Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Kryptonim Guzik/99 - Foto-Zabawa 4


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

 

 

Minęła godzina siódma. Zapraszamy na serwis informacyjny. Wczoraj, późnym wieczorem na Osiedlu Trzech Róż znaleziono ciało młodej kobiety. To już druga ofiara w naszym mieście. Policja nie podała szczegółów dotyczących samej zbrodni, ale prosi o każdą informację w tej sprawie. Może ktoś z Państwa coś widział lub słyszał? Kontakt pod numerem…

Po zakończeniu serwisu informacyjnego z głośników wybrzmiała muzyka.

 

Siedział przy kuchennym stole i dopijał kawę. Uchylił okno i zapalił papierosa. – Przed pracą pojadę na cmentarz i zawiozę kwiaty na grób. Na szczęście pracuję na późniejszą godzinę, więc nie muszę się spieszyć i jeszcze będę miał czas, żeby kupić owoce i podjechać do Zakątka. Ona lubi mandarynki, ale nie lubi nikotyny. – Zamyślił się. – Głęboko zaciągnął papierosem i zgasił do połowy wypalonego.

Otworzył okno, żeby wywietrzyć pomieszczenie i poszedł się ubrać. Po kwadransie był gotowy. Wyłączył radio. Zamknął okno i drzwi wejściowe za sobą. Zszedł po schodach na parter, skierował się do samochodu. Usiadł za kierownicą, mimowolnie spojrzał na siedzenie obok i spanikował. – To nic wielkiego, nic wielkiego. 

 

***

 

– Słuchajcie, halo, cisza tam!, to już czwarta dziewczyna w ciągu ostatniego roku. Jest raport z sekcji. Tak samo, jak poprzednie miała zaszyte usta i guzik w kieszeni kurtki. Oprawca po raz pierwszy zostawił igłę. Niestety bez śladów papilarnych. Tak jak inne, została brutalnie zgwałcona. Nie mamy nic więcej. Ten psychol jest kurewsko perfekcyjny! – Komendant Szerent, aż kipiał ze złości.

 

– Borówka, poprowadzisz tę sprawę z kimś ze Stołecznej. Dzisiaj ma do nas przyjechać. Bądź uprzejmy mnie nie wkurwiać i nie wkurwiaj tego gościa! – Nie obchodzi mnie, jak bardzo nie będziecie się kochać, sprawa ma być wyjaśniona! Rozumiemy się? Macie współpracować! – Szerent zwrócił się do podwładnego.

 

– Rozkaz Szefie! Będę słodki i soczysty. – Borówka zaśmiał się ukazując zdrowe zęby, ale widząc irytację Komendanta, szybko się zamknął i spoważniał.

 

Aspirant Artur Borówka rocznik sześdziesiąty piąty, szybko piął się po szczeblach kariery. I nie dlatego, że jego chrzesny robił w tej samej branży, ale dlatego, że był dobrym gliną. Przynajmniej za takiego siebie uważał. Miał dopiero trzydzieści cztery lata, był wysokim, wysportowanym, bezdzietnym kawalerem, z przyszłością i poczuciem, że cały świat należy do niego. A przynajmniej będzie, jak złapiemy guzikowego zjeba – Pomyślał.

 

Wrócił do swojego biurka. Otworzył teczkę, by kolejny raz przejrzeć wszystko, co dotyczyło czterech zamordowanych kobiet. Pierwszą ofiarę znaleziono rok temu w Trójmieście, drugą w Łodzi, ale dwie ostatnie już u nich, dlatego Stołeczna przydzieliła im tę sprawę. Niestety przez rok nie wpadli na żaden trop, więc przysłali gościa ze stolicy. – Kurwa. – burknął Borówka. Spojrzał na zegarek, wskazówki pokazywały trzynastą dwadzieścia dziewięć. – To jest dobry moment na kawę numer dwa – poszedł do socjalnego, włączył czajnik elektryczny i zaparzył bezcukrowego szatana. Był ciekaw oficera ze stolicy, może nie jego samego, ale centralnego systemu operacyjnego. Borówka chciał pokazać ich komendę z jak najlepszej strony, ale powątpiewał w sukces.

