Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Pisane w nocy z 29 na 30 kwietnia Roku Pańskiego 2005.

Narodziła się Błękitna Orgia.
Dla ludzi bardziej zorientowanych we Wszechświecie symbolika tej nazwy będzie całkiem jasna. Nazwa wiąże się z tak zwanym „słowem drukowanym”. Tak jak teraz jest wydrukowana, tak i teraz się wiąże. Istnieje teraz.

Jutro jest abstrakcyjne. Przeszłość — banalna i znana. To nasza przeszłość, od której się nigdy nie uwolnimy; do końca zasranego życia będą nas z nią porównywać. Będą nas w niej kąpać, orgazmicznie będą się jej oddawać. Mówimy: nie!

Wyznaczyliśmy nowy termin oddania pracy: orgiastyczny. Pisanie jest orgią. Reszta to poezja. Reszta jest do chuja. Dlaczego nie do dupy? Bo do dupy jest wszystko.

Char akt eryzuje nas wulgar ny-język. Własny bełkot, który nie pozwala się udławić obcym, narzuconym blekotem. Komuna językowa. Rządzi błękit. Kieruje orgia. Fasci nuje nas wschudł. Konfuzjanizm. Wprowadzamy dyfuzję i fair męt. Przyznajemy sobie prawo, by władać językiem. Freewolnie nim dysponować, aż do dyssypacji. Jesteśmy torysami inter prêt-à-porter. Intertekstualnie, intertorowo: troje przyjaciół: Sem, Fonem i Leksem. Interseksualni. Transwestacyjni. Avant gardzimy neo w poszukiwaniu łyżki. Paralingwistyczni zabawami językowymi w paradoksie znajdujemy prawdę. Rzycie w reductio ad absurdum. Wodzimy do wokacji pro i nie jest prawdą, że mówimy jednym głosem. Jesteśmy Inter jak net. Holi-styczni, lecz nienetowo powierzchniowi.

Nie mamy powierzchni, sprzeciwiamy się wszelkim objawom niedoli i indolencji. Come-unik-atywni.

Z Bogiem. Samym w sobie.
Opublikowano

Może w tym całym chaosie chociaż piszmy jak ludzie.
słowa niech służą wyrażaniu czegoś mniej lub bardziej ważnego.
Nie polega to na gimnastyce słów naciąganiu , rozciąganiu wyrazów.
Hałas może być jeszcze jeden do wtóru z codziennością ,tylko po co?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



a co to znaczy pisać jak ludzie?
dla mnie te słowa są ważne — bo odnoszą się między innymi do mnie — a w praktyce służą do różnych rzeczy, sam to zapewne wiesz; co do polegania: skąd wiesz, co na czym polega? i co to znaczy „to”?
jeśli będę pisać tak, jak wszyscy inni, to zniknę w tlumie — prosta zależność, chcę tego uniknąć i do tego dążę; to jest „próba kreacji”, o której nie tak dawno na forum pisał Roman Bezet
nie mnie oceniać, jaka to próba
pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A czytał Pan manifest neolingwistów?
To jest próbka, wprawka — do tego napisana bez aktywnego udziału pozostałych członków. Można powiedzieć: sonda.
A że nic nowego nie zgadzam się. Ja jestem nowy:). To raz. Dwa, to jest tam kilka pojęć, które do tej pory nie istniały i niejako wpisują się w pewien pomysł na pisanie, który powstał. Zgadzam się, że napisane żywiołowo, w związku z czym pewne rzeczy mogą nie być do końca jasne. Ja sygnalizuję. W pewien sposób tłumaczę takie pisanie, a nie inne. Nazwaliśmy to paralingwizmem. Chcemy robić to, co obiecywali warszawscy neolingwiści, ale moim zdaniem się z obietnicy nie wywiązali. Zatopić się w języku. Chcemy pójść nawet dalej. Jeśli globalizacja, to na całego. Przewrotnie. Bo pewne rzeczy się dzieją na świecie i choćby się kto nie wiadomo jak nie zgadzał, to nie zatrzyma tych procesów. Chcemy operować znakiem i kodem, nie obrazem, i za pomocą znaku i kodu tworzyć komunikat. Jest w tym też prowokacja. „Wokacja-pro”. Możemy sobie zmieniać, odwracać, bo dlaczego nie? w pewnych granicach, póki jest to konsekwentne?
Nihil novi sub sole. Może Pan jednak wymaga zbyt wiele? Od młodych ludzi, którzy jednak chcą — wyrazić siebie. Podejrzewam, że Pan po prostu przeczytał powyższy tekst i szybciutko wpisał komentarz w stylu zamykającym kwestię. Ja rozumiem, że można nie mieć czasu. Ale wydaje mi się, że nie można patrzeć na to, co napisałem, nie przeglądając naszych utworów. Specjalnie pod kątem.
Ten „mani fest” nie miał poruszać nowych kwestii. Miał dać do zrozumienia, że powstała inicjatywa, która dąży do stworzenia nowej jakości, ale nie w treści, lecz w formie. W treści tylko tyle, co obserwuje każdy, w miarę świadomy człowiek. Świat się zmienia szybko. Chyba za szybko.
Pozdrawiam
Opublikowano

