokim poważaniu Amalekitów, a wołanie upadłej anteny jest zwykłą grą słów - Ali Kabe... Wiesz, Vick, ty gówno wiesz! Poklepał po ramieniu młodego studenta z Wyższej Szkoły Handlowej sir Edom Wildstorm.           Jest wojna, sir, musimy przyjąć trójwymiarowe maski i zorganizować zamach na redakcję koszer nostry, oni zamknęli nam oczy - będziemy lepiej widzieć - iluzję, a syn poranka jak dymiący wagon przyniesie nam dwa sztandary - divide et impera i vox populi - errata. W domu nad rozlewiskiem Tolsam zagra na pianinie idyllę jako sygnał - pogranicze najwyższego czasu, pamiętaj, oni zamknęli nam oczy - będziemy jeszcze lepiej czytać paragrafy tajnej policji w sanatorium pod klepsydrą - NASK-u i UKEF-u, a tutaj - bez przenośni - zmieniłem technikę na OKA - Obserwacja, Kontrola i Analiza - archetyp najemnika z operacji Samorgas. Jest wojna, sir, nie zabijemy - zabiją - na pewno starym sposobem - przypadkiem uderzymy autem w przydrożne drzewo, a może umrzemy za wolność i niezawisłość w schronisku dla samotnych wilków?           Nie wiem co się dzieje: bezwładny chaos na biegunie mózgowym, jądro próżność jest zbyt mocno widoczne - zabija i niech będzie na zawsze przeklęty ten świat. Półkula magnetyczna zmienia obrót o sześćset sześćdziesiąt sześć stopni - czwarty jest tryptykiem niczym melodia nokturnowa, a przymioty nie są przypadkowe - trójca, naprawdę, nie wiem co się dzieje: bezwładny chaos na biegunie - zabija i niech będzie na zawsze przeklęty ten świat. Półkula socjotechniki stworzy alternację pentagramu - alogię: in nomine Patris, et Spiritus Sancti, fides et ratio - opus dei - cogito ergo sum. Sir Edom Wildstorm skończył czytać raport, bełkot - rzekł z przekąsem i wyrzucił do kosza lupę z rogów barana, syndrom zniewolenia - pomyślał...  Eli, eli, lama sabachtani... Eli, eli sabachtani lama - eli, eli i skończył - nucić...           Pieszcząc rękojeść laski: zbyt spokojnie wyszedł ze służbowego Range Rovera... - Good morning - przywitał gościa nowy lokaj prezydenta na mazurskiej daczy.  - Thank you - sir Edom Wildstorm podał do ucałowania pierścień ozdobiony srebrną ważką.  - With all due respect - rzekł gospodarz i najmocniej prosimy - odejdź z tego świata! - Gambling - you are welcome!           Sir Edom Wildstorm odstawił na grzbiet fortepianu kieliszek z krwistym winem i momentalnie wsłuchał się w echo poloneza, to koniec - szepnął sam do siebie - nic już po nas nie zostanie, może idea, przecież jak mówi pismo - po owocach. Rozmyślania przerwała służąca, wtargnęła nieproszona - rzuciła okiem na zielony stolik i zgarnęła resztki żetonów - elokwentnie wypięła tyłek... Sir Edom Wildstorm zerknął szybko na wyższą półkę i czarnym klawiszem przywołał do porządku agentkę Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego - dokładnie dał do zrozumienia: wskazując - wzrokiem   na okruszki popiołu, zostanie po nas szarobury pył, o la la o lu, będę do końca grał, grał i grał na ramionach żywiołu - będę do końca śnił, śnił i śnił, o la la o lu, będę do końca grał, grał i grał...                      Wiesz? Opowiem ci prawdziwą bajkę o zatoce różowych świń, pamiętaj, śmiech jest zdrowiem i nie miej żadnych złudzeń poza pewną granicą solidarności. Raz na zawsze porzuć marzenia: one są tylko dziekanią w unii giermka, możemy? Nazywam się Alexis Brimeyer, znacie legendę o czarnym szlachcicu? Bardzo dobrze, to ja - należę do Komitetu Trzysta, a ty byłeś tylko szarfą kozła ofiarnego w Izbie Hymnu Jedności i co? To niepotrzebne słowa, zostawię je na pamiątkę, tak po prostu - zwyczajnie. - Regni regino, sapiens nihil invitus facit, sapienti sat...           