Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przesyt, paradoksalnie rodzi niedosyt, a właściwie pragnienie odmiany.
Czemu by nie spróbować przetartych szlaków i podróżując śladami powszechnej wędrówki posmakować uznanych, acz nieco pospolitych potraw. Może płynąc weneckim kanałem, przy dźwiękach serenady, choć pachnie to banałem, może dam się porwać miastu...miłości.

WENECKIE TIRAMISU
i Cichetti e l’ombra

Miasto miłości, westchnień i wzruszeń. Tu zadrżą zmysły, poruszone bajkową niepowtarzalną atmosferą. Wenecja jest równie pyszna jak jej specjał –przekładaniec biszkopcików kremową pianką. Masa pyszności: żwawo połączone żółtka z cukrem, zmieszane z jedwabistym serkiem mascarpone, oblane migdałowym likierem amaretto i połączone z -dodającej lekkości -pianą z białek. W tej kremowej słodkości odnajdujemy puszyste biszkopciki (nasączone aromatyczną kawą, przełamującą słodycz całości) obficie obsypane pudrową goryczą ciemnego kakao.
To -tiramisu, co oznacza rozwesel i poderwij mnie. Yyyyymmmmmmm! Brzmi zachęcająco, nieprawdaż?
Wciąga, urzeka, czaruje, by zniewolić na zawsze doznaniem radosnego...poderwania.
Ale tu, zniewala nie tylko smak, również zapachy, dźwięki, a przede wszystkim widoki.
Na każdym kroku zaskakują architektoniczne cacuszka, wciągają tajemnicze wąskie uliczki, zachwycają malownicze zaułki, zatykają dech w piersiach powalające place, uskrzydlają widokiem bogactwa i przepychu, katedry.
Marmury, błysk, blask złocenia, arkady, więc i...odrobina cienia.
Cichetti e l’ombra –stare weneckie powiedzenie i zwyczaj. Odrobina czegoś do przekąszenia i kieliszek wina, pijanego dawniej przez gondolierów, chowających się w cieniu przed skwarem południowego słońca. Do dziś wszędzie pełno sączących winko wenecjan
i przybyłych gości, bez sprzeciwu poddających się tej tradycyjnej praktyce.
Poddałam się i ja, delektuję się winnym smakiem, chłonąc tę atmosferę, w tle bliskie serca rytmu dźwięki muzyki Vivaldiego, bicie dzwonów i kojąco usypiający plusk wody.
Właśnie –wody. Jej zapach mieszający się z rozmaitymi aromatami trunków i pyszności, upaja, lecz również dziwnie kręci w nosie. To smrodek łuszczących się od wilgoci tynków, butwiejącego drewna i gnijących odpadów i kanałów.
Woń upływu czasu.
Niepokojąca i drażniąca, w tak uroczym miejscu, tak oryginalnym i autentycznym. Chociaż (?) pootwierane nocą okna, z ciężkimi drapowanymi zasłonami rozświetlone szkłem weneckich żyrandoli, wyglądają jak teatralne sceny. Znienacka, z wąskiej uliczki wyłania się korowód przebierańców.
Wciągnięta w maskową zabawę beztrosko pląsam, a wirujące maski migają przed oczyma. Ktoś trzyma dwie maski, ciągle zmieniając swe oblicze, jakaś panna, przebrana za księżniczkę przyciąga uwagę dwóch młodych biedaków, inna w płaszczu z migoczącego jedwabiu jest czarodziejką z magiczną różdżką, widzę też panią przebraną za kurtyzanę, która odkrytymi wdziękami śmiało uwodzi grupkę młodzików. Jednak większość gości przyszła w parach, niektóre doskonale dobrane. Bal trwa, muzyka gra, a złociste muskato się leje. Właśnie. Muszę oddalić się, by...sprawdzić, czy maska dobrze leży. W zaciszu odległej toalety, napotykam radosnego klowna, a właściwie płaczącą dziewczynę w kolorowym przebraniu, trzymającą roześmianą maskę. Uciekła spłoszona, więc nie mogłam jej pocieszyć i nawet nie wiem, co się stało. Właściwie, nie wiem nic o współbiesiadnikach. Kim są, skąd pochodzą, jak i dlaczego tu się wybrali. Nie wiem nic. Kim sama jestem? Dokąd zmierzam? Czego JA oczekuję? Nagle poczułam niepokojący skurcz. To żołądek się buntuje, a głośna muzyka, wirujące pary i jaskrawo migające stroje, potęgują nieprzyjemny odruch.
Lecz, by iść dalej, najpierw musze dojść do siebie.
Niekiedy, cofanie jest jedynym sposobem na dojście do siebie, to niezwykle skuteczna terapia.
Zmęczona i wypluta po prostu odpływam.

