Ktoś ci powiedział, że pierwszą świątynią
jest stara puszcza, gdzie przodków kurhany,
gdzie na ołtarzach odwiecznej natury
duchy składają dziękczynienia dary.
Znajdziesz tam spokój, nerwów ukojenie
i swoją psychę zmęczoną naprawisz.
Pod krępych dębów konarów sklepieniem
wytchniesz od zgiełku i codziennej wrzawy.
Gdzież ta dąbrowa i przodków kurhany?!
Studiujesz mapy i wytyczasz trasę.
Chcesz poznać świat ów, dawno zapomniany,
co wyobraźnię pobudzać potrafi.
Masz już namiary! Pakujesz więc w plecak
jakieś kanapki, banana i colę,
w ręce telefon, aparat przewieszasz,
jesteś gotowy, by wyruszyć w drogę.
Wsiadasz w samochód i pędzisz do lasu,
tam ścieżką krętą podążasz do celu.
Pachnie poszycie i śpiewają ptaki.
Ludzi, szczęśliwie, spotykasz niewielu.
W końcu znajdujesz zapomniane groby,
tuż przy nich siadasz na starym kamieniu.
Strumień gdzieś obok toczy swoje wody,
szemrząc cichutko. Dumasz więc w milczeniu.
Pośród zieleni światło igra z cieniem,
zioła kołyszą twych przodków kurhany.
Prawdziwe tutaj znajdujesz ukojenie,
lecz czas ucieka, czas nieubłagany.
Musisz powrócić do szumu miejskiego...
nad twoim uchem jakiś komar trzeszczy.
Starasz się ręką ogonić od niego
czując na sobie lezącego kleszcza.
Żegnajcie przodki i wasze kurhany.
Bór chcesz opuścić, zaraz weźmiesz prysznic...
lecz nagle krzyczysz: O Jezu! Rany!
Właśnie wdepnąłeś niechcący w mrowisko...
Mrówki, jak mrówki, to żadna ich wina,
na starych grobach zbudowały kopiec
i wrażej stopie, co spokój zburzyła,
mrówkowym kwasem starają się dopiec.
Żegnajcie przodki i wasze kurhany!
Od wściekłych mrówek, uciekasz czym prędzej.
Machasz rękoma, tupiesz nogami.
Chyba nie wrócisz tu już nigdy więcej.
Na domiar złego koło głazu żmija
zerka na ciebie zimnym gadzim okiem.
Gdy się o korzeń przypadkiem potykasz,
żmiję omijasz, jesteś nad potokiem.
Żegnajcie przodki i wasze kurhany!
Tu w dziupli pszczoły mają swoje gniazdo,
a w nim miód słodki w komórkach schowany.
Gdy obok tupiesz, wnerwiają się bardzo.
Choć prawie lato, woda lodowata
lecz nie powstrzyma, kiedy dajesz nogę.
Hyc na brzeg drugi! Lecz wpadłeś do pasa.
I wiesz do tego, że zgubiłeś drogę...
Żegnajcie przodki i wasze kurhany!!!
Nie masz pojęcia, gdzie dokładnie jesteś.
Wzrok już masz smutny, nieco zatroskany.
Szczęśliwie trafiasz na nieznaną ścieżkę...
Spotykasz na niej Śródleśnego Dziada
(znajdziesz go pośród moich starych wierszy),
grzecznie go pytasz, a Dziad odpowiada:
Wilka z niedźwiedziem nie spotkałaś jeszcze,
wracaj więc duktem, tym do lasu skraju,
gdzie twój samochód wciąż na ciebie czeka.
I śpiesz się lepiej, bo dziki pytają:
Gdzie można dorwać jakiegoś człowieka?
Biegniesz przed siebie, w dali refleks błyska,
na brzegu lasu już widać samochód,
ale w tym biegu znowu się potykasz...
budzisz się w łóżku, ocierając z potu.
Sen to był tylko, całkiem nieprawdziwy.
Typowy koszmar, zupełnie bez sensu.
Wiem, że nie muszę tu cię przekonywać,
że ciągle w lesie są przepiękne miejsca.
Z pozdrowieniami dla @corival . Dziękuję za inspirację :)