Jestem mloda i po cichu przyklaskuje twojemu buntowi, pragnieniu tworzenia odnowa, odrzucenia przebrzmialych nut. tyle, ze ta cala twoja, a moze wasza walka czy proba niezaleznie od postulatow nasyca mnie jednak w najwiekszym stopniu odczuciami podobnymi tym, ktore pojawiaja sie przy ogladaniu kiepskiej komedii, zaopatrujac moja twarz grymas ironiii. a to wszystko ze wzgledu na to, ze w poszukiwaniu swojej drogi w tym calym zamieszaniu i sposobie jego wywolywania nie jestes(cie) ani nowatorami, ani prekursorami. przez to, to co glosisz(cie) brzmi banalnie i narzuca "otoczeniu" postrzeganie calej tej dzialalnosci przez pryzmat utartych schematow.
Byc moze jestem jeszcze zbyt mloda, nieuksztaltowana, niepewna. Byc moze sie myle, w tym co napisalam, co ma stanowic pewna uwage do sposobu wyrazania sie, a nie krytyke przekonan, zalozen.
Pozdrawiam, Paula.

Opublikowano

Panie waker
to nie na deklaracjach buduje się historie
łatwiej dorabiać ideologie do czynów niż czynić w myśl ideologi
i zdaje mi się że Pan wybrał to pierwsze.

zacznijcie swój nurt, niech będzie naprawdę dobry - tego Wam życzę
ale nie wypisujcie głupot co byście chcieli stworzyć bo dla mnie
to półka obietnic przedwyborczych.
niska półka.

Pozdrawiam

Opublikowano

Te lingiwnizmy sa na tyle prymitywne i miejscami beznsensowne że drażnią i to cała tajemnica czemu się nie podoba. Poza tym mało ich trochę. Do tego dużo ogranych stwierdzeń jak "życie jest do dupy".

Nie ważne, czy "para" czy pseudo". Nie ważne jaką ideologię się nie dorabia - to bez odrobinki chociaż wyczucia jednak się nie da.

Pozdrawiam

Opublikowano

Ale po co jakieś manifesty? Źle się kojarzy i niczego nie wnosi do sprawy. Twórzcie, propagujcie, a gdy ktoś naprawdę się zainteresuje, wtedy miejcie gotowy "manifest". Takie rzucanie słów w przestrzeń i porównanie tych idei do tego, co czytam w wierszach, daje obraz wtórności i lekkiego zagubienia. Gdy twórczość będzie dobra i wniesie do sztuki naprawdę coś nowego, wtedy będę podziwiał. Na razie nic takiego się nie stało i żadne deklaracje tego nie zmienią.
W podobny sposób bawiłem się słowami w wieku dwunastu lat, nadal to robię i podejrzewam, że nie jestem sam. Jakie wnioski?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nikt tu nie chce nic tworzyć od nowa, bo od nowa się nie da. Nie rozumiem, o jakim zamieszaniu mówisz. Kto tu robi zamieszanie? Puszczam temat do dyskusji. Jako człowiek wolny i korzystający z praw demokracji manifestuje coś. Dlaczego nie? Brzmi banalnie? Cóż, nie mnie to oceniać.
Co do postrzegania, to ono zależy tylko od postrzegającego bodziec, a nie od bodźca. To chyba nie w tę stronę działa.
Pozdrawiam również
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Śmiem twierdzić, że już nurt jest zaczęty. Zapraszam do moich wierszy. Myślę, że w nich cokolwiek z tych obietnic się znajduje. Dziękuję za życzenia. Wydaje mi się, że te „głupoty” raczej dotyczą tego, co dotychczas nam się udało stworzyć. I zaznaczam, że nie jesteśmy jeszcze z efektu zadowoleni.
Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Panie Mirosławie!
A po to chociażby, żeby Pan się wypowiedział. I inni. Żeby była reakcja jakaś. Dlaczego manifest się źle kojarzy? Tak się to po prostu nazywa — manifestowanie.
Nie, nie, nie. Nikt się sam z siebie nie zainteresuje. To tak nie działa. Nieobecni nie mają racji — po prostu ich nie ma. Przypadkiem udało się Pani trafić w sedno. Zagubienie. Oczywiście, że tak. Wtórność. Ale wtórność wobec czego? Czy widzi Pan tutaj powtarzanie jakichś motywów? Proszę o cytaty. Proszę mi wskazać, od kogo czerpałem nieświadomie. Byłaby to cenna uwaga.
Rozumiem, że Pan nic w tym nie widzi. Przyrównuje Pan moje pisanie do pisania dwunastolatka. Naprawdę robił Pan to w podobny sposób? W takim razie gratuluję znajomości wielu języków obcych na tak wczesnym etapie rozwoju. Ale to na marginesie.
Wniosek jest taki, że nadal czytam opinie: nie, bo nie. Czytam wszędzie słowa-klucze: banał, wtórność, dobre, niedobre, do kitu, prymitywne itd.
Nie. Ja mogę zaakceptować, że może być nie do końca zręczne, nie do końca przemyślane. Ale nie zgodzę się, że jest płytkie, bez sensu, prymitywne itd. Bo wiem, że takie nie jest. Bo też parę rzeczy w życiu przeczytałem.
Pan nie jest sam. Fajnie. Ja jestem.
Pozdrawiam
Opublikowano