KRAKÓW, miejsce magiczne, tu się urodziłam, tu pierwszy raz poczułam ten żar.
Głodem pędzona i mroźnego wiatru powiewem, a może pragnieniem...pogrążenia się w mroczne krakowskie piwnice, trafiłam -celnie- do krwi i róży.
Tu, klimat znacznie cieplejszy, nawet gorący. Mój klimat i moje miejsce.
Schodzę głębiej, do piwnicy. Tajemniczo, mrocznie i intrygująco. Stukotem obcasów ściągam spojrzenia, które ciągną się od szpilek poprzez krągłości ściśnięte w obcisłości, po włosów czarną bujność. Uwielbiam te ciągnięcie.
Siadam w odległym narożniku, co daje możliwość obserwowania biesiadników, chociaż wolę raczej być obiektem niż obserwatorem. Jęk krzesła znowu ściąga spojrzenia. Jak w zwolnionym tempie zakładam nogę na nogę, dokładnie ukazuje się koronkowe wykończenie pończoszki. Tym razem łapię jedno spojrzenie, którego właściciel staje się moim właścicielem. Wyraźne iskrzenie przerywa nadejście kelnera. Zwykle pijam strong’a, //Strong –doznanie doskonałej mieszanki goryczy osłodzonej miodowym posmaczkiem// jednak teraz czuję, że substytut nie będzie potrzebny.
Charakter, oryginalność wnętrza i sama nazwa, podpowiadają: k r e w, więc półwytrawne czerwone wino. Dźwięki gregoriańskich chórów przywodzą na myśl średniowieczny klimat, krew, róża, chłosta, rozdzierające skórę ciernie, pokrywają rosą krwistych kropli. A krople płynącego wosku, zastygając wstrzymują czas, r o z c i ą g a j ą g o w n i e m o ż l i w i e d ł u g ą c h w i l ę bolesnej rozkoszy.
Jak na smyczy wiedziona, wstaję i powolnym krokiem idę w stronę łazienki. Już na mnie czeka.
Nie mówiąc nic, zdejmuje mi majtki, wciska w usta, obraca mnie tyłem; słyszę dźwięki pospiesznie rozpinanej klamry paska, rozporka i przyśpieszonych oddechów, bo i JA jestem rozpalona. Jestem jego, wiedzieliśmy o tym jeszcze duużo wcześniej -czując ten dziwny niepokój i tęsknotę. Stęsknieni, głodni i spragnieni...
Wbija się we mnie, chwyta za włosyYYYY, ujeżdża... Hmm, pominę tę fragment
/.../Ach! Pragnę zatrzymać go, wciągnąć do środka. Zaciskam mięśnie. On, czuje to, wciska się jeszcze głębiej.
CORAZ MOCNIEJ
CORAZ GŁĘBIEJ
CORAZ SZYBCIEJ
Nasze oddechy stają się jednością. Płynnie, rytmicznie, na jednej fali, fali boskiego zjednoczenia.
Czy można być jeszcze bliżej?
W końcu chwyta za szyję, dusi
Poddaję się, mogę nawet umrzeć
Umrę...z rozkoszy
Poczucia całkowitej jedności. Panuje nade mną, wszak jest moim panem. Boskość.
Kult życia, na granicy śmierci.
Duszę się

Klękam. Nie, właściwie –padam na kolana. Zmęczona, ale ciągle podniecona.
Zaczynam delikatnie wodzić jezykiem po pachnącym, gorącym i.../cenzura/
...oblizuję dokładnie wnętrze dłoni, między palcami, każdy z osobna i wierzch dłoni. Sięgam raz jeszcze, teraz on chwyta ją w nadgarstku i wylizuje, ssie i kąsa.
W końcu, przyciąga mnie i składa pocałunek, tak zmysłowy, tak delikatny, nieziemsko słodki, równoważący całą sól wylanych przed chwilą łez. Patrzymy sobie w oczy i wiemy, że spotkamy się wkrótce. By znowu doświadczyć mistycznego zaspokojenia zmysłów i duszy, całkowitego oddania i posiadania. Nagle, ktoś puka. Głośne i szybkie stukanie do drzwi.
i...budzę się

