Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

                               - dla Siostry 

 

   Niniejszy rozdział został napisany z wykorzystaniem sugestii Wyżej Wspomnianej

i z użyciem sformułowań, zaproponowanych w pomysłodawczym komentarzu. 

 

   - Chyba chwilowo dość  miłosnych igraszek - odezwał się Oleg, całkiem jak nie on. Pociągnąwszy lekko Soę za wlosy, czego się nie spodziewała. Obróciła głowę. 

   - A to co? - zapytała, podobnie jak mąż udając surowy ton.

   - Impuls - odpowiedział. Tej odpowiedzi nie oczekiwała również. 

   - Nasza noc poślubna przetykana dotknięciami Wszechświata? - spytała, mając biodra wciąż w uścisku dłoni Olega.

   - Tak - potwierdził. - A ponieważ rozsądek jest jedną ze sfer darowanych nam Przezeń, proponuję skorzystać z kąpieli, póki woda jest odpowiednio ciepła. 

   - Dobrze, mój mężu - Soa, wyprostowawszy się, podeszła do wanny i stanęła na najwyższym, przykrawędziowym stopniu. 

   - Ależ ona ma cudowną  figurę - pomyślał wpatrzony w nią Oleg. - I jak się porusza! Warto było - mruknął do siebie - czekać wszystkie te lata na żonę z Kosmosu. Z Wszechświata albo od Jezusa - kontynuował myśl, podnosząc się i wchodząc do wody w ślad za Soą. Usiadł za nią, a gdy oparła się odeń, z miejsca sięgnął do jej wciąż jeszcze rozwrażliwionej kobiecości. By chwilę później polożyć dłonie na żoninych biodrach, a potem przesunąć je na piersi. 

   - Kolejny impuls? - zapytała, uśmiechając się. 

   - Tym razem naturalność - uśmiechnął się również, zaczynając je pieścić. - Ale czy to nie na jedno wychodzi? Oboje wszak jesteśmy uosobionymi impulsami energii Wszechświata - dotyk jego dłoni wywołał naturalną reakcję. Aż jęknęła.

   - Zostawmy Wszechświat - zaproponowała starając się, aby jej głos brzmiał swobodnie. - Kontynuuj - zachęciła męża,  chociaż czuła, że owej zachęty nie potrzebował. Jej piersi też to wiedziały. Podobnie jak reszta ciała, spragnionego przede wszystkim czego innego niż kąpiel...

 

               X     X     X

 

   - Stań tutaj, mój mężu - pokazała miejsce przed sobą, wyszedłszy z wanny ociekająca wodą, ale ciągle zanurzona w pożądaniu. - I staraj sie stać spokojnie.

   Gdy zrobił, o co poprosiła, postąpiła dzielące ich pol kroku i pocałowala go namiętnie. Czułość pocałunku trwała na tyle długo, iż Oleg poczuł, jak odurzenie zaczyna przejmować nad nim kontrolę. 

   - To nie koniec - szepnęła mu do ucha, chcąc rozpłomienić męża jeszcze bardziej.

   - Liczę na to - chciał odpowiedzieć, ale język Soi,  przesuwający się po jego szyi, a potem po torsie, zaniemówił go. Uśmiechnęła się do siebie.

   - To jeszcze nie koniec - powtórzyła jeszcze bardziej namiętnym szeptem, wpatrując się mężowi w oczy i sięgając dłońmi do jego męskości. Zareagowała równie naturalnie, jak jej piersi kilka chwil wcześniej.

   - Takich pocałunków nie zaznałeś - dodała tak samo namiętnie, nim przytknęła swoje wargi do jego warg.

   - Ani takiego dotyku - wysłała myśl prosto do umysłu męża, wciąż nie dając mu spokoju w miejscu, w którym zaczęła.

   A potem zrobiła to, czego pragnął, ale którego to pragnienia nie był pewien, czy wypada mu wyrazić nawet przed żoną. Nawet jeśli pochodzi ona z czasów swobodniejszych obyczajów. 

   Uklękła przed nim, obejmując jego męskość ustami. Pod dotknięciami języka jęknął, odrzucając głowę do tyłu i zaciskając dłonie na jej ramionach. 

   - Zaczynam upijać się nią... - pomyślał w jednej z ostatnich chwil, podczas których był zdolny myśleć. Po dłuższej, w jego odczuciu bardzo długo trwającej chwili, gdy tylko Soa wyprostowała się, popchnął ją lekko na łoże.

   - Upijam się tobą... - uśmiechnąl się do żony uśmiechem pełnym męskiej żądzy i wstydu zarazem, rozsuwając jej uda i przyciągając do siebie. Z oczywistym zamiarem złączenia w jedno kobiecości z męskością. Albo, mówiąc krócej, wsunięcia się w nią.