 

ON

Zmiótł liście z lastriko. Zapalił nowe znicze i położył na środku świeży wieniec. Przeżegnał się, wyszeptał formułkę i wrócił do samochodu. Włączył radio i razem z wokalistką zanucił przebój tego roku.

Ucieknę stąd

Jak mogę najdalej

Ucieknę od pułapki orchidei ust

 

Podjechał pod wawrzywniak, zrobił szybkie zakupy i zawiózł do Zakątka. Podał pielęgniarce siatkę, ale nie wchodził dalej. Nie chciał Jej widzieć. Nie w rocznicę. Nie po tym wszystkim.

 

Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył do pracy.

 

***

 

– Borówka, gdzie się pałętasz?! Stary cię szuka od przeszło godziny! Już miał wysłać pościg za tobą! Pędęm leć do Starego! – Gdyby Aspirant sztabowy Kruk miał skrzydła, to już by leciał z Borówką w dziobie.

 

– Wyluzuj Kruk! Przerwę miałem, zanim wyszedłem, zgłosiłem. O co ten szum? O jakiegoś buca ze Stołecznej? – Borówce udzieliły się emocje Kruka.

 

– Cześć, nazywam się Emil Nowik i jestem tym bucem ze Stołecznej. – Borówka powoli odwrócił się w stronę przybysza, przy którym stał Stary i wstrzymał oddech.

 

– Dobra, łby sobie pourywacie, po rozwiązanej sprawie. Czy to jasne? – wysapał Szerent. – Czy to jasne, psia mać?! – warknął i oddalił się do swojego gabinetu.

 

– Cześć. Jestem Artur Borówka. Chodź, zapoznasz się ze wszystkimi papierami, a potem odwiozę cię do hotelu.

 

– Nie musisz mnie odwozić. Jestem już dużym i samodzielnym bucem. – Warknął Nowik.

 

Aspirant wskazał przybyszowi biurko i przekazał wszystkie dokumenty dotyczące ofiar. Trochę rozmawiali, wymieniali się myślami. Po czym Nowik przesiadł się do innego, wolnego biurka z papierami, wyjął termos i kanapki z torby, Borówka przewrócił oczami, ale nie odezwał się słowem. Po kilkugodzinnej analizie każdego skrawka papieru, czy zdjęcia, gość schował do wewnętrznej kieszeni notes, w którym skrupulatnie w punktach zanotował najważniejsze informacje. Zebrał swoje rzeczy i pożegnał z Borówką krótkim – Do jutra.

 

ON

Wrócił wieczorem do pustego mieszkania, w którym mieszkał od urodzenia, a ściany znały każdy jego krzyk i płacz. Otworzył lodówkę, wyjął piwo i usiadł przy kuchennym stole. Lubił tu przesiadywać. Kamienica mieściła się przy skrzyżowaniu, przy którym stały inne budynki. Miał doskonały widok na wszystko, co działo się wokół, choć ostatnio wspomagał się wojskową lornetą.

 

Siedział w mroku, sączył piwo i palił papierosa przy uchylonym oknie. Palił tylko w kuchni, bo tylko tutaj czuł się swobodnie. Pozostałe pomieszczenia nosiły echa bolesnych wspomnień, od których nie mógł się uwolnić. Wgryzły się w niego i szarpały, jak wściekły kundel.

 

Kiedyś wyprowadził się stąd. Myślał, że na zawsze, że ucieknie i będzie wolny. Ale po roku wrócił z podkulonym ogonem, a Ona śmiała się z niego, szydziła, że jest taki sam, jak Ojciec.

Nie pamięta, ile razy życzył jej śmierci. Po cichu. Nigdy na głos, bo bał się Jej, tak samo, jak ŚP.