Budzę się w małym miasteczku
Małe miasteczka są urocze, na każdym kroku jakiś urok i ten mikroklimat. Nie –sielski, choć mieszkańcy pola uprawiają, wsi nie lubią. Małe sprawki, małych ludzi, układziki i chodniczki drobne cwaniaczki, małe uliczki. Małe pałacyki i zameczki, a w nich małe łazieneczki, a tam małe LUSTERECZKA

Jestem sama, stoję na zimnej posadzce, lubię łazienkową samotność. Rano, sny mieszają się z rzeczywistością, jeśli w ogóle można je oddzielać. Myśli kłębią się natrętnie i bezładnie.
Patrząc w lustrzane odbicie widzę odwrócony obraz rzeczywistości, z bliska, nie widzę całości, z daleka -niewyraźnie. Zresztą niedowidzę.
Kim jestem? Niewątpliwie jestem przedstawicielką płci żeńskiej, kobietką. Pragnę i uwielbiam kultywować...życie. Niekiedy bezmyślnie zgodnie z nurtem, a czasem pod prąd.
Przyznać się muszę- że jako kobietka, często trzepoczę rzęsami (...)

Co kryje się pod? Wartą nie jestem, raczej stawem, co łączy pneumatyczne z -wyrobienia- głębią. A może pod rzęsy kożuchem –płycizny, a pneumatycznymi są anielskie skrzydła?
Lepiej nie zgadywać, a poznawać, bo to najlepszy sposób na zrozumienie, ono, szerszą perspektywę dając wyklucza negatywnych skutków dotyk.

Dlaczego tak łatwo i chętnie ‘zgadujemy” innych, a sami nie potrafimy powiedzieć kim jesteśmy?
Patrząc w lustrzane odbicie widzimy odwrócony obraz rzeczywistości, z bliska, nie ujrzymy całości, z daleka -niewyraźnie. Zwłaszcza, po pewnych zabiegach, niekoniecznie kosmetycznych, acz również przeprowadzanych w celach poprawy naszego wizerunku.
Na co dzień wszyscy stosujemy przecież ekstra eks-presowe maseczki -zakładane pod presją uwarunkowań dodanych z dawien dawna, lub super-expresowe maski „pod oczy” –w zależności czyje oko nas obserwuje, w oka mgnieniu zmieniane.
Sama zaś zmiana, jest naturalną istotą wszechrzeczy, bo wszystko podlega wpływowi upływu czasu, nic nie trwa ciągle w stanie, w jakim się właśnie znajduje.
Wszyscy jesteśmy Zmiennymi X.
Jesteśmy skarbnicą wszystkiego, pełną przeciwieństw pełnią, ani dobrem, ani złem /zaprzeczam dualistycznej teorii/ gdyż wszelkie ekstremalne postawy, są takimi, tylko do czasu.
„Pewien guru z Indii twierdzi, że kiedy przychodzi prostytutka, mówi wyłącznie o Bogu. A zawsze, kiedy odwiedza go ksiądz, mówi jedynie o seksie.” („Przebudzenie” Anthony de Mello)
Jeśli już o ekstremach mowa, to właśnie takowe warunki są doskonałym sposobem do odkrycia naszego prawdziwego oblicza. Lustracja autoportretowa. Nie w zaciszu domowego ogniska, a o chłodzie i głodzie w ciemnych dolinach i na życiowych zakrętach, oraz wyżynach w blasku i splendorze. Jeśli jednak, brak wyobraźni, czy zawodna pamięć nie pozwala odnaleźć nas w takich ekstremach, najlepiej pogrążyć się w naszych marzeniach, pragnieniach, żądaniach wobec życia i...pożądaniu. Bo nie -słowa i czyny są istotne, lecz intencje, a one korzenie swe mają właśnie w pożądaniu. Jeśli uda nam się dotrzeć do naszych prawdziwych pragnień, ze świadomością że inni też je mają, uzmysłowimy sobie, iż ważniejsza jest auto-lust/racja, a lustracyjna ocena innych, tzw. uchwycenie prawdy jest po prostu niemożliwe.
Nawet prawda jest tylko subiektywnym odbiorem postrzeganego zaledwie fragmentu sprawy, której detale-oceniane jako fakty -są echem domina -zwanego historią. Historią zmiennej X.