   - Upijaj się mną - uniosła nogi i polożyła stopy na jego ramionach. - Upajaj mnie sobą... 

 

               X     X     X

 

   Mijała godzina za godziną, a oboje wciąż nie mogli zasnąć, dziwnym trafem nie czując takiej potrzeby. Soa upajała się Olegiem, on upijał się nią. Oleg otulal się jej czułością, Soa chłonęła  jego żądzę. Twardość w miękkości. Pożądanie i bycie spragnioną. Delikatność i zdecydowanie, obie oczekiwane. Seksualne yin i yang.

   W końcu zasnęli, czując się upojeni sobą - by nie rzec pijani. Nie wiedząc jeszcze o tym, że wkroczyli na drogę zaspokajania pragnienia,  którego zaspokoić się nie da. Na drogę wzajemnego upajania się, które to pragnienie, im bardziej je zaspokajać, tym bardziej wzrasta, wznosząc poziom zaspokojenia coraz wyżej i wyżej. Oddalając w czasie moment, coraz bardziej i bardziej, w którym człowiek, kobieta i mężczyzna - w tym wypadku Soa i Oleg - może uznać je za naprawdę zaspokojone.  

   Bowiem to Wszechświat, a nie człowiek, wymyślił i stworzył tak naprawdę sferę seksualną. A tworząc ją, uczynił ją obszarem nie tyle kreowania przyjemności, ile dążenia do nieskończoności. Dlatego metakochanie się jest jak najbardziej realne i możliwe do urzeczywistnienia.  I dlatego seks, mając charakter przede wszystkim duchowy, graniczy z mistyką. Ponieważ obie te przestrzenie pochodzą z jednego źródła - niematerialnej głębi Kosmosu. 

 

               X     X     X

 

   - Soo, oto dałem ci kochanka - głosem jej Mistrza powiedział Wszechświat. 

Cdn.

 

   Voorhout, 25-26. Sierpnia 2023..

 

 

 

 

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Wiesław J.K.

   Drogi Wiesławie, dziękuję bardzo za wizytę i komentarz w postaci obrazka. Wygląda na to, że w tamtym czasie znano fajerwerki, chociaż historia milczy na ten temat. A może to Soa dostarczyła je z wieku dwudziestego pierwszego do dwunastego? Albo to sprawka Olega lub Mila? A może sam Mistrz Wszechczasów maczał w tym palce? Któż to wie... ^(*_-)^

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

   Serdecznie Cię pozdrawiam ^(*_*)^ .

 

 

 

 

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@Corleone 11Starzał w 10 Michale, to jest dzieło Mistrza Wszechczasów. ;-)
Tak myślę, że to nie są stworzone przez człowieka fajerwerki, chyba że, fajerwerkami nazwiemy wielkie wybuchy i powstawanie nowych wszechświatów. Ciekawe co by na to powiedział nasz sławetnie szlachetny Mikołaj Kopernik. 
Pozdrawiam fajerwerkowo! :)

Opublikowano (edytowane)

@Wiesław J.K.

   Faktycznie, Wiesławie ^(*_*)^ : powyższe wygląda o wiele bardziej imponująco niż gdyby to były fajewerki. Zatem chcąc uczcić ślub Soi i Olega, Wszechświat  tworzy w sobie na ich oczach - przewidowiskowo, co się zowie - nowe światy. 

   A "co by powiedział na to nasz sławetnie szlachetny Mikołaj Kopernik"? Powiedziałby: "Trzeba się koniecznie temu przyjrzeć" i zaraz skierowałby lunetę na ponadziemskie widoki. Tylko musiałby być astronomem moskiewskiego dworu książęcego w dwunastym wieku ^(*_-)^ ...

   Serdeczne pozdrowienia. 

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Wiesław J.K.

   W rzeczy samej. Przy fakcie, że odległość między Toruniem a Moskwą wynosi blisko 1.517 kilometrów i przy założeniu, że konno przemierzysz 40 kilometrów dziennie, imć Mikołaj potrzebowałby ponad miesiąca na tę podróż ^(*_-)^ . 

   Pozdrawiam Cię serdecznie ^(*_*)^ .

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nic dodać,  nic ująć. 
    • - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.    W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.    Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.   Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.   Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.   Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.   - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?   - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.    Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.    - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?    - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…   - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.   - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.    Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.    - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…   - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.   Ojciec roześmiał się ciepło.   - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.   Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.   - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!    Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.   - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.   - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.   - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.    - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.    - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.   Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.   Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.    Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.
    • @Nata_Kruk to prawda , też tak uważam.   
    • @huzarc.. to, co w wierszu, to .. trwanie... czasem cholernie  trudne, bo.......

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... na władzę przymykam oko.. ale być odpowiednią funkcją, czemu nie.
    • @Radosław   Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...