 

Wypalił papierosa. Wypił piwo. Zamknął okno, poszedł się umyć. Wszedł do najmniejszego pokoju, który należał do niego od dzieciństwa, zapalił małą lampkę, wyjął z dolnej szafki jeden ze „Świerszczyków” i położył się do łóżka. Uważnie przyglądał się każdej rozebranej dziewczynie, wyobrażał sobie, jak ją dotyka, całuje, pieści i… nic. Ani drgnął. Nie poczuł skurczu, mrowienia, ekstazy. Odłożył gazetkę na miejsce do szafki, ponownie położył się i zamknął oczy. Wtedy wyobraźnia ruszyła z kopyta. Słyszał skamlące głosy, krzyki, błagania, czuł ich dłonie na pobudzonym kroczu. Zaczął go masować. W małym pokoju, w łóżku małego chłopca, w głuchej ciemności, pod kołdrą, dorosły mężczyzna doszedł i wydał z siebie cichutki jęk, w obawie, że ktoś go usłyszy. Skulił się i w takiej pozycji zasnął. Przebudził się dwukrotnie za każdym razem słysząc Jej śmiech. Bał się, że stoi pod drzwiami i drwi z niego, jak wtedy, gdy był niepozornym, niewysokim, bardzo szczupłym nastolatkiem.

 

***

 

– Dzień dobry mamo, tato. – Artur pocałował w czoło matkę i uścisnął ojcu dłoń.

– Arturku, dlaczego tak rzadko nas odwiedzasz? – matka pogłaskała syna po głowie.

– Wie mama, ile roboty teraz mamy z tymi zabitymi. No i ten buc ze Stołecznej siedzi mi na karku już od dwóch tygodni.

 

Matka poszła do kuchni, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyła.

– Dzień dobry, Halinko. Można?

– Oczywiście Heniu, zapraszam.

– Zobaczcie, kto nas odwiedził. – Zwróciła się do męża i syna.

– O, wujo!

 

Mężczyźni podali sobie ręce i usiedli w salonie.

 

– Słyszałem, że macie szpicla ze Stołecznej, to prawda? – zagadnął brat matki.

 

– Nie wiem, czy to szpicel. Przyjechał pomóc przy sprawie z zabitymi dziewczynami. – Artur westchnął i wziął od matki tacę z ciastem i dzbankiem kawy. – Już rok bujamy się z tym chujstwem.

 

– Arturku, prosiłam, żebyś nie używał rynsztokowego słownictwa. – matka zwróciła się do syna. –

Napełniła filażanki kawą i rozdzieliła ciasto. – Zostawię was samych, moi drodzy. Nie przywykłam do szorstkich, męskich rozmów. Pójdę poczytać.

 

– No to mów. – wuj Henryk ponownie zwrócił się do siostrzeńca, kiedy kobieta wyszła z salonu.

 

– Co mam mówić? Wuj wie, jak jest. Mamy cztery zabite dziewczyny, które nie mają wspólnych cech i nic, co mogłyby nas naprowadzić. Jesteśmy w murzyńskiej dupie.

 

– Ale chyba macie pewność, że zabił je ten sam sprawca? Jeśli tak to musi mieć tożsame modus operanti. Coś, co zawsze robi, albo zostawia. No, pomyśl.

 

– Jest coś takiego. Guziki.

 

– Guziki? – powtórzył pytająco ojciec.

 

– Tak, tato. Guziki. Pierdolone guziki. Przy każdej z ofiar był jeden niewielki guzik w kieszeni. Według opinii fachowców, to rzadkie okazy z masy perłowej. Kolekcjonerskie i kurewsko drogie.

 

– To bogacz wam się trafił! – Rzucił ojciec.

 

– Nie wiemy czy bogacz, wiemy, że psychol. Może je ukradł i teraz bawi się z nami w ciuciubabkę. Pierdolony zwyrol! – Młody Borówka, aż zatrząsł się ze złości.

