Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ŚMIESZNOSĆ ISNIENIA

- Idę na ulicę - oznajmiłem wściekle swojej rodzinie i trzasnąłem drzwiami. A co to nie stać mnie, w końcu Bóg obdarzył mnie talentem teraz tylko muszę nauczyć się przetapiać go w pieniądze. W gruncie rzeczy życie to walka, wiec trzeba mi zmierzyć się z ostatecznym. Zaryzykować. Dostałem info od Adama że na ulicy nieźle się żyje i jakiś tam grosz zawsze wpadnie do portfela. Pakuję swój kramik do samochodu i jadę na starówkę. Głowę mam pełną pomysłów jak wyciągnąć od ludzi kasę. Na Podwalu szukam miejsca gdzie można zaparkować, lecz widać wszyscy wpadli dziś na ten sam pomysł i nigdzie ani śladu wolnego pola. Jadąc tak w żółwim tempie podśpiewuję sobie sprawdzone już zaklęcie "miejscówka dla mistrza, miejscówka dla mistrza" parafrazując wszystkie znane mi melodie. Po chwili gość w starej dżinsowej kurtce o kasztanowej cerze i workami pod oczyma sięgającymi podbródka macha do mnie ręka wskazując kawałek przestrzeni miedzy maluchem a toyotą. Parkuje tak że mogę wysiąść tylko od strony pasażera. Ten z malucha na pewno sobie poradzi ale facet z japończyka może być masywny.
- Moje uszanowanie panie prezesie - kłania mi się człowiek-ofiara przemian gospodarczych w naszym kraju
Efekt planu Balcerowicza, podatku Belki i restrukturyzacji rolnictwa. Choć czort go tam wie może sam wybrał sobie taki los i dobrze mu z nim.
- Taki ze mnie prezes jak z ciebie Generał - sypie mu żartem na dzień dobry za co zostaje obdarowany bezzębnym uśmiechem.
- Popatrzyć na autko - pyta się uprzejmie wpijając się we mnie swoim błagalnym spojrzeniem.
- Możesz się w nim nawet przeglądać, widzisz jak je wypolerowałem - mówię, demonstrując mu o co chodzi.
- No elegancko - potwierdza parskając śmiechem z mego wygłupu. Otwieram bagażnik i wyciągam z niego mój zdezelowany frak. Zakładam na głowę cylinder. I już całkiem spuszczając z tonu oznajmiam;
- Zobaczymy jak mi pójdzie. Na pewno się z tobą podzielę. - mrugam do niego okiem i udaję się na Świętojańską. Maszeruję w rytmie kurantów wygrywanych z baszty Kilińskiego co wywołuję wesołość mijających mnie przechodniów. Jakieś dziecko wyskakuje z kawiarnianego ogródka zastępując mi drogę. Staję jak wryty podnosząc ręce w geście poddania co najwyraźniej się jemu podoba. Znika równie błyskawicznie jak się pojawił otwierając mi dalszą drogę. "Dobrze jest" myślę sobie i prę dalej naprzód. "Najważniejsze to zgrać się z otoczeniem, dostroić do sytuacji, reszta jest już tylko interpretacją."
Ludzkie ciała płyną Świętojańską niczym czerwone krwinki w arteriach, tworząc zatory przy kramikach z bibelotami. Przeciskając się między nimi szukam dla siebie właściwego miejsca. Na samym rogu stoi umalowany na złoto pajac z blaszana puszką przy stopach. Kilka kroków dalej stragan z okularami. Obok facet sprzedający pajączki obleśnie ześlizgujące się z wystawowej szyby orbisu. Za nim nawiedzona grupka oazowych posthipisów z gitarą śpiewająca religijne pieśni. W wąskiej szczelinie między dwoma kamienicami, kilku chłopców ćwiczących barową żonglerkę przygotowuje się do swojego pokazu. Z ich przenośnego magnetofonu, Peja w hiphopowym stylu ogłasza światu swoje posłannictwo. Naprzeciwko katedry, tuż przy sklepie veritasu znajduję "kawałek wolnej podłogi" i zajmuję go sobie uroczyście. Zdejmuje cylinder i ustawiam przed sobą na chodniku. Tłum płynie swoim rytmem. Trzeba go będzie jakoś zatrzymać. Wyjmuje piłeczki z walizeczki i podrzucam sobie nimi kolorowo. Puszczam oko do przechodniów, uśmiecham się do dzieci. Czerń cylindra nie wessała jeszcze w siebie żadnej monety. Rozpiera mnie mój bezgraniczny talent. Odstawiam żonglerkę i pcham się między gapiów. Staje w pozycji kowboja naprzeciw walącej na mnie hordy spacerowiczów i szukam wzrokiem godnego siebie przeciwnika. Widzę dwumetrowego dryblasa w jasnym garniturze i ciemnych okularach. Celuje do niego z dłoni imitującej pistolet licząc ze się zatrzyma. Facet idzie twardo naprzód uśmiechając się serdecznie. Zatrzymuje go palcami wciśniętymi w splot słoneczny.