Pamiętasz? Wybacz, nie było cię na świecie, po prostu: nazywam się Alexis Brimeyer i znacie legendę? Znamy! Jesteście kłamcami - nie znacie! Sir Edom Wildstorm położył różę na grobie białego kruka...           Nie zapaliłem świeczki i system może w każdej godzinie runąć: wypolerowany na błysk - krzemień - pucybut przepowiedni. Nadal płonie kompozycja trójkątnego placu, a po obu stronach - fotel, tak: uwielbiam ten hotel - przynosi zyski i wtedy zapaliłem świeczkę - system przed chwilą upadł. Masz wolną wolę? Naprawdę? Kup sobie spokój za cenę kłamstwa. I błysk! I zysk! I pysk! Sir Edom Wildstorm skończył oglądać pomnik generała Franco, on nie żyje - umarł za wolność. Racja, pomyślał, nie sądźcie - sądzeni będziecie. Wiesz? Nie bądź błaznem! Umyj tablicę! Ładnie!           Jedno z najgorszych błogosławieństw: obdarcie niewiernego z posiwiałej aureoli, osamotniony z garścią ziemi - pielgrzym niebezpiecznej prawdy, iluzjo z podwójną maską - bar, bar i bar - baranku melodramatycznego nieba - zagrajmy w dwie - frazy w jednej - jedynej. Nikt tego nie zrozumie, dokładnie wszystko jest potężnym chaosem i poza powstaniem świata zostanie pot - wór, wór i wór - marny, przepraszam, gardło mnie rozbolało - nic tutaj - tu po nas, słowem: bez bezzz sensss. Sir Edom Wildstorm cierpliwie słuchał... - Dajcie mi willę w stylu kosmopolitycznym, pokaźne konto i limuzynę, a w zamian obdarzę wszystkich prostotą serca i mogiłą słów!            Sir Edom Wildstorm wskazał laską na trzy palce u prawej dłoni: pas a pas - odrzekł z kamienną twarzą.  - W porządku, dołóżcie mu jeszcze na barki krzyż...           Tylko ja, ja i ja - egoista z rodu warana - jesiotr w jeżowym jeziorze nad jesionem - marsz morsa i pana na mars - przekwita poezja polska zamknięta w sejfie - naćpana!           Zanim powrócę z końca czasu przez czerwoną noc - rozdam światło i nie szlochaj. To takie zwykłe szatańskie paragrafy: czujesz na karku zimno? To dobrze, zagrajmy w ruletkę i pociągnij pierwszy za głowę okupanta. Sir Edom Wildstorm złowił szlachetnego dorsza i rzekł do Adama Weishaupta: - Wypierdalaj!            Zanim powrócę przez czerwoną noc - rozdam światło. Ukochana, nie płacz za mną!           Pisz słowo po słowie, inaczej nie zrozumieją i nie pojmą twoich myśli, tłumacz się ciągle z popełnionych grzechów, oni są mądrzejsi od ciebie, zaniżaj własną wartość i niszcz w sobie zmysł krytyczny - oducz się myśleć samodzielnie. Pisz słowo po słowie, inaczej nie zrozumieją i nie pojmą twoich myśli - nie używaj obcych wtrętów, aluzji i tropów, oni są mądrzejsi od ciebie - wykreśl na zawsze ze słownika niedopowiedzenia i miłuj pokój podczas wojny - może zostaniesz wtedy szeregowym poetą. Sir Edom Wildstorm wyjął kalendarzyk indeksowy i zanotował coś ołówkiem: bądź wierny i nieprzekupny, nigdy nie szczekaj, odgryzaj krtań, szczaj na kości rzucone ze stołu i zawsze bądź sobą - wilkiem.   Łukasz Jasiński (Warszawa: 2010 - rok)
    • chciałbym być deserem  który lubisz  surówką  którą powinnaś ...   z radością zajadasz    delektujesz się  każdym kęsem  ostatni jesz wolno  z takim apetytem  że dostaję dreszczy    jeszcze  nie zdążysz skończyć  a już tęsknisz za …    dokładką   6.2026 andrew  
    • @hania kluseczka ano dodaje. dziękuję za komentarz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Bardzo dziękuję. Tak, to piękny obraz :) Pozdrawiam :)   Bardzo dziękuję.  Tak. Pozdrawiam :) Dziękuję Wam bardzo  @leo @Leo Krzyszczyk-Podlaś @iwonaroma @violetta @Poet Ka @Charismafilos   :)  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...