 

Mężczyźni porozmawiali jeszcze około godziny, po czym wuj się pożegnał i wyszedł. Kilka minut później syn państwa Borówka również się pożegnał i pojechał na komendę.

 

(Kilka dni później.)

 

– Borówka, rozłącz się, telefon do ciebie na drugiej linii! – Sztabowy Kruk wyglądał na przejętego swoimi obowiązkami.

 

– Halo, Borówka przy telefonie.

 

– Artur, to ja. Trzy dni myślałem o tych guzikach. Trzy dni spać nie mogłem. Ten wylew trochę narozrabiał w mojej głowie, ale przypomniało mi się. Artur, słuchaj, musisz, pojechać do archiwum i przejrzeć sprawy z siedemdziesiątego czwartego. Słyszysz chłopcze? To już miało miejsce, teraz się powtarza. Artur szukaj w archiwum. – w słuchawce rozległ się chrypiący kaszel starszego mężczyzny.

 

– Dobrze wuju, jeśli jesteś pewny, to pojedziemy do archiwum. – Borówka niepewnie wypowiedział słowa i rozłączył się.

 

– Chodź. – zwrócił się do Nowika.

– Gdzie?

– Zobaczysz.

 

Po czterdziestu minutach siedzieli nad teczkami opatrzonymi nazwą Guzik/74.

 

– Zobacz identyczny modus operanti! – Podekscytowany Emil Nowik zwrócił się do Artura Borówki – Kurwa, to te same pierdolone guziki! Czy to możliwe, żeby sprawcą był ten sam człowiek?

 

– Tutaj nic nie ma o sprawcy. Nie złapali go. W ciągu pięciu lat zaszlachtował jedenaście kobiet. Wszystkie miały guziki z tego samego rodzaju. Ale gnój się wywinął. Minęło ćwierć wieku, myślisz, że tyle by czekał, żeby ponownie zabijać? – Borówka głośno myślał i nie krył irytacji. – Zabieramy to i jedziemy pokazać Staremu, co udało nam się odszukać.

 

ON

Obudził się później, niż planował. Zrelaksowany, wypoczęty i głodny, jak wilk. Zjadł obfite śniadanie i pomyślał chwilę, jak mógłby spędzić tydzień zaległego urlopu. – Październik jest zimny i mokry. Nie nastraja do podróży, ani w góry, ani nad morze. Poza tym nad morzem byłem rok temu. Gdyby nie lało mógłbym pojechać w góry, ale przy takiej pogodzie, to można, co najwyżej w domu siedzieć. – Rozmyślał, pakując rzeczy do małej torby podróżnej. – Do Czech jest blisko, napiję się dobrego piwa i zobaczę Wojaka Szwejka.

 

Poszedł do sypialni rodziców, w której niczego nie zmienił. Z trudem przeciągnął dywan ze stojącym na nim łóżkiem o jakieś pół metra. Ukucnął, odchylił tapetę, podważył cegłę i wyjął srebrną szkatułkę na kluczyk. Otworzył jednym ruchem, siegnął po dwa z dziesięciu, perłowych guzików. Wyjęte schował w zakładce spodni. Zamknął szkatułkę, przekręcił kluczyk, który z innymi kluczami włożył do kieszeni. Cegłę wsunął na miejsce. Poprawił tapetę. Dywan z łóżkiem przeciągnął z powrotem pod ścianę.

 

Uśmiechnął się na myśl, że może kontynuować ojcowskie magnum opus w spokoju.

 

___

12 grudnia obchodzimy Dzień Guzika

Edytowane przez ais (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Brutalny gwałt, zaszyte usta, szukają go, a tu guzik w kieszeni — uwielbiam takie historie na śniadanie przy kawie.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Jest kilka błędów w narracji i dialogach, ale kogo dziś stać na korektora?

 

Pozdrawiam.