- No szto ty, malcik, ty mienia nie panimajesz - odzywa się w znanym mi jeszcze z podstawówki języku.
- Ruki wier - krzyczę do niego nieprzyjaźnie. Już ja się na nim odkuję za pakt Ribentrop-Mołotow.
- No jak tak dumał szto ty nasz - ripostuje obejmując mnie po przyjacielsku. Ugotował mnie tym skubaniec i
na tym skończyła się nasza walka. Odszedł w pokoju nie zostawiając ani kopiejki. Wracam pod ścianę i zastygam w bezruchu.
- Cześć - pojawia się przede mną człowiek-złoty-posąg. Nic się nie odzywam bo już osiadłem głęboko w
postaci.
- Nowy ? - obrzuca mnie gromkim wzrokiem. Ruchem robota daje krok w jego kierunku. Nie nagabuje mnie
swoim wścibstwem więc decyduje się odpowiedzieć;
- Czy ja wiem. Pierwszy raz. O tak powiem.
- Jasne. Zasady znasz? - pyta a ja w odpowiedzi maluję sobie na twarzy bezradność.
- Każdy ma tu swój teren i staramy się nie wchodzić sobie w paradę. Przyszedłeś tu zarobić co nie? Więc rżnij
z nich ile się da i się nie oszczędzaj. Maja kasy jak lodu, trzeba ją tylko z nich wydobyć. - stukamy się w piąstki i mrugamy do siebie okiem na obchodne.
Nie ma co dobrze powiedziane. Tylko że ja tak naprawdę nie wiem czy przyszedłem tu po pieniądze. Chyba pomału zaczynam odkrywać że panują tu takie same prawa jak w biznesie; bezpardonowa walka o przetrwanie. Trzeba być twardym i pod żadnym pozorem nie dać się zwieść, inaczej będziesz zjedzony. Podochocony tym wyzwaniem rzucam się w wir zdarzeń. Biorę kapelusz w ręce i idę na całość. Wcielam się w żebraka. Cielęce spojrzenie rumuńskiego chłopca nie przynosi żadnego efektu. Klękam na środku ulicy i zaczynam zawodzić jak wariat. Salwy śmiechu mieszają się z chichotem, sam mam ubaw po pachy a dusza przepełnia się radością istnienia. Jednak dostęp do mamony dalej jest zakodowany. Przypomina mi się zdanie Moshe Cohena z jego warsztatów, których byłem uczestnikiem "dla clowna śmiech jest największą zapłatą". Czyżbym i ja miał się tym obejść. Cholera jasna dosyc tego. Bierz się w garść chłopie i daj sobie dmuchać w kasze. Za darmo będziesz robił z siebie pajaca. Z balonowych kiełbasek formułuję miecz i niczym rycerz Jedi przystępuję do walki. Dwóch dziesięciolatków podejmuję się walki i otoczeni kółkiem gapiów stajemy w szranki. Jego pchniecie trafia mnie prosto w serce. Umieram z godnością na warszawskim bruku. Gromkie brawa oklaskują zwycięzcę. Chłopcy okazują się synami holenderki, która pierwsza decyduje się sięgnąć do portfela. Na pamiątkę wręczam im balonowe miecze i kłaniam się szarmancko. Pierwsze pieniądze dodają mi skrzydeł. Zatrzymuje następnego dryblasa.
- Pieniądze albo życie - podsuwam mu pod nos kapelusz.
- Tylko karta kredytowa - odpowiada cwaniaczek.
- Może być, byle z pinem - odpowiadam.
Uśmiecha się i omija mnie bokiem. Niech go szlag. Wygrażam mu pięścią ale to tylko taka gra. Za miękki jestem do tego fachu. Cieszy mnie sama obecność wśród ludzi i to że mają z tego frajdę. Po za tym mam takie wrażenie że oni sami zbyt wiele nie mają. Gnębieni podatkami ledwie wiążą koniec z początkiem, porządek z obrządkiem i sami gubią się w tym wszystkim. Wszyscy są tacy jacyś spięci, uciekają jakby się czegoś bali. Tylko dzieci bezwarunkowo oddają się władzy Spontana. Dwojgu z nich wręczam swoje instrumenty i improwizujemy orkiestrę. Przybieram pozę dyrygenta i ustawiam wirtułozów w szeregu. Tworzy się półkole gapiów co pozwala kumulować energię. Ruchem dłoni wybijam takt na cztery co szybko podchwytują mali orkiestranci. Trzniach bach na czynelach, bęben i grzechotka. Tworzy się pulsujący rytm w takt, którego zaczynam tańczyć. Gapie jak zahipnotyzowani wpatrują się liżąc lody. Mój taniec rozkręca się, łapię wiatr w żagle i trzymam ich za mordy, jestem w swoim żywiole. Mury katedry kibicują mi swym gotykiem. Utwór osiąga swoje crescendo i urywa się kulminacyjnym punkcie. Brawa zrywają się spontanicznie. Biorę kapelusz i liczę na sowite wynagrodzenie. A tu dwie małolaty już zdążyły czmychnąć. Jakaś pani w wieku uciekającym przed starością niemrawo sięga do torebki. Tylko jeden gość z podziwem i uznaniem w oczach obdarowuję mnie piątakiem. Ja ciesz nie kręcę. "Szacuneczek prezesie" kłaniam się w podzięce.