Pod uwagę należy również brać, że istnieje jeszcze druga strona (...)



/lust- ang., pragnienie, pożądanie, żądza/

Opublikowano

to się nazywa wysublimowany przewodnik dla roztargnionego turysty - hihihi taka moja mała sugestia.

słownictwo emocjonalne , nawet bogate - hihhihi
więc pół na pół

a potem..... wartoyło by reszte dopracować....
proponuje zmienić, dla mnie to jakiś zlepek niezrozumiałych słów
i dalej również coś zgrzyta, pomyśl, to twój tekst. lecz to tylko moje zdanie.
pozdrawiam

Opublikowano

panna chichotka, zaskakująca Twa reakcja Aksjo
iiii jaśniej proszę
który zlepek /czasem trudno uczesać myśli/
co zmienić? /i po co i tak ciągle wszystko się zmienia, może, gdy Przeczytasz raz jeszcze Odkryjesz jakiś ład/
co zgrzyta? /prócz krzesła/
skąd ten chichot?

Opublikowano

Cieszę się, ze zmiany tytułu:-)))
Teraz trochę uwag:
acz nieco pospolitych straw - straw brzmi jak rozkaz; pospolita strawa, kogo?czego? pospolitej strawy. Liczby mnogiej chyba nia ma, lub jest wyjątkowo rzadko używana. Może być POTRAW.
przy dźwiękach serenady- koniecznie serenadę zmień na barkarolę (bez przymiotnika)
żwawo połączone żółtka z cukrem- żwawo, to znaczy jak?
białkową -dodającej lekkości -pianą- białkowa, toraczej dieta (wysoko-, lub nisko) piana jest z białek
kanałów, wody wszędzie płynącej;- nie wie dlaczego wstawiłas średnik, poza tym woda w Wenecji raczej stoi- wogóle to zdanie jest trochę koślawe
w tak uroczym miejscu. Tak oryginalnym i autentycznym- drugie zdanie połaczyłbym z pierwszym
jeszcze katedrę zmieniłbym na bazylikę
migają przed oczami- a co sądzisz o słowie oczyma?
większość gości przyszła z towarzyszem w parze, niektóre doskonale dobrane- w towarzystiwe, albo parami- nie wiem, ale też przydałoby się nad tym popracować
współbiesiadnikach- w tym fragmencienie wspomniałaś o biesiadowaniu
skąd pochodzą, jak i dlaczego tu się wybrali- no nie udawaj! wybrali się na karnawał
Tyle uwag odnośnie weneckiego gastrostopu.
Zauważyłem, że ludzie który widzieli Wenecję dzielą się na dwie grupy: dla jednych jest jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie, dla innych po prostu obrzydliwa. Oboje należymy chyba do tej pierwszej. Pozwolę sobie dołączyć wierszyk, który napisałem, po pierwszym swoim pobycie w tym mieście.
SERENISSIMA
Z dawna zbierają się czarne chmury
nad miastem. Wilgoć wciąż zżera mury.
W kwaśnych opadach niszczeją stiuki.
Miliony butów wyciera bruki.
Jak długo jeszcze wszystko wytrzyma
Wenecja- Serenissima?
Czy ja was jeszcze kiedyś zobaczę
domy, kościoły, ulice place
cudowne mosty, pałace stare,
z Piazza San Marco gołębie szare?
Modlę się za nią. Niechaj się trzyma.
Wenecjo, trwaj carissima!
Przepraszam za przynudzanie. Na temat Krakowa wypowiem się po przerwie na reklamy.

Opublikowano

dzięki mistrzu
naniosłam już poprawki, choć nie wszystkie sugestie mogłam wcielic w życie, jak i w życiu, nie ulegam presji i nie zawsze zakładam odpowiednią maskę. Szczególnie w miłości staram się być sobą i dać się poznać, choć najpierw sama musiałam dojść do mych pragnień, dojść do siebie.