  • ais zmienił(a) tytuł na Kryptonim Guzik/99 - Foto-Zabawa 4
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

W powyższym fragmencie można poprawić kilka rzeczy:

  • oddzielić opis od myśli bohatera przy pomocy akapitów i myślników, bądź cudzysłowów
  • połączyć krótkie zdania należące do tej samej sceny
  • Rozbić monotonię opisu w końcówce: Otworzył/Wyłączył/Usiadł i tak dalej.
  • „Otworzył okno/Zamknął okno” brzmi nie najlepiej. Lepiej nie powtarzać.

 

 

Jedna z wielu możliwych sugestii:

 

Siedział przy kuchennym stole i dopijał kawę. Uchylił okno i zapalił papierosa.

„Przed pracą pojadę na cmentarz i zawiozę kwiaty na grób. Na szczęście pracuję na późniejszą godzinę, więc nie muszę się spieszyć i jeszcze będę miał czas, żeby kupić owoce i podjechać do Zakątka. Ona lubi mandarynki, ale nie lubi nikotyny.”

Zamyślony głęboko, zaciągnął się papierosem i zgasił wypalonego do połowy. Otworzył okno i poszedł się ubrać. Z dworu powiało świeżym powietrzem. Po kwadransie był gotowy. Wyłączył radio i skierował się do wyjścia. Samochód czekał na niego na ulicy przed domem. Usiadł za kierownicą, mimowolnie spojrzał na siedzenie obok i spanikował.

„To nic wielkiego, nic wielkiego.”

 

Podobnie można doszlifować dalszą część tekstu.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

O, kurczę!

Nie spodziewałam się komplementu takiego kalibru. 

@jan_komułzykant Bardzo mi miło i ogromnie mnie cieszy, że spodobało się opowiadanko, tym bardziej, że to mój pierwszy i jak na razie ostatni kryminał :)))

 

Skrzydełka mi ciut urosły :] Jeszcze raz bardzo, bardzo, bardzo dziękuję!

