Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nicość -
to nawet pyłem być nie trzeba
miotanym przez wiatr

Ja jestem -
przeklęta zdolnością myślenia
ja jestem -
prosząca Boga bez pewności

I tak zakwita życie
I idą ludzie w cztery strony

tworząc krzyż
zrodzony -
zmęczoną dobrem Boga myślą

I tak dochodzą
do krańców rozwidlonego w czworo drzewa
rzucając się ufnie w ramiona zbawienia jak w najlepszy sen

Opublikowano

Nie podoba mi się:
1) "nicość"
2) powtórzenie "ja jestem"
3) powtórzenie "Boga"
4) trzykrotne "I" na poczatkach wersów
5) wersyfikacja




moja sugestia:

"być niczym -
to nawet pyłem nie być
przez wiatr miotanym

ja jestem -
przeklęta zdolnością myślenia
- a jednak
proszę bez pewności

(więc tak zakwiita życie
a ludzie w cztery strony
krzyżują zrodzone nudą myśli)- hmm ten fragment chyba jednak nie, bo zmieniłem sens

więc tak zakwita życie
a ludzie w cztery strony - no i po mojemu także
tworzą krzyż
zrodzony -
zmęczoną dobrem Boga myślą - więc po Twojemu

i tak dochodzą do krańców -
- rzucając się ufnie jak w sen"


Pozdrawiam

Opublikowano

aj, duże słowa niosą zawsze duży ładunek w sobie. a duży ladunek może wybuchnąć i sprawić komuś krzywdę.

"przeklęta zdolność myślenia" - hm?

miejscami zbyt dużo słów, które razem zestawione w dziwacznym szyku budzą zrozumiałą konsternację:
"tworząc krzyż
zrodzony -
zmęczoną dobrem Boga myślą"

ta.

pozdrawiam
mz

Opublikowano

mówi się że jak spadac to z wysokiego drzewa..ale ten upadek może boleć...Ja tam lubiłam polady kartezjuszowe na temat pewności ludzkiego bytu opierającego się na myśleniu. Żyjąc te kilka wieków wcześniej, sama bym na to pewnie nie wpadła :) chociaż Pascal głosił bliższe mi poglady :)

Wracając do wiersza- nic dodac nic ując w komentarzu Bartosza Cybuli. Podpisuję sie pod tym.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...