Ciekawe, że Opisana przez Ciebie Wenecja, wygląda tak samo jak namalowana przeze mnie /zachmurzona, szara, z zielonkawym odcieniem, bez blasku, jednak wciąż piękna/

Opublikowano

Druga częśc, pochodzi jakby z innej bajki. Niewiele tu o konsumpcji (poza Strongiem w stringach, a potem też? stronga, ale bez strigów.
Własciwie bezbłędne poza apostrofem zamiast cudzysłowu, no i twoje nieszczęsne slashe(wpiszę ci kilka backslashy, abe zredukować tamte \\\\\\\\)
Całość podoba mi się. Czekam na następne smakowitości.

Opublikowano

ładne przyłożenie, myślę o tych ukośnikach tylnych, dla zrównoważenia...no, to lllubię!

Bajka, ciągle ta sama, bo jak powiedział Z. Freud "Sny są królewską drogą do naszej podświadomości", czyli wciąż w temacie poszukiwań z.e. biorąc, pod uwagę RESTauRACJĘ i oblizywanie paluszków /sprawdź w tekście, coś jeszcze wkleiłam/


do miłego smakowania

Opublikowano

witaj! hihot wynikał z tego, iż obrazki emocjonalne odbieram emocjonalnie.intuicyjnie czułam ze tekst nadaje sie do małej korekty ktorą uczyniłaś kierując się konstruktywnymi wskazówkami tych, którzy b. dobrze władają piórem. jeśli uraziłam przepraszam tekst p przyjemnością jeszcze raz przeczytałam
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krakoski givre m'enchante ─── „Ah ! Comme la neige m'a délaissé, Lavé mon cœur de sa pluie... Parmi les jours engivrés, Je m'enivre de mon ennui... Je m'engivre de mon destin..." [Hors d'] Nad moim półmiastem niebo mrozem zamarło, Jak ta na szybie łza, Nad moim niekrajem śnieg śnieży tak, Że świata okno mgłą szron skrył, jak moje ciało, Jak szybę życia, w mrozu ogród spopielił w białość... [Res medium] Nad moim niemiastem niebo tętni niczym czerwca odpust. Niebo delikatne jak najnowszy nów, A o zachodzie rzeka szara hymn śpiewa w słońca blues – Tam śpiewa „Alleluja” even bruk. A ja chwytam je szczytem serca… Szukaj spokoju tam, gdzie są ci ofiarowani: Ten czerwiec, Miłosz, Mrożek, Lem, i… To niebo ołowiane… Ono ci Ojcem, a synem samotrzecim – ty… O, niemiasto me! Sponiewierałem cię w rozterce... Jest tam na zachodzie – żelaznych ptaków port, Na północy – łuna Kombinatu Toksycznych Zórz. Na południu – aluminium płonący kort, Na wschodzie – matecznik, puszcza puszcz, A pod stopami, zwiędłycu map gorszy sort... A tu – północnych zorzy łuna łun, Tu – zachodniego wiatru arktyczny szkwał, O wschodzie, rzeki rzek szał – Na południu – jezior, jezior, jezior szum, A ponad mną ptaków powrotny klucz… Szukam podniety tu, gdzie śnią niemożliwy sen: Wciąż luty, Atwood, Cohen i Arcand… Śnieg, śnieg, w śniegu świat, po świata kres… Ona dobrą macochą mi, ma compagnonne, ma femme, Ta ćwierćojczyzna ma.   Ô mal adresse! Grzeszysz absencją co dzień, (Ja, je manque à l'appel)…, Tu, w inazylu mym, w abstraktu zastygły chłód: Fale, co w stalaktyty roztrzaskują się o Saint Laurent, Niebo ponuro zwisłe (comme chez Arcand), Tu, w nienowym Brest, słońca blask krwawy jak Cronenberg, Jak fleuve, co rozbija się o brzegu głód, Jak nadzieje na Saint-Jean, co rozbijają się o świtu brzeg… „Znajdziesz w końcu ujście”, szeleści mego serca prąd… "Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że n i e j e s t e m s t ą d.” Tam, w Laskach mych, lawą tryska żar: Wisły fal, co w czerwca skwar lgną do Ojcowskich skał, Nieba płonącego jak tańczący w Czar