Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mieszkałem wtedy w małym miasteczku w południowo-wschodniej części Polski. Prowadziłem
w tamtejszym liceum lekcje geografii oraz często, z powodu przewlekłej choroby jednej
z koleżanek, lekcje historii.
Moja młoda żona Maria mieszkała z rodzicami w Warszawie, pracowała jako radca prawny
w firmie polonijnej i zażywała uciech życia z zamożnym, zagranicznym jej właścicielem.
Ten jej upór w podtrzymywaniu stosunków pozamałżeńskich, zdeterminował mnie do wyjazdu, właśnie do tego niewielkiego miasteczka. Poznałem tam miejscowego proboszcza
który opowiedział mi pewną historię. Powtarzam ją teraz po raz pierwszy.
W jednej z wiosek tamtego terenu,gospodarstwo rolne prowadziła rodzina lekko ociężałego
na umyśle rolnika o nazwisku Poręba. Rodzina była wielopokoleniowa i składała się
z siedmiu osób . Byli to: rolnik,jego żona,ojciec żony, trójka dzieci mniej więcej w jednym
wieku oraz mieszkajaca w przybudówce siostra głowy domu . Dom Porębów był drewniany
i stał na uboczu, jedną ścianną podwórka przylegał do dużego lasu.
Sąsiadów było kilku i rozrzuceni byli w dość dużej odległości od siebie. Sama wioska zaś,
ze szkołą podstawową, ochotniczą strażą pożarną i ośrodkiem zdrowia, leżała kilka
kilometrów od gospodarstwa rolnika.
Póżną wiosną 1977 roku, wczesnym popołudniem, przy bezchmurnym wiosennym niebie,
sąsiedzi Porębów zostali przestraszeni widokiem czerwonokrwistej piramidy odwróconej
spodem do góry,wysokiej może na dwa kilometry, ze stożkiem wychodzącym z domu
sąsiada. Wzięli to za pożar i dwoje z nich,działając niezależnie od siebie, dosiadło rowerów
i popędziło do wsi zawiadomić straż pożarną. Pozostali, gromadnie,z różnych stron,pędzili
w stronę gospodarstwa Porębów. Kiedy zbliżali się coraz bliżej, coraz większe ogarniało ich zdumienie. Doskonale widocznej z daleka ogromnej piramidy, nie było widać zupełnie
z podwórka. Sąsiedzi zastali gospodarzy w domu. Przyjechała straż pożarna popędzana
strasznym widokiem.Kiedy zaś sześciu przybyłych strażackim wozem mężczyzn stanęło na podwórku,ich zdumienie nie miało granic. Nie było ognia,dymu ani tej przerażającej piramidy.
Zaczęły się debaty,chodzenia koło domu,ktoś pobiegł w las. Ludzie, którzy zjawisko obserwowali z dalszej odległości widzieli jak ta cała ogromna góra, wisząca czy stojąca do góry nogami, w przeciągu dwóch godzin całkowicie zniknęła. Nikomu nawet do nie przyszło,
że to jakaś fatamorgana. Przeciwnie,ludzi zaniepokoił jeszcze,słyszalny na kilka kilometrów
wokoło,taki dziwny,przeciągły i dudniący świst.
Cała wioska była tymi zjawiskami bardzo poruszona;stanowiły one przedmiot zawziętych
rozmów i dyskusji.
Proboszcz który mi tę historię opowiadał,był wówczas, w tamtejszym wiejskim kościółku
wikariuszem. Zawiadomił o dziwnym zdarzeniu proboszcza z miasteczka L. Wikary,naciskany
przez miejscową ludność oraz własne lęki i obawy,ponaglał swojego przełożonego do przyjazdu. Po trzech dniach przybył proboszcz w asyście dwóch pomocników i pod czujnym
okiem miejscowej społeczności,wyświęcił dom i obejście.
Dwa dni póżniej,rankiem,siostra Poręby wyprowadzała jak codzień krowy na pastwisko.
Tą niemłoda przecież, ale doświadczoną w pracach gospodarskich kobietę zainteresował
kołek sterczący z ziemi.Schyliła się żeby go wyciągnąć i wtedy krowa naparła na nią od tyłu;
kobieta poleciała całym ciałem do przodu uderzając głową w solidny słup dębowy przy furtce.
Kilka minut póżniej,znalazł ją tam Poręba,ale jego siostra już nie żyła
W dniu pogrzebu ciotki,starszy,czternastoletni syn gospodarza jechał rowerem w kierunku
domu.Jakieś trzy kilometry od domu droga prowadziła nad niewielkim strumykiem.Był tam
drewniany mostek bez poręczy. Nikt nie wie jak wyglądały ostatnie chwile życia chłopca.
Kilka godzin póżniej znaleziono rower zaczepiony o wystającą deskę. Pod mostkiem leżało
ciało chłopca, a zakupy które wiózł rozrzucone były dookoła.
Milicia stwierdziła,że nagłe zgony siostry gospodarza i jego syna to nieszczęśliwe wypadki.
Chłopiec został pochowany w jednym grobie z ciotką.
Tydzień póżniej,ojciec żony Poręby,sześćdziesięciotrzy letni mężczyzna rąbał drzewo. Nie sposób ustalić jak to się stało,ale z powodu wycia psa wyszedł z domu młodszy syn Porębów i znalazł dziadka martwego w kałuży krwi.
Po tym zdarzeniu,pod wpływem ogromnego poruszenia mieszkańców wsi,przybyło do niej
kilkudziesięciu ludzi,głownie milicjantów,prokuratorów i działaczy partyjnych różnych szczebli.Cały sztab mieścił się w wiejskim klubie, bodajże był to Klub Rolnika.
Porębowie postanowili wywieżć dzieci do rodziny w sąsiedniej wsi. Dzieci spakowano i oboje
rodziców odwoziło je furmanką. Polna droga w jednym tylko miejscu przecinała się z asfalto-
wą szosą. W takim właśnie miejscu,w tył furmanki ledwo uderzył samochodowy beczkowóz
do przewozu mleka. Kierowca nawet się nie zatrzymał i pognał dalej. Nigdy nie został odnaleziony. Na skutek uderzenia i spadku z szosy,furmanka przewróciła się. Na miejscu
zginęły dzieci i po krótkich cierpieniach zdech koń. Matka dzieci zemdlała a ich ojciec stracił
mowę. Wracające ze szkoły dzieci zobaczyły wypadek i natychmiast zawiadomiły kogoś
we wsi. Na miejsce przybyło zaraz kilka samochodów i kilkudziesięciu różnego rodzaju
funkcjonariuszy. Póżnym popołudniem wylądował tam wojskowy helikopter, a cały teren
został otoczony przez milicję. Nikt z miejscowej ludnosci nie wiedział co tam się dzieje,
a władze nie udzielały żadnych informacji.
Żona Poręby została zabrana do szpitala w miasteczku L. Dzieci zostały pochowane przez milicję. Cała ceremonia pochówku odbyła się nocą. Matka wyszła ze szpitala już po pogrzebie.