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @KOBIETA Nie zapeszaj. Czekam na wynik badania poziomu testosteronu ;)
    • Pierwszy rok na Politechnice Gdańskiej - wydział  chemii.  Dlaczego zacząłem studiować chemię. Odpowiedź prosta tylko dla mnie i chyba dla mojej córki. One też zaczęła studiować kierunek którego nie rozumiała . Ona informatykę - systemy inteligentne. Ja chemię - bo jestem mało inteligentny. Początek był dobry.  Semestr zaliczony - niby drobiazg, a jednak w tamtych czasach zaliczenie czegokolwiek miało smak przeżycia.     Życie w Trójmieście mi odpowiadało.  Miasto było większe niż ja, a ja byłem mniejszy niż moje wyobrażenia o sobie. W ciągu dnia: wykłady, zapach kredy i odczynników, bar studencki w piwnicach Gmachu Głównego gdzie konsumowałem szybką bułkę z serem, mortadela czy innym wynalazkiem PRL-u. Studencka  codzienność i to nieustanne poczucie, że wreszcie jestem „gdzieś”.    Wieczorami: rozmowy, alkohol, dym papierosów, dźwięk rozgłośni  studenckiej, imprezy, nielegalne kasety z filmami z za żelaznej  kurtyny – oglądaliśmy nie tylko pornograficzne filmy , ale również klasykę typu Czas Apokalipsy czy pierwsza ekranizacja „Diuny” ze Stingiem Davida Lyncha z 1984 roku.     Klub „Orbial” w domu studenckim nr. 7 zapewniał również taki repertuar.    Co prawda godziny seansów były późne, ale nikomu  to nie przeszkadzało.   Takie czasy.       Każdy miał swój sposób na życie, swoją technikę oddychania w kraju, który oddychał pod nadzorem.    Takie czasy. Wystarczyło spojrzeć na twarze w tramwaju, na ruchy dłoni w kiosku, na to, jak ludzie kupowali gazetę i jak ją czytali - szybko, pod kątem, jakby treść mogła zostawić ślad.     Było w tym wszystkim coś z codziennej nauki ostrożności: nie wyróżniaj się, nie podskakuj, nie zadawaj pytań w niewłaściwych miejscach. A ja, świeżo zaliczony, świeżo przyjęty do miasta i jego rytmu, robiłem dokładnie odwrotnie.     Oczywiście 13 grudnia poszedłem do kościoła św. Brygidy. Sam. Nie wiem do dziś, czy to była kwestia urodzenia, pochodzenia, charakteru, czy może jakaś osobna odmiana niepokoju - taka, która pcha człowieka w stronę wydarzeń, w których może dostać w twarz historią. Wtedy myślałem, że to odwaga.  Dziś myślę, że to raczej mieszanka młodzieńczego głodu sensu i naiwnej potrzeby, żeby sprawdzić, czy jestem kimś więcej niż studentem z indeksową tabelką. Moi koledzy ze studiów byli odważni inaczej. Albo mądrzejsi ode mnie.  Albo ostrożniejsi - co w tamtym kraju było niemal synonimem rozsądku. Mieli swoje argumenty: „Po co ci to?” „Chcesz kłopotów?”  „Masz przyszłość, ucz się”. Ich przyszłość i moja przyszłość wyglądały podobnie: dyplom, praca, może rodzina, może ucieczka w prywatność.  A jednak ja nie umiałem wtedy unikać okazji, które pachniały ryzykiem.   To brzmi jak poza, ale w tamtym momencie czułem coś prostszego: adrenalinę i chęć wykrzyczenia nie. Tylko komu? Systemowi?  Dorosłości? Samemu sobie? Do dziś nie wiem. Kościół św. Brygidy był wtedy czymś więcej niż kościołem. Był znakiem. Miejscem, które system próbował oswoić, a nie potrafił. Symboliczną twierdzą „Solidarności”, schronieniem i sceną zarazem. Tego typu miejsca mają swoją temperaturę: wchodzisz i czujesz, że ludzie oddychają inaczej, że powietrze jest gęstsze od zwykłych modlitw. Na zewnątrz Gdańsk, jak zawsze - latarnie, bruk, zimno, tramwaje. W środku - suma wielu oddechów i spojrzeń. Msza za Ojczyznę.  Niby zwykłe słowa, a jednak w tamtych latach to brzmiało jak deklaracja.  