A czytaliście Manifest Komunistyczny. Dobro narodu
dobrem jednostki. Panowie - przykład brać , ojczyznę
ratować przed wypasionym kapitalistą, a nie Raj na
ziemi obiecywać. Potępiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Masz na myśli zapewne Manifest PKWN. W takim razie zapewne również wiesz, że z komunizmem miał dość luźny związek. Komunizm jest ideologią internacjonalistyczną — zwalcza pojęcie ojczyzny. Ale to nie ten temat. I nie wiem, jaki związek ma ten wpis z tematem. Pewnie to miał być żart.
Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Łatwo jest stwierdzić, że coś jest prymitywne. Nie chodzi o to, czy się podoba. Rzecz gustu. Pański komentarz mnie nie zaskoczył.
Pozdrawiam


Jakiego tak naprawdę odzewu Pan się spodziewał ? Chodzi o to, owszem chodzi, czy się podoba poziom lingwinizmów. Gdzie leżą podstawy z których miałby się entuzjazm narodzić ?

Prymitywne te lingwinizmy, to nie rzecz gustu, tylko świadomości. Jak się Pan kiedyś rozwinie, to Pan to zrozumie.

Niech sobie przeczyta ten wiersz i porówny do tych lingwinizmów które Pan nazywa nieprymitywnymi

http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=10780

Widzi Pan różnice i rozumie czy dalej nie ?

Jak Pan kiedyś napisze coś dobrego to z chęcią to pochwale,


Pozdrawiam serdecznie
Opublikowano

"wstrząchamu patrochą
trupta - kobierne wesechły kruszki
aszcz postruć jakbymu
pokropnie zdeszczyło rośkiłki"

Fragment wiersza "'komu skfiatą, e mu sbatą". Autor: F(R)iend

tina tina tina
światło czach kobiet

to mój

kap
kap kap
kap kap kap
onomato i jeszcze coś

i dalej:

proces-ja przed sąd
p o s t ateczny

to mój

zapal misie
mi się
zapal mysie
my się
za pal za żal
zażalenie
nie urocze
zaurocze
nie