Miesiąc i dwa dni póżniej,samochodowy patrol milicji znalazł zaledwie pół kilometra od własnego domu, zasztyletowaną Porębową. Sprawcy nigdy nie ujęto. Pogrzeb zamordowanej
odbył się nocą i oprócz męża był tam tylko ksiądz wikary oraz milicjanci,ubecy i prokuratorzy.

Cztery dni póżniej,robotnicy leśni znależli zawieszonego na gałęzi rozłożystego dębu Porębe.
Nie żył od kilku godzin. Był zawieszony w ten sposób,że jego szyja została z jakąś ogromną
siłą wepchnięta w zwężające się grube gałęzie dębu.
Żaden człowie nie mógłby się tak sam powiesić. Władze orzekły jednak, ze Poręba powiesił
się sam.
W marcu 1978 roku, całe gospodarstwo Porębów zostało zrównane z ziemią. Ciężkim sprzętem zburzono dom,oborę i stodołe. Resztki zostały spalone i wtłoczone pod ziemię.
Wszystko zaorano.
W kwietniu,miejscowa ludność postawiła na rogach podwórka ,cztery dębowe krzyże.
W ich postawieniu i poświęceniu uczestniczył póżniejszy proboszcz ,który tę historię mi
opowiedział.
W tym samym roku,władze kościelne wysłały młodego wikariusza na misję do Senegalu.
Wrócił po sześciu latach i na swoją prośbę został proboszczem w miasteczku L.
Tylko tyle i aż tyle dowiedziałem się od księdza.
Po kilku latach, z nową już żoną,jechałem samochodem z Poznania do dawnego wczasowego ośrodka rządowego,który stał się ,po przemianach w Polsce,dostępny dla społeczeństwa.
Zamierzaliśmy wypocząć tam kilka dni.
Nigdy nikomu o zasłyszanej od księdza historii nie opowiadałem. Żona moja była więc trochę
zdziwiona,że zbaczam z trasy i jadę odwiedzić dawnego kolegę,bo tak właśnie jej skłamałem.
Dojechaliśmy do wioski znanej mi z opowieści i po zapytaniu starszej kobiety o drogę,
dotarliśmy do jakiegoś wiejskiego gospodarstwa.
Gdy podchodził do nas młody rolnik szybko oddaliłem sie od samochodu tak,aby żona nie
słyszała o co pytam. Rolnik powiedział mi tak: byłem wtedy małym chłopcem,pamiętam jak rodzice się modlili,jak mieliśmy wolne w szkole z powodu tamtych zdarzeń i wiem,że dzisiaj
my i nasi sąsiedzi omijamy tamto miejsce z daleka. Pokazał którędy mam iść bo samochodem
nie dojadę,gdyż władze zlikwidowały również i drogę do tamtego miejsca. Było ciepło,więc
żona rozłożyła sobie leżak i rozkoszowała się czerwcowym słońcem.
Poszedłem przez kolorowe kwiatami łąki we wskazanym kierunku. Znalazłem to gospodarstwo otoczone lasem kilkunastoletnich samosiejek. Dookoła zielono i kolorowo
a ślad na ziemi po tamtym gospodarstwie to niczym nie porośnięta ziemia,jakby lekko
wzruszona. Normalnie goła ziemia-pustynia. Wysokie krzyże i ta bez życia ziemia w tym
zielonym świecie robiły niesamowite wrażenie.
Wszedłem na tą ziemie i wtedy usłyszałem wysoki pulsujący niesamowity dżwięk.
Nie wiem co to było,ale odwróciłem się i najszybciej jak mogłem,na zesztywniałych ze strachu nogach uciekałem. Gdy znalazłem się przy samochodzie,żona zaniepokoiła się bladością mojej
twarzy i drżeniem rąk. Poprosiłem,żebyśmy szybko się zbierali. Odjechaliśmy prawie
natychmiast a zaintrygowanej żonie oznajmiłem,że po prostu poczułem się niedobrze po dość
szybkim biegu.

Nic więcej o tej sprawie nie wiem. Z nikim się swą tajemnicą nie dzieliłem. Opowiedziałem
ją dzisiaj po raz pierwszy.

Opublikowano

Widzę, ze ty razem "scared story";] Przeczytałam, jestem ciekawa tej historii! Ale jesteś! Żeby tak wszystkich w niepewności trzymać! "Więcej o tej sprawie nie wiem"- a szkoda!;)
I was scared stiff!!!!=D

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...