Par, Słońca, co zacina się jak album Lady Pank, Jak anioł stróż o Pod Aniołem budy bar, Jak Smok, co od wieków nie przestaje ziać, Jak ci, co pod Adasiem zimnym wzrokiem będą wciąż z bukiecikiem stać… [Ars carnae] "Nigdy nie znajdziesz spokoju”, mówi Pismo. A Słowo odpowie: „Nic się już nie zmieni”, Więc wybacz swym demonom, że im coś nie wyszło, Że twoje przywary są z tej tu ziemi, Że Omnia Tua – to duszy letniość, Bo dzwon Zygmunta zagrzmi w te tony: „Chwileczkę, proszę, będzie pochwalony… Nie wiś u diabła rękawa wciąż, dbaj o duszy higienę, Ta historia z szewczykiem poszła… w zapomnienie"... Masz tu port-aero na Zachodzie (na życia uciechy), Na Wschodzie – kołyskę (choć wątpliwego…), Na Północy – mumię tego (wiecznie żywego), Na Południu – góry z góry (to za grzechy…)! I choć niebo skwarne to jak u Chełmońskiego, W Mieście Krakuff wszystko jest tak niezmienne, Jak fale opływające Most Piłsudskiego… „Wszędzie znajdziesz jakąś miłość, niby ukojenie” – Tak szepce wzruszeniem nad sztuk sztuką Ułamek-Ławica, „Wracaj do źródeł”, krzyczy rozumu Labrador… "Jesteś, skąd jesteś, nie ma dla ciebie miejsca na tej zmieni;” I arktycznym prądem przeszywa cię jak matador Świadomość ta, dotąd skryta w dni cieniu: "N i e j e s t e m s t ą d.” - Kerouac z Księżyca. Tu, w szpitalnego korytarza półmrok wpadł lodowaty Iqualuut wwiew: Fali Saint Laurent, co w grudniową noc lasi się do bazaltów Ex Machina, Nieba zamarłego jak więźniarki w Unité 9, Słońca, co jest puste jak poczta głosowa Dédé Fortin'a, Jak bar przy boulevard Hamel, gdzie diabeł się sam upija, Jak wieloryby w Tadoussac, którym w płetwach zaparło śpiew, Jak Sacrilège'u ostatni zew… [Ars carnae] "Wciąż tylko wiatru niepełny niepokój”, mówi człowiek. A świat odpowiada: „Za późno”, Więc nie daj diabłu zapomnieć, że zrobił za dobrą robotę, Że twoje przedmioty stoją po złej oceanu stronie, Że your słowiańska krew – tutaj żebrze na próżno, A Notre Dame des Âmes Perdus ten tekst wydzwoni: „Proszę nie czekać, ten kraj jest zastrzeżony… Uprasza się nie wydzwaniać po Anioła Stróża, Ten numer z Winnetou się zajął, jak w lesie róża." Mam tu autoport na Zachodzie (po przebiegu), Na Wschodzie – Atlantyk (ten od Atlantydy…), Na Północy – las les Laurentides (wiecznie w śniegu), Na Południu – Stany (zastane w dyby)… I choć niebo tu twarde tel un Riopelle, W Citadelle wszystko wciąż płynie w kierunku, Jak fale, co Pierre Laporte wzięły na cel, Jak niestała stal Pont de Québec (ciągle w obstalunku)... „Niby znajdziesz miłostkę, pół-upojenie tu” – Tak dyszy pełną piersią chóru z Baru Fou ostatnie westchnienie… „Wracaj do źródeł”, wonieje morału swąd… "Gdziekolwiek byle nie tu, w każdym innym kącie ziemi, nie kryję, że nie mam do ciebie przekonania, nie rozumiesz, w y m i s t ą d!" [Pièce de résistance] „Religia to pokój Boży” – głosi Księga… chyba na Początek, Lecz czasopismo prawdę powie ci: „Nic się nie zmieni, Bo twoje pragnienia i cały tlen na ziemi, Wszystko, co nosisz – nie jest warte twej kieszeni”… A co ze spokojem? Pytia spokojnie odpowie… I ma rację ona, nie Kasandra: Czy tu czy tam, będziesz tracił zdrowie, To po co ci za każdym razem stłuczona filiżanka? Szukaj więc miejsca, gdzie uwierzysz chyba, Że ten luty to nie twoja Kasandra, Lecz wiecznie ci obiecywana Aleksandria, A tamten czerwiec – nie liczy się w