Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Cienie na ścianie. Cienie wokół mnie. Na zewnątrz. Wewnątrz. Wszędzie… Skąd te cienie?  Te skrzydła motyla, ćmy… Wokół mnie cisza rozkłada skrzydła w piskliwym szumie gorączki. Za oknem noc.  Za oknem szelest wiatru. Za oknem liście drzew. Za oknem szum przejeżdżającego ulicą samochodu. Za oknem noc. Nic. bezgraniczna otchłań kosmosu.

 

Na stole butelka, kieliszek, pęknięty talerz z okruszynami czerstwego chleba. Gdzieś tutaj, dawno temu. Gdzieś tutaj albo tam, w zasłonach spopielałego mroku. W zasłonach sennej maligny która kłębi się wciąż i faluje.

Na stole uśmiecha się do mnie George Ballantines. Uśmiecha się poprzez szkło i etykietę siedmioletniego trunku. Ładnie. Ładnie tak. Ładnie i kusząco. Uśmiecha się, poruszając wąsem, coś jak Wołodyjowski albo Łomnicki grający Wołodyjowskiego. W każdym bądź razie uśmiecha się do mnie poprzez wąs albo bardziej wąsik. Ach, ten wąsik. Uśmiecha się do mnie. Uśmiecha… Kto tak się do mnie uśmiecha? Kto? Nie pamiętam,. albowiem uciekł mi wątek, jak sen, który rozprasza się w oknie poranka, kiedy na niego spoglądam. Uciekł. Znikł. Przeistoczył się w nic. W noc. W dzień. W nic.

 

Gdzieś daleko, gdzieś bardzo daleko chodzi po bezdrożach tęsknota. Gdzieś tam, w krainie takiej albo innej. Gdzieś tam albo nigdzie. Chodzi po polach, błąka się. I szuka, szuka. Szuka…  Kto tak kogo szuka? Albo czego? Nie ma już żadnego znaczenia. Ważne jest samo szukanie. Sam moment szukania. Tak jak w malarstwie ważny jest nie  obraz, ale moment tworzenia.

 

Otwieram oczy. Zamykam oczy. Ile jeszcze razy? Ile? Jestem w jakimś mieście. Nie wiem, co to za miasto. Ale jakieś duże i gwarne. Nowosybirsk? Być może. Albo może i jakieś inne. Nowoczesna zabudowa miesza się ze starą. Z drewnianą, chylącą się ku upadkowi. Tu kiedyś. Tu dawno, dawno, dawno, dawno temu…

 

Słońce pada na moją twarz. Moje oczy. Ach, moje oczy… Zasłaniam je dłońmi. Była dopiero noc. Jest dzień. jakże dręczący i ciężki. Pełen hałasu i dymu. Pełen spalin, potu i krwi… Pełen cichego jęku. Cichego wołania…

 

Nie. Nie ma żadnego hałasu ani spalin. Patrzą na mnie jedynie opuszczone ściany. Czarne oczodoły okien i drzwi. Zarośnięte, zakrzaczone podwórka z resztkami huśtawek, które wiatr porusza niewidzialną ręką. Jedynie duchy. Jedynie opuszczenie. Jedynie nicość. Jedynie zapuszczony ogród zapomnienia. Słońce na mojej twarzy. W błękitnym niebie pojedyncze białe obłoki kończącego się lata. Szumiąca w uszach piskliwa cisza. Jakaś tęsknota. Oczekiwanie. Za czym? Już za niczym. Więc skąd ten ból przeszywający serce? Nie wiem. Nie rozumiem, ale jest jakieś oczekiwanie, które czai się i spogląda na mnie z każdego kąta, zza każdego załomu. Spogląda na mnie melancholią. Oczami szeroko otwartymi na bezkresny wiatr. Zarośnięte ulice opuszczonego miasta. Pochylające się coraz bardziej bloki w tym milczeniu kończącego się życia. Ktoś tu umarł. Umarł i to wiele razy. I za każdym razem. I jeszcze. I znowu. I wciąż od nowa… Umiera. I znowu umiera. Aby ponownie umrzeć poprzez niedoumieranie.

 

Łopoczą plakaty na odrapanych murach. Jakieś uśmiechnięte twarze. Jakieś oczy i usta. Czyjeś oblicza. Wychodzę. Schodzę schodami. Przekraczam wyrwane z zawiasów poluzowanych futryn drzwi. Na zewnątrz ciepły wiatr i zleżały zapach zielska, korzeni, więdnących kwiatów. Wyrastające chaszcze ze szczelin chodnikowych płyt. Niosą się jakieś wołania po bezkresnych polach, po stepach, po rzadkich brzozowych lasach… Gdzieś tam daleko melancholia. W przeświecających blaskach, w migocie liści przytulam się do białej brzozowej kory. Obejmuję. Całuję sęki, wyczuwając na języku słodkawy smak  żywicy. Moje palce. Moje dłonie stają się lepkie. Od przytulania i gładzenia. Od pieszczot. Przykładam ucho do drzewa. Wsłuchuję się w ten szept, w tę cichą opowieść o życiu albo raczej o umieraniu. Jeszcze raz. Jeszcze raz. I jeszcze…

Trawa wokół moich nóg. Zielona, łaskocząca mnie trawa. Gładzi mnie źdźbłami. Przymila się. Słońce powoli zachodzi, promieniując czerwienią między gałęziami. W świergocie ptaków. Nie. Nie w świergocie. W moim oddechu. W szumie szeleszczących liści. W cichym skrzypieniu syberyjskiej tajgi.

