Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

                     - dla Belli i dla A.

 

   - Idziemy zatem do domu arcykapłana - Jezus oświadczył. Nie oznajmił.

   Soa spojrzała na Olega, Oleg spojrzał na Soę. Oczywistym jest, że spojrzenia różniły się treściowo. 

   - Cóż... - powiedziała powoli ta pierwsza. - Podjęłam decyzję. Jeśli Ty, Mistrzu, uważasz ten krok za bezpieczny... - głos zawisł w przestrzeni pomiędzy nimi.

   - A czy potrzebuję to udowadnianiać ? - Mistrz Nad Mistrzami odparł pytaniem. - Masz przecież pełną świadomość, kto jest twoim Mistrzem. Nadto, twój mąż opowiedział ci pewną historię. Przedstawiając niedawne wydarzenia... - teraz Jezus zawiesił głos. I reagując w żaden sposób na fakt, że Soa bynajmniej odruchowo popatrzyła na Zuzannę. Która jednak zachowywała cały czas spokój w obliczu, a na spojrzenie odpowiedziała szerokim, naturalnym uśmiechem. 

   - Skoro mój mąż, a twój Mistrz, zapewnił cię o bezpieczeństwie... - przesłała celowo otwartą myśl bezpośrednio do umysłu spoglądającej.  

   - Najwyraźniej pozostaje mi przestać się wahać - Soa w pełni zgodziła się dopiero teraz.

   - Spójrz tylko, ukochana, co ja mam z takim padawanem... - Jezus uczynił gest, naśladujący rezygnację. - Ech... 

   - Myślę, że właściwym będzie wreszcie wyruszyć  w drogę - Jezusożona poddała pomysł.

 

                    *     *     *

 

   - Straże! - chciał zawołać Kajfasz na widok osób, pojawiających cicho jak duchy i jak one aspodziewanie w pokoju jego domu, w którym akurat się znajdował. Słowa jednak nie przybrały postaci dźwięków, pozostając w zamiarosferze. Postacie materializowały się jedna za drugą, wzmagając - ba, potęgując! - jego przerażenie. Które wzrosło do wręcz śmiertelnego poziomu, gdy po wyglądających co prawda pozornie agroźnie Soi i Olegowi pojawiła się Zuzanna z wcale groźną - by nie rzec mściwą - miną. A w chwilę po niej Jezus. Z wyrazem twarzy, której spokój uniósł arcykapłanowi na głowie wszystkie siwe włosy. Bowiem był to spokój świadczący o najdalej idącym zdecydowaniu. O podjętej decyzji, której nie byłyby w stanie odmienić wszystkie - nawet razem wzięte - moce Nieba i Ziemi. Nawet wtedy, gdyby przyszła im z pomocą cała Otchłań.

   - Wiem, że mnie pamiętasz - przemówił PonadWieczny do zastygłego w strachu Kajfasza. - Wiem też, że wiesz w jakim celu przybywam. Masz tę myśl dokładnie tu - arcykapłan poczuł, jak palec Jezusa wnika przez kość czaszki do jego umysłu. Równie przerażonego, jak reszta ciała - włącznie z sercem. Równie przerażonym jak własna dusza, która Kajfasz pierwszy raz w życiu poczuł w sobie naprawdę. 

   - Boję się... - był absolutnie pewien, że usłyszał jej szept.

   - Boję się... - poczuł uczuciodźwięk, płynący z serca.

   Bał się do tego stopnia, że nie był w stanie wykrzesać w sobie nawet odrobiny złości, która w wielu poprzednich sytuacjach - w tym tej, której wspomnienie dziwnym trafem opanowało całą jego pamięć właśnie teraz - "służyła" mu całkiem dobrze. Jak mniemał jeszcze moment temu.

   - Tak - powiedział Jezus tonem, który w przerażonych arcykapłańskich uszach zabrzmiał tak, jak miał zabrzmieć. - To, o czym myślisz tu - Jego palec  dotknął komórek Kajfaszomózgu - jest powodem naszej wizyty. Ta, której tak się boisz - wyciągnięcie palca było równie bolesne, jak jego wniknięcie - już tu jest. Czeka na oddzielenie twojej duszy od ciała, aby zabrać tę pierwszą tam - tu Jezusopalec zwrócił się w stronę desek podłogi, które natychmiast zniknęły, a otwartej bezpośrednio po tym czeluści dobiegły Kajfasza potępieńcze wycia, bolesne ryki i odgłosy, z których ostatnie, zdaniem jego przerażonych zmysłów, na pewno nie pochodziły od istot o ludzkim charakterze. Wycia, ryki i odgłosy, pomieszane z cuchnącym dymem, dobywającym się z otworu. To, że arcykapłan bał się spojrzeć we wskazaną przez Jezusa stronę, było oczywiste jak jego strach. Jak ów porażający go, dojmująco od stóp do głowy. 

   - Taak - dobrze czynisz, nie chcąc na nią spojrzeć - Jezus uśmiechnął się do Śmierci, co spotkało się z natychmiastowym odzewem. - Co jednak nie zmienia faktu, że zaraz ją poczujesz. Nieprzyjemne, prawda? - zapytał retorycznie, doskonale wiedząc, co arcykapłan czuje. - I to bardzo. Ale cóż, zasłużyłeś sobie.

   - Taaak* - trzecie, dopełniające potwierdzenie zabrzmiało głośniej i silniej od drugiego, rozchodząc się po całym ciele i po całej duszy Kajfasza. Podczas gdy pierwsze - słabsze od drugiego - zapanowało tylko nad słuchem, podczas gdy drugie objęło we władanie cały jego umysł. 

   - Kajfaszu, jest dokładnie tak, jak podpowiada ci ostatnia w tym wcieleniu myśl - powiedziała Zuzanna, popatrzywszy na Śmierć, która oczywiście zrozumiała spojrzenie. - Mój mąż przyszedł wyrównać rachunki. Bo jak ty Jezusowi, tak On tobie. 

   Arcykapłan ledwie zdążył pojąć wypowiedziane przez Zuzannę słowa, nim Śmierć, uczyniwszy krok naprzód, popchnęła go obiema dłońmi.  Jezus błyskawicznym ruchem przytrzymał wpadające w przepaść ciało, podczas gdy uwolniona zeń dusza poszybowała, ciężka negatywną energią, prosto w otchłań Szeolu.

 

   * Potrójne "tak" stanowi nawiązanie do rozmowy Śmierci z Williamem Parisem w filmie "Joe Black" (1998). 

Cdn.

 

   Voorhout, 20. Listopada 2023

Edytowane przez Corleone 11
Dodanie przypisu (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...