Ludzie przychodzili nie tylko po pocieszenie. Przychodzili, żeby się policzyć, żeby się zobaczyć, żeby powiedzieć sobie bez słów:  „jeszcze Polska nie zginęła”. Było w tym coś z rytuału i coś z mechaniki oporu. Zbierali się ci, którzy nie chcieli zapomnieć, i ci, którzy nie mogli zapomnieć. Nie pamiętam wszystkiego. Pamiętam raczej fragmenty, jak zdjęcia wywołane w pośpiechu. Zimne powietrze na twarzy po wyjściu. Ktoś obok, kogo nie znałem, a z kim łączyło mnie to, że staliśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie. Szeptane rozmowy. Ściszone głosy. Czasem krótkie, nerwowe śmiechy - jakby ludzie na moment chcieli oszukać własny strach. A potem to, co zwykle przychodziło po mszy. Plac przed kościołem. Kilkaset osób - mniej niż w poprzednich latach, ale wciąż znacząca grupa.  Zgromadzenie, które samo w sobie było już komunikatem:  Pamiętamy. 13 grudnia - rocznica stanu wojennego - był wtedy jednym z najważniejszych dni oporu. Rocznice mają w sobie moc: potrafią przywrócić gniew, porządkować wspomnienia, otwierać stare rany. A w kraju, gdzie rany były codziennością, rocznice stawały się punktami zapalnymi. Ktoś zaczął skandować.  Najpierw cicho, jakby sprawdzając, czy gardło się nie przestraszy własnego głosu.  Potem mocniej. „Solidarność!” -proste słowo, a brzmiało jak cały program. „Precz z komuną!” - hasło bardziej surowe, bardziej wprost. „Uwolnić więźniów politycznych!” -  to miało w sobie ten rodzaj konkretu, od którego system dostaje wysypki. W tamtym czasie konkret był niebezpieczny. Pojawiła się próba przemarszu. Ludzie chcieli ruszyć w stronę Huciska, dalej w kierunku Śródmieścia. Jak zwykle w takich sytuacjach było w tym trochę spontaniczności i trochę marzenia. Marzenia o tym, że jeśli pójdziemy razem, to ulica na chwilę przestanie należeć do nich. Że miasto zobaczy. Że ktoś usłyszy. Ale miasto miało też swoje drugie ucho. ZOMO. To słowo do dziś ma ciężar.  Kiedy je wypowiadasz, czujesz metal w zębach. Pamiętam ich ruch jak mechanizm: szybki, pewny, z góry zaplanowany. Wchodzili w tłum, rozbijali go, cięli go na mniejsze kawałki, tak jak się rozcina wstążkę - bez emocji, bez wahania, bez rozmowy. Mundury, pałki, tarcze. Hałas, krzyk, ucieczka. Zimno, które nagle przestaje być najważniejsze. Też wtedy dostałem. Pałą. Nie z bohaterstwa. Z prostego faktu: byłem w tłumie. W złym miejscu. W dobrym miejscu, zależy jak patrzeć. Pamiętam bardziej zdziwienie niż ból. Jakby organizm nie nadążał za tym, że dzieje się coś „na serio”.  I pamiętam, że tłumaczyłem: „za wolną Polskę”. Jakby słowa mogły zatrzymać kij. Jakby ktoś tam, po drugiej stronie tarczy, chciał rozmawiać. Nikt nie chciał. Wróciłem. Sam. Żywy. Trochę pogubiony. Trochę dumny. Trochę wściekły. Nie wiem, które uczucie było większe. Tak czy inaczej - nigdy nie żałowałem  . Dziś, gdy patrzę na to z dystansu, widzę w tym wieczorze jednocześnie dziecinność i coś bardzo czystego: potrzebę postawienia granicy. Nawet jeśli ta granica była tylko w mojej głowie. Czasem myślę o tamtym „nie” i porównuję je z dzisiejszym „nie”. Dziś system też potrafi mnie wkurzać. Też jestem na nie. Tylko że dzisiaj częściej nie mam z kim wyjść na ulice. Ludzie są obok, ale rozproszeni. Każdy w swoim ekranie, w swoim zmęczeniu, w swoim „to nic nie da”.  I jeśli już ktoś krzyczy, to często robi to tak, że odbiera krzykowi sens. Współczesne protesty mają swoich liderów, a ja mam w sobie alergię na liderów, którzy robią z ludzi narzędzie albo dekorację. Nie mam ochoty oddawać własnego gniewu w cudze ręce. Zresztą - im jestem starszy, tym częściej widzę, jak łatwo jest krzyczeć, a jak trudno budować. W latach 80. był jakiś Wałęsa. Wtedy nie udzielał takich wywiadów jak dziś.  