 

Słońce dotyka już ziemi, choć tli się jeszcze. A ja nie mogę się ruszyć spętany cieniem swojej własnej ręki, którą podniosłem w zachwycie. Do kogo tak? Do czego? Do niczego. Podniosłem ją do ust, tłumiąc dłonią ciężki oddech westchnienia.

Ptaki. Ptaki. Gdzie tu ptaki? U wodopoju. Na cienistych zboczach majaczących wzniesień. Znad jakich pól te milczące stada? Czemu milczą? Albo może ich wcale nie ma? Więc dlaczego je widzę? Nie, nie widzę. W kawalkadzie sunących mgieł już tylko ciemna ściana nadciągającego zmierzchu. Pełznie znad torfowisk flotylla oparów. Takich niskich, tuż przy ziemi stężałej w bezruchu i chłodzie.

 

Powiedz mi. Powiedz… Kto ma mi cos powiedzieć? Ach, to ja sam do siebie tak szepczę. Szepczę wciąż w nawale słów, wypowiadanych jakby we śnie. Znam je na pamięć, tak jak umiem na pamięć słońce i wiatr. Tak jak umiem na pamięć deszcz. I moje ręce, którymi się obejmuję w samotnym tańcu. I moje oczy przyzwyczajone do przestrzeni. Do przestrzeni już bez ciebie. Do cichej przestrzeni, w której sen…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2024-01-01)

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wchodzę do pokoju, w którym nikt nie czeka, choć na stole wciąż leżą moje własne klucze. Patrzę na swoje odbicie w szybie piekarnika – jakaś obca twarz, której już się nie uczę. Zmieniłem się w kogoś, kto tylko obsługuje ciało: karmi je, kładzie spać, ubiera w czyste rzeczy, ale w środku, pod skórą, nic się nie ostało, żadnej myśli, której mógłbym zaprzeczyć. Na klatce schodowej sąsiad pyta: „co słychać?”, a ja mam w gardle tylko suchy piach i żwir. Udaję, że szukam kluczy, żeby nie oddychać tym samym powietrzem, co ten ludzki wir. Świat jest za szybą. Jest jak telewizor, w którym ktoś wyłączył dźwięk i kolory. Wszyscy dokądś biegną, coś widzą, coś słyszą, ja tylko sprawdzam, czy zamek jest skory zamknąć mnie szczelnie przed każdym pytaniem. Znowu patrzę na telefon. Świeci pustym ekranem. Nikt nie pisze, bo przestałem odpisywać pierwszy. To nie jest ból, który krzyczy nad ranem, to jest ból, który cicho układa się w wiersze, żeby potem spłonąć w koszu na pulpicie. Zostałem cieniem na własnym podwórku. Tak wygląda moje – nie moje – życie: powolne ścieranie się kredy na murku, którą ktoś kiedyś napisał moje imię, a teraz deszcz płucze je, aż całkiem zginie.
    • @Aleksander Hoorn dzięki, a tak:   Zieleń w niebieskości   Wysoko W kołysce z patyczków Rodzi się życie Taniec na klawiaturze Puchem drży   czy coś innego miałeś na myśli?
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - święte słowa - miło Alicjo że byłaś  -                                                                             Pzdr.serdecznie. Witaj - może i nie działa  - ale dziecko inaczej myśli - zawsze tak było -             serdecznie ci dziękuję za przeczytanie i komentarz -                                                                                               Pzdr.wiosennie. Witam - ucieszył mnie twój komentarz ozdobiony pięknem - dziękuję -                                                                                        Pzdr.miłym porankiem. @Poet Ka - @Posem - @wiedźma - serdecznie dziękuję - 
    • @MityleneW tekście klisza goni kliszę. I nie jest to dobra wiadomość dla wiersza, gdyż stworzony z tych przewidywalnych klocków obraz intymności ma wartość jedynie sentymentalną. Skądinąd pod utworem znalazło się bardzo ładne zdjęcie. Jest w nim materiał na niebanalną metaforykę, jeśli udałoby się połączyć fotograficzną reprezentację z przekazem lirycznym.    Jeden obraz mnie zatrzymał.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Wiatr i szept - uruchamiają zazwyczaj mój czujnik grafomanii, ale tutaj go świadomie wyłączyłem, gdyż zazwyczaj 'szept' odsyła do znaczeń dużo łagodniejszych niż 'smaganie' - skoro napisałaś inaczej, znaczy - coś się dzieje. W tej metaforze szept ma moc, siłę uderzenia, wysoką temperaturę, którą przekazuje dalej, poprzez ruch powietrza oraz czysty przepływ energii. Zasadniczo tu znalazł się prawdziwy środek ciężkości tekstu, który najlepiej koreluje z treścią przekazaną za pomocą ilustrującego utwór obrazu.   AH
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - zgadza się  - wystarczą proste słowa - dziękuję za czytanie -v                                                                                             Pzdr.serdecznie. @aff - @Berenika97 - @Poet Ka - uśmiechem wam dziękuję -  Witam - miło mi że tak twierdzisz - dziękuję -                                                                                     Pzdr.pogodnie. Witaj - dziękuję za ten piękny obraz -                                                                     Pzdr.zadowoleniem.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...