- A ty co za klowna robisz? - zagaduje mnie nagle zdumiony dziesięciolatek.
- Tak wyszło - odpowiadam - a ty?
Wzrusza ramionami i wskazuje mi bukiet kwiatów w ręku. Z powagą godną reżyserskiego oka przygląda się moim zabiegom. Kiwa znacząco głową i znika w tłumie. Od strony rynku jedzie w mim kierunku citroen-berligo. Zjawia się w odpowiedniej chwili bo już wyczerpały mi się pomysły a jeszcze nie ograłem żadnego samochodu. Animuje dyżurnego ruchu i machając rękami nakazuje jechać w mym kierunku. Po chwili staje okrakiem i zatarasowuje mu drogę. Napieram głową na maskę ale auto swą masą spycha mnie z jezdni. "Co jest?"- myślę - "Jakiś psychol? na żartach się nie zna?" Zatrzymuje się w końcu zanim zdążył mnie położyć na bruku. Otwierają się boczne drzwiczki i mym oczom ukazuje się sylwetka dość ponurego masywnego osobnika z elegancko podstrzyżoną brodą. Na lusterku w samochodzie dostrzegam zawieszony drewniany różaniec.
- Ma pan zezwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej? - pyta się mnie poważnym tonem. Szczeka opada mi ze zdumienia.
- Miałem ale zjadłem - odpowiadam - to znaczy konkurencja mnie zjadła, chciałem powiedzieć. Wpadłem w długi wobec Zusu i teraz anarchizuję. Hahaha - śmieje mu się w twarz licząc że kupi mój dowcip. Nic z tego. Gość najwyraźniej wciągnięty w system stał się ostoją uczciwości, praworządności i braku poczucia humoru.
- A pan ma ?- pytam, brnąc dalej w rolę żebraczanego półgłówka.
- Tak, mam. To jest moje miejsce i mam do niego pełne prawo. - zaznacza z dumą i pokonuje mnie jego siła argumentu. To jednak prawda co wyczytałem w gazecie; ludzie zwracając uwagę innym polepszają sobie samopoczucie. Zapewne wróci do domu i opowie żonie przy kolacji że znowu musiał przeganiać jakiegoś śmiecia, który nie płaci podatków. Nie pozostaje mi nic innego jak pokornie zwinąć swój interes i niczym koziołek - matołek szukać dalej swego Pacanowa.
- Odchodzę - ogłaszam mu i parodiując jego dumę zmieniam swoje miejsce pobytu.
- Cześć Piotrek - woła do mnie Adam z gitarą przewieszoną przez ramię - chcesz popracować dla nas.
- Nie ma sprawy - mówię - spisujemy kontrakt, czy idziemy na żywioł.
- Słuchaj stary, tu jest poważny biznes, pracujesz jako naganiacz i masz 1/4 z tego co wypracujemy.
- Ok.- odpowiadam. I startujemy. Adaś rżnie na gitarze swoje smętne kawałki, gość na bębenkach wtóruje mu do taktu a ja w rytm tej muzyki sunę do tańca. Wyrywam jakąś panienkę i już szalejemy niczym para zakochanych. Udaje mi się ją nawet przełożyć przez kolano co wzbudza jej dziki zachwyt. A teraz moja panienko płać i sru jej cylinder pod uśmiechniętą buźkę. Coś tam kapie do pokrowca. I mkniemy dalej w tango. Zabawa jest przednia. Tylko Adaś coś skwierczy że za bardzo się popisuję a ludzie za mało płacą. Psia krew nauczyciel się znalazł, wszyscy oni w ciemię bici i na forsie im głównie zależy.
- Tu się nie ma co obcyndalać, tu się pracuje dla mamony. - sprzedaje mi swój kit marketingowy.
- Ja przyszedłem tu dla zabawy, pośmiać się przynieść ludziom odrobinę radości - odpowiadam filozoficznie.
- To daleko w ten sposób nie zajedziesz.
- Tam dokąd mam dojść dojdę na pewno. - odpowiadam dumnie.
- To powodzenia, u nas miejsca nie zagrzejesz.
- Dziękuję serdecznie. Tam dokąd ja idę wy dojść nie możecie. - mówię i kłaniam im się w pas. Śmieją się ze mnie. I o to chodzi.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...