to też

Nie twierdzę, że to są jakieś arcydzieła. Wybrałem pierwsze z brzegu. Oczywiście, może Pan napisać, że to nie to samo, że inaczej itd. Nie będę protestował.
Proszę mi nie sugerować, że porównuję Pana pisanie do tego, co pisze dwunastolatek. Byłem w tym szczęśliwym położeniu, że moi rodzice (szczególnie matka) bardzo lubili tworzyć absurdalne akrobacje słowne, więc siłą rozpędu próbowałem robić to samo. Wykorzystanie języków obcych? Fakt, że angielski byl poza moim zasięgiem (takie czasy - rok 1981), ale były jeszcze języki naszych wielkich przyjaciół ze wschodu i z zachodu. Może Pan mi powie ile trzeba znać języków, aby zyskać uznanie w Pańskich oczach, jeżeli mówi Pan, że warunkiem dobrej zabawy i używania mózgu jest znajomość przynajmniej kilku?
Ale po co ja się tłumaczę? W końcu nie ja napisałem ten mani fest.
Może jeszcze wytłumaczę dlaczego mani fest źle się kojarzy. Otóż kiedyś krążył po szkołach taki żarcik:
Dzieci miały w domu napisać zdanie z wyrazem "manifest" i następnego dnia zaprezentować w klasie. Oczywiście jeden z uczniów, wbrew całej klasie piszącej o Manifeście PKWN, wysmarował taki tekst: W naszej klasie wszystkim dzieciom lekko odbija palma, a Mani - fest!

Właśnie dlatego.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Źle Pan rozumie. Pan cały czas nadinterpretuje moje wypowiedzi. To samo wczoraj zrobiła inna znana nam obu osoba, ale to już inna bajka.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dyskusja z Panem ma to do siebie, że Pan zawsze od wszystkich wie lepiej. W związku z tym proszę, aby łaskawie nie wpisywał się Pan pod tematami, które ewentualnie być może kiedyś założę, póki nie rozwinie się Pan na tyle, aby przyswoić sobie elementarne zasady dobrego wychowania. Każda bezczelność powinna mieć swoje granice.
Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dyskusja z Panem ma to do siebie, że Pan zawsze od wszystkich wie lepiej. W związku z tym proszę, aby łaskawie nie wpisywał się Pan pod tematami, które ewentualnie być może kiedyś założę, póki nie rozwinie się Pan na tyle, aby przyswoić sobie elementarne zasady dobrego wychowania. Każda bezczelność powinna mieć swoje granice.
Pozdrawiam


Pan mi zarzuca brak argumentacji, ja Panu przykład podaje na własnym wierszu, a to ma być odpowiedź ?

Pan nie ma co odpowiedzieć to zarzuca mi beszczelność. To jest arogancja i brak wychowania.

Pan powinnien się najpierw nauczyć pisać zwykłe wiersze, a dopiero potem zaczynać z lingwinistyką. Takie kiepskie manifesty pisane przez beztalencia są po prostu nie na miejscu i nie smaczne.

Jak ktoś nie ma dystansu do swojej poezji, nie jest owarty na krytykę i za wszelką cene broni swoich dzieci to zasługuje na potępienie. Pan udowadnia że Pan się do takich osób zalicza.

Dopiszę się z tym większą chęcią do Pańskich tematu jeśli sobie na to zasłużą.

*

Ach, przypomniały mi się właśnie wiersze o Papieżu, też każdy wciskał swoje knoty i się zapierał, pienił obrażał tych którzy wyrażali o nich opinię. Ten sam poziom dobrego smaku.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



„Świat stoi przed nami potworem” też. Oczywiście. Nie twierdzę, że zabawa słowem to odkrycie Ameryki. Co do „dwunastolatkowania” — tak jak Pan to poprzednio napisał, tak to zabrzmiało, jakby Pan porównywał. Być może nadinterpretuję. Nie chodzi o uznanie w moich oczach. Nie jest warunkiem znajomość kilku języków, ale ja lubię się kilkoma bawić. I po co ta ironia? Różnica i to znacząca polega na tym, że w sławetnym 1981 roku to ja się urodziłem. I mnie się pojęcie manifestu tak nie kojarzy. Chociaż i tak zdążyłem wyrecytować wierszyk z okazji rocznicy rewolucji październikowej.
Cały czas odnoszę wrażenie, że traktuje mnie Pan jak bezczelnego gówniarza, któremu się wydaje, że jest nie wiadomo kim. Jest Pan w błędzie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, kim nie jestem. Dotychczasowe życie nauczyło mnie jednak tego, by mieć tupet. Bo to pozwala przynajmniej czegoś spróbować. Mam wystarczająco dużo pokory wewnątrz, natomiast przesadne pokazywanie jej na zewnątrz niczemu nie służy, chyba że satysfakcji osób trzecich. Gdybym sądził, że to co napisałem to przełom, albo coś w tym rodzaju, to nie publikowałbym tego na forum poetyckim, tylko w mediach poważnych. Taka moja natura, że jak mnie ktoś rozstawia po kątach, to mnie cholera bierze. Z czystej przekory.
Ale cieszy mnie bardzo to, że z tego tekstu wynikła dyskusja.
Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...