Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

                                         - dla Siostry

 

   - Osobiście jestem zdania - pojawiający się zewsząd Jezus powstrzymał zadany przez Olega cios centymetry od Soy widząc, że to uderzenie było zbyt szybkie, by zdążyła odpowiednio zareagować i zbyt silne, aby zdołała je powstrzymać - że wystarczy tej zabawy. - Nadal trzymał zaciśniętą dłoń na świetlnej klindze: wyglądało, że bez jakiejkolwiek dla Siebie szkody.

   - Wystarczy, Olegu - zwrócił się najpierw do padawana księcia Jurija. - Trzy punkty dla ciebie, zgodnie z łacińską sentencją "Tres faciunt collegium".* O ile wiem, tłumaczyć nie muszę. Wyłącz miecz - polecił widząc, że takiego obrotu sprawy książęcy dworzanin zdecydowanie się nie spodziewał. - Wystarczy, przecież nie zamierzam stracić padawana. A ty - zniżył głos do szeptu, przymykając lewe oko - nie chcesz zranić ani tym bardziej zabić przyszłej żony. 

   - Teraz ty, mój padawanie - obrócił się do Soy, która w międzyczasie powoli odzyskiwała duchową i emocjonalną równowagę. - Też zdobyłaś trzy punkty. Zatem remis. Zatem i tobie zalecam koniec pojedynku - stanowczo jako twój Mistrz. Który mógł zakończyć się dla ciebie tak, jak mało brakowało. Tak to bywa - pogroził jej palcem, tym razem z surową miną - gdy nie docenia się umiejętności przeciwnika, a patrząc z drugiej strony przecenia własne. Treningi u mnie to najlepsza szkoła we Wszechświecie - uśmiechnął się lekko - ale w prawdziwej walce nie brałaś dotychczas udziału.

   - Mistrzu? - Soa spróbowała dojść do głosu. 

   - Kontynuuję, mój padawanie - podkreślił Jezus, nie zmieniając tonu. - Powtarzam: przeceniłaś własne umiejętności. Wszystko przez zbytnią pewność siebie do duetu ze słuchaniem mrocznych emocji. Wiara w siebie jest cenna - złagodził trochę brzmienie głosu - tak samo, jak zaufanie umiejętnościom oraz samokontrola podczas walki. Ale w równowadze. W - równowadze - zaakcentował, gestem nie pozwalając Soi sobie przerwać. - Ty ją zachwiałaś i oto rezultat - zakończył. - Teraz możesz mówić. 

   - Przecież mogłam wygrać - Soa zrobiła nadąsaną minę. - Przecież wiesz, że poprosiłam o pomoc duszę, zamieszkującą tę wierzbę - odwróciła się, by spojrzeć na nią z wdzięcznością za pomoc i wskazać ruchem ręki. 

   - Tak, wiem - Jezus nadal spoglądał cierpliwie. - Ale uczyniłaś to trzy chwile za późno. Nie dając jej czasu na decyzję. Nadto naraziłaś ją na zranienie, a może nawet na śmierć. Pomyślałaś, że Oleg mógłby w obronie własnej, unikając uderzenia, po prostu przepołowić ją jednym cięciem? Wtedy obwiniłabyś go za to, chociaż wina leżałaby w większości po twojej stronie. Gdzie podziała się na ten czas twoja miłość do roślin? Ustąpiła przed chęcią wygranej - Jezus pokiwał głową. 

   - Mistrzu... - zarumieniła się Soa. 

   - Wstydź się i rumień - kiwnął głową raz jeszcze. - Ale trzy punkty są twoje. Gwoli prawdy i zarazem dla twojej satysfakcji dodam, że remis w walce z takim jak Oleg przeciwnikiem to prawdziwy sukces. Potrafi znacznie więcej, jak miałaś okazję przekonać się dobitnie. - Więcej niż tylko wydawać rozkazy podwładnym - tę uwagę wypowiedział szeptem, aby z kolei Oleg nie usłyszał Jego słów. - A coś mi się zdaje, że ostatnio pomyślało ci się tak kilka razy. 

   - Olegu - przywołał go gestem dłoni odczekawszy, aż rumieńce znikną Soi z policzków. - Chodź tutaj i zajmij się przyszłą żoną. 

   Soa zaczerwieniła się po raz następny. Na dostatecznie długi czas, aby wezwany dworzanin, podchodząc, zobaczył jej rumieniec i wszystko skojarzył. 

   - Wyjdziesz więc za mnie, prawda? - ukląkł przed nią na jedno kolano. Tym razem prawe. 

   - Wyjdzie - uśmiechnął się Jezus, odpowiadając zamiast niej. - Właśnie podjęła decyzję. Wygląda na to, że stoczony niedawno pojedynek pomógł jej  zdecydować szybciej. I... - znów przymrużył lewe oko. Lekko kpiarsko, tak w każdym razie zdało się Soi. 

   - Może już nic nie mów, Mistrzu - pozwoliła sobie Soa. 

   - Będzie dla ciebie dobrą żoną - upomniany Jezus udał, że nie dosłyszał. 

 

   * Zacytowana sentencja oznacza "Trzech stanowi zespół" - względnie komplet. 

Cdn. 

 

   Voorhout, 13. Czerwca 2023

 

 

 

 

 

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...