rejestr, jak Atlantyda... Choć niebo i tu, i tam, i u Ubu, Jest jak diament ogniste, twarde niczym płomień, A o zachodzie, Popiół-Dni cię wita: „Zapraszamy do klubu!”, A zaschły atrament parkietu telegrafuje: „Wolny pokój tobie...”, I nawet twój pokój ci powie: „Daj pokój”, A coraz pustsze mieszkanie odrzeknie: „Tak z boku!” [Dés serres] Ach! Jak pada śnieg! Me okno w szronu sad rozkwitło... Ach! Wątek dni się rozsnuwa! Nad niemoim miastem niebo martwe jest, Jak ta łza, co uniknęła mego pokoju świetlikiem. Ach! Osnowa nocy światłu sztabę zasuwa... Ach! Ciemność widzę! Skąd przyjechałem? Dokąd jadę? Mróz ściął me nadzieje wszystkie: Jestem Południowym Krzyżem – Porzucony przez Polarną Gwiazdę... Ach! Gdzież smak poutine? Tak tęskno, tęskno mi... Ach! Jak śnieży śnieg! Wśród mrozem skutych dni, Ach! Ściął się życia ścieg... Nie tak.. A mad moim Uhr sierpień w śpiew jak w śnieg brnie, W śmiech, co strzaskał Hadesu drzwi! Ach! Wątek snów światło otworzyło mi! Ach! Widzę jasno: Skąd przybywam, gdzie gnam! Żar rozjaśnił duszę mą: Jestem jak lipca skwar – A tyś – moją ciemną Gwiazdą... Ach! Ten Cracovii smak! Ach! To mój gwiezdny czas... Wśród nocy, szalony bieg Ach! Spiął się życia ścieg... Ach! Jaki słońca blask! Tak.. [Ars carnae] I choć w Neverland „Wszystko, co masz, wciąż przekwita” (Tak mówi ci do ucha fala, która rozbija się po porcie Οὐτοπία)... To: „W Śródmorzu nie Mieć, lecz Być Różą zakwita”; Tak śpiewa ci rozbitek tysiąca nocy Acquae Vitae: "سقطت في هاوية التعاسة" ───  
    • Starzec i dziecko siedzieli na brzegu strumienia, gdzie woda cicho płynęła między kamieniami. Wokół nich rosły bujne trawy, a w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgoci. Dziecko patrzyło w wodę, a jego oczy błyszczały od ciekawości. Zauważyło coś na dnie strumienia – coś, co wyglądało jak mały, złoty przedmiot. Zapytało, wskazując palcem na wodę: – Co to jest? Starzec uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na błyszczący punkt w wodzie. – To, co widzisz, jest tylko odbiciem. Ale to, co widać w odbiciu, może być czymś więcej, jeśli pozwolisz swojej wyobraźni popłynąć z nurtem. Wyobraźnia jest jak woda, która płynie w strumieniu – nie zatrzymuje się na jednej rzeczy, nie twardnieje w jednym obrazie. To nie jest świat, który musimy dosłownie zobaczyć, ale przestrzeń, w której wszystko może stać się możliwe. Wyobraźnia nie zna granic, bo to ona wyznacza, co jest realne. Tak jak woda w strumieniu nigdy nie jest tym samym nurtem, tak i my, gdy pozwalamy swojej wyobraźni płynąć, możemy przejść przez miejsca, które w rzeczywistości nigdy by się nie zdarzyły. Możemy być wszędzie, gdzie tylko zechcemy – w świecie, który kształtuje się w naszych myślach, w przestrzeni, którą sami tworzymy. W wyobraźni kryje się nasza wolność, nasza zdolność do bycia kimś innym, do spojrzenia na świat w inny sposób, do twórczego kształtowania rzeczywistości. To ona daje nam odwagę, by marzyć, by wierzyć, że to, co niemożliwe, może stać się możliwe. Bo w wyobraźni nie ma ograniczeń. Ona jest jak strumień – płynie, zmienia koryto, rozlewa się w nowych miejscach. A my, jak dziecko, możemy ją obserwować, pozwalając jej prowadzić nas do odkrywania nowych światów, nowych prawd.  
    • Meł to Kaziu: ta tu, i za kotłem.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...