Wtedy był symbolem. A symbole mają to do siebie, że łatwo im wybaczyć, bo symbole nie muszą być mądre - muszą być wyraźne. Generalnie podobno ludzie z wiekiem mądrzeją. Jak widać, nie wszyscy. Czas potrafi dopisać człowiekowi zmarszczki, ale nie dopisuje automatycznie rozsądku. Czasem dopisuje pychę. Czasem gorycz. Czasem teatr. Ja w tamtym czasie nie analizowałem. Nie rozliczałem. Nie miałem skomplikowanych ocen. Byłem studentem, który wyszedł z mszy i wszedł w historię tak, jak się wchodzi w zimną wodę: gwałtownie, bez zastanowienia, z oddechem wstrzymanym z szoku. I to był dopiero początek. Bo 13 grudnia 1984 nie zamknął mi tematu ulicy. On mi go otworzył.  Pokazał, że miasto ma swoje podziemne nerwy, że w tłumie człowiek przestaje być samotny, choćby na chwilę. Pokazał, jak szybko euforia zamienia się w strach i jak szybko strach zamienia się w wściekłość. Pokazał, że można wrócić do akademika i jednocześnie nie wrócić do siebie sprzed kilku godzin. A potem przyszła wiosna. Zaliczenia, rozmowy, plotki, wytarte schody na wydziale, zapachy laboratoriów i ta dziwna dwoistość życia: z jednej strony normalność, z drugiej coś, co czai się pod skórą. Wiosna w tamtym kraju nie była tylko porą roku. Była obietnicą, że coś się znowu wydarzy. I wydarzyło się. Pierwszego maja 1985 roku Gdańsk znów miał swoje święto - to oficjalne, sztandarowe, kontrolowane. I swoje drugie, nieoficjalne, prawdziwe - takie, w którym człowiek idzie nie po to, żeby wypełnić obowiązek, ale po to, żeby sprawdzić, czy jego „nie” nadal ma głos. Tamten 13 grudnia był jak pierwszy akord. Taki, który brzmi w uszach jeszcze długo po tym, jak ucichnie muzyka. Pierwszy maja 1985 był już całą piosenką. I o tej piosence chcę napisać dalej. Przez lata miałem swoją prywatną, szkolną metodę na pierwszomajowe pochody. Metodę starą jak PRL, sprawdzoną jak ściąga pod ławką: iść do szkoły, odstać swoje przy zbiórce, policzyć twarze kolegów, a potem - kiedy tylko da się zniknąć bez świadków -rozpłynąć się w mieście. W podstawówce znikało się na lody. W ogólniaku znikało się na piwo. Ten dzień, który miał być obowiązkową radością, był dla mnie obowiązkową ucieczką. Ucieczką od tłumu niesionego na pałeczce propagandy, od sztandarów, które nie należały do mnie, od sztucznego „hurra” w mieście, które na co dzień mówiło szeptem. Ale w 1985 roku pojawiła się nowa możliwość. Drugi wybór, drugi rytm, drugi pochód.  I ta wersja pasowała mi bardziej. Może dlatego, że była ryzykiem. Może dlatego, że nie udawała. Może dlatego, że po 13 grudnia 1984 w św. Brygidzie miałem w sobie już ten rodzaj napięcia, którego nie da się rozbroić spokojem akademika. Tamten grudniowy wieczór nauczył mnie, że ulica ma temperaturę, a tłum ma sumienie.  Że można dostać pałą i wrócić - nie jako bohater, raczej jako ktoś, komu się na chwilę udało dotknąć prawdy.  Wiosna 1985 przyszła więc nie tylko z zielenią. Przyszła z prądem. Pierwszego maja o dziewiątej pojawiłem się na Końskim Targu, gdzie zbierał się pochód antyrządowy.  Tłum nie był imponujący.  Dziś powiedziałbym: „poniżej tysiąca osób”, wtedy oceniłem to bardziej instynktem niż miarą.  Sami młodzi.  Ulica wyglądała jak zbiórka przed meczem, tylko bez kibicowskich barw. Było w tym coś wesołego, prawie niewinne poczucie wspólnoty: „idziemy”.  Ktoś miał głos do okrzyków, ktoś przyniósł coś, co miało być transparentem, ktoś żartował, że w razie czego „to my tylko spacer”.  Było wesoło. Tak jak wesoło potrafi być w kraju, w którym wesołość jest formą nieposłuszeństwa. Ruszyliśmy Końskim Traktem.  I to jest ważne: my szliśmy swoją trasą, a tam, na Alejach - Aleją Zwycięstwa - szła oficjalna, „prorządowa” rzeka. Jedna rzeka miała sztandary, trybunę honorową, orkiestrę i uśmiech do kamery. Druga rzeka miała młodość, okrzyki i tę specyficzną mieszankę brawury z improwizacją. W okolicach dzisiejszej Opery Bałtyckiej - wtedy to się mówiło „filharmonia” i ludzie nie musieli