Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Kolejna nadinterpretacja. Może Pana wrażenie wynika z tego, że nie do końca zgadzam się z Pańskimi poglądami i daję temu wyraz w sposób bezpośredni. Nastolatków też nie uważam za bezczelnych gówniarzy i to bez względu na to, co mówią. Każdy ma prawo się wściekać i bronić swojego zdania, ale ja mam prawo reagować na wściekanie się i wyrazić swoje poglądy.
Dalsze życie pewnie nauczy Pana tego, że tupet trzeba mieć, ale trzeba też wiedzieć kiedy i w jakich warunkach (to nie jest traktowanie Pana jak niedoświadczonego życiowo dwudziestoczterolatka).
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ja Panu nic nie zarzucam, bo to nie ma sensu. Zanim Pan zacznie innych nazywać beztalenciami, niech Pan się nauczy w miarę poprawnie wypowiadać pisemnie po polsku. Wtedy porozmawiamy.
Pozdrawiam


Wie Pan co nie ma sensu ? Komentowanie czegokolwiek związanego z poezją nie ma sensu.

Dyskusja z Panem nie ma sensu.

Pan unika odniesienia do tego o czym mówię a w zamian wmawia mi złe wychowanie. Pan mnie prowokuje do używania mocnych słów.


Czy ciężko się było odnieść do tego o czym mówiłem ? Prymitywizm, to prymitywizm, a nie rzecz gustu, czasem się warto zastanowić nad tym o czym mówią inni. Te lingwinizmy są kiepskie i prymitywne, ja nazwałem po imieniu a Pan będzie zmieniał temat byle tylko dalej od meritum sprawy.


Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ja się nie wściekam, jestem bardzo spokojnym człowiekiem. Co do dalszego życia, pewnie ma Pan rację. Dowiem się, jeśli to dalsze dojdzie do skutku. Być może problem polega na tym, że ja również reaguję zwykle bezpośrednio;)
Dobrze jest jednak pewne sprawy wyjaśniać do końca.
Opublikowano

Panie Vacker!
Demokracja (słowo nadużywane!) pozwala na wolne wyrażanie własnych poglądów... i z tego Pan korzysta. Istnieje jednak w tym „manifeście” pewien przesyt. Jest on wyrażony w sposób jednoznacznie autorytatywny, nie pozwalający na żadną polemikę. Pokazuje dążenia Młodego Człowieka do Sławy. Chwalebne. Czy jednak Sława i Pochwała są pojęciami wymuszonymi? Tutaj wracam do Demokracji. To Inni będą oceniali i przyznawali laury. Wmawianie Czytającym objawionej Prawdy jest zwykłym nonsensem. Poezja nie jest matematyką, ani religią z pewnymi dogmatami. Ją odczuwamy, przyjmujemy, kochamy... i żadne manifesty nie pomogą w jej zrozumieniu. Taki przekaz bardziej wyraża Pychę, którą pragniemy nazwać Prawdą. Czy podniosą jej wartość, w Pana wierszach, te wulgaryzmy i współczesne makaronizmy, którymi ubarwiony jest ten przekaz? Czy ten „manifest” nie jest dowartościowaniem Autora, a treść przekazu to tylko słowa, słowa, słowa...
Broń Boże nie oceniam Pana twórczości, a jedynie odnoszę się do „manifestu”, który przeczytałem.
Życzę spełnienia zamiarów, które - połączone z niezłomną wiarą Autora w swoje powołanie - mogą dać piękny plon.
Serdecznie pozdrawiam
Marek Wieczorny
Ps. Przepraszam Autora jeżeli moja polszczyzna nie jest odpowiednia.
MW

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jak to tekst nie pozwala na polemikę? Przecież właśnie Pan z nim polemizuje. Gdzie Pan tu widzi objawianie jakiejkolwiek prawdy? Albo próbę? Pan Serocki dobrze odczytał — chodzi o zagubienie. Dlaczego mam go nie manifestować? Dążenie do sławy? Niech mnie Pan nie rozśmiesza. W kontekście literatury sława to ciężki temat. Bardzo zależy, bardzo. W równym stopniu od talentu, co od przypadku. Pan mówi o treści przekazu. Nie jest Pan w tej dyskusji pierwszy. Jednak nie sprecyzował Pan, co ma na myśli mówiąc o przekazie. Pojawiają się w tekście pojęcia, których nie ma, bądź są przekształceniami instniejących. Jak dotąd nikt nie spróbował wykazać dobrej woli (z wyjątkiem wcześniej wymienionej przeze mnie osoby) i przyjrzeć się, co to może oznaczać. Najprościej sobie przyjąć — to jakiś przemądrzały bufon, któremu się wydaje. Wypisuje jakieś manifesty, a kim on właściwie jest, żeby cokolwiek manifestować. Zaznaczę, że to typowo polskie myślenie. Jedyne co mogę robić, to opisywać rzeczywistość tak, jak ją widzę. W granicach swoich możliwości. I nic więcej.
Dążenia Młodego Człowieka do Sławy. To mnie rozłożyło. Wie Pan, moim marzeniem jest to, żeby mieć dom, żonę, dzieci, względny spokój i harmonię. Porządek. I co Pan na to?
Naprawdę, nie wiem, gdzie Pan zobaczył wmawianie objawionej prawdy. Być może przeczytał Pan ten tekst, jakby był on artykułem w gazecie.
Pozdrawiam
Opublikowano

Panie Vackerze!
Nie mogłem Pańskiego tekstu przeczytać „jak w gazecie” ponieważ jego charakter daleko odbiega od felietonu, czy notki prasowej. Nie mogę jedynie zrozumieć zdenerwowania, które towarzyszy odpowiedzi na mój komentarz. Czy dobrze zrozumiałem ten „manifest”? Może nie. Zastanawiam się tylko jak można zrozumieć to, czego się nie da. Postarał się Pan o maleńki bełkot, który miał być poważnym wyznaniem inteligentnego człowieka. Można do wszystkiego dodać ideologię (to znamy), ale wmawianie innym braku wyobraźni jest sporym nietaktem.
„Wyznaczyliśmy nowy termin oddania pracy: orgiastyczny. Pisanie jest orgią. Reszta to poezja. Reszta jest do chuja. Dlaczego nie do dupy? Bo do dupy jest wszystko”.
Jak nazwać to wyznanie z tego „manifestu”, które przekreśla, w Pana mniemaniu, teraźniejszość? Czy nie jest to przez Pana objawienie nowej Prawdy na poziomie Pana wieku? Jeżeli sam Piszący nie rozumie swoich słów to znaczy, że jeszcze na manifesty zbyt wcześnie. Więcej pokory.
Odnosi się Pan, przedtem nie chciałem tego poruszać, do pojęć, które nijak mają się do tego tekstu. Dobrze byłoby przedtem zapoznać się z pojęciami... i wtedy ich używać. Jeżeli manifest, to ma to być coś nowego, postępowego. Umieszczenie „Torysi”, „Konfucjanizm”(nawet w tym manifeście nie należy zmieniać nazw własnych) pasuje, jak kwiatek do kożucha. Nie widzę konserwatyzmu (Torysi), a konfucjańskiego spokoju w tym bełkociku trudno znaleźć – może potrzebna lupa? Zastosował Pan wspaniale starą maksymę: „mówić dużo i bez sensu to dla wielu szczyt inteligencji”.
Pozdrawiam i życzę dobrej żony i wewnętrznego spokoju
Marek Wieczorny

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bo wstawia Pan jakieś głodne kawałki o „Objawionej Prawdzie” — stąd zdenerwowanie.

Postarałem się o bełkot, który miał być poważnym wyznaniem w niepoważnej formie. Jeśli komukolwiek coś wmawiałem, to brak dobrej woli, a nie wyobraźni.

To jest jedyne objawienie prawdy w tym tekście — mojej prawdy z punktu widzenia mojej świadomości, której nie mam zamiaru nikomu narzucać. Doskonale rozumiem swoje słowa. O pokorze już pisałem wcześniej i nie będę się powtarzać.

Torys nie od angielskiego Tory, lecz od polskiego „tory” — tłumaczę, że chodzi o tory interpretacyjne. Nie ma w tym tekście pojęcia konfucjanizmu, jest za to konfuzjanizm — od konfuzji i to zarówno w znaczeniu zbicia z tropu, jak i gry słownej „kon” plus „fuzja”. Jeśli Pan będzie łaskaw zauważyć, co użycie tego, skądinąd nieistniejącego pojęcia spowodowało: sądząc po tym, co Pan pisze, został Pan zbity z tropu i wpadł Pan w pułapkę brania tekstu „z wierzchu”.
Natomiast to, że konfuzjanizm łudząco podobny wizualnie i fonetycznie jest do konfucjanizmu wyraża fakt, że lubię korzystać z motywów dalekowschodnich. Gdyby nie to, że ta tematyka mnie dosyć interesuje, zapewne użyłbym po prostu terminu „konfuzja”.
Pozdrawiam i życzę wszystkiego, czego Pan sobie życzy.
Opublikowano

Panie Vackerze!
Dziękuję za wyczerpujące wytłumaczenie. Troszeczkę zasmuciłem się wyznaniem, że tylko to stwierdzenie jest poważne, w którym znajdują się te wulgaryzmy. Może jestem zbyt stary, by zrozumieć taką opinię? Może. Świat się zmienia i widocznie coś nas dzieli. Pocieszam się jedynie, że Pan osiągnie też kiedyś mój wiek... i może inaczej oceni swoją postawę względem życia, której dzisiaj hołduje. Nie wszystko jest takie złe!
Pozdrawiam
Marek Wieczorny

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Panie Marku!
Stwierdzenie, w którym znajdują się wulgaryzmy prezentuje widzenie rzeczywistości. Nie jest to widzenie specjalnie oryginalne, gdyż w istocie charakteryzuje ono każde nowe pokolenie wchodzące w etap kreowania rzeczywistości. Dlaczego o tym napisałem używając wulgaryzmów? Gdyż wulgaryzm można odbierać jako objaw agresji, agresja zaś może być wynikiem frustracji i bezsilności. Chciałem zobrazować pewną zależność, która przypadła mi w udziale. Od razu mówię, że nie jestem agresywny, a wulgaryzmów używam sporadycznie i zawsze mam w tym jakiś cel. Zwykle ekspresyjny.
Reszta tekstu jednak też jest na poważnie — tak jak napisałem wcześniej — w niepoważnej formie. Wszystko jest w formie niepoważnej.
Zgadzam się, że nie wszystko jest takie złe. Ale ten tekst nie jest o tym, co jest złe, co jest dobre. Ten tekst jest paradoksalny. Jest spisem paradoksów, które składają się na autora. I na pozostałych członków grupy w pewnym stopniu też, chociaż, co podkreślam, ten tekst ja napisałem i otrzymałem jedynie pozwolenie, by opublikować swoją wersję, że tak się wyrażę, „wizji”.
Pozdrawiam
Opublikowano

hehe, od zawsze męczy mnie pytanie czy nienormalni wiedzą że są nienormalni... ten "manifest" i dalsze wypowiedzi rzuca na to zagadnienie dużo światła (że jednak nie) :)
dzięki Autorze i szczęścia życzę :))

/ps. oczywiście nikogo z nazwiska nie wymieniam, tak tylko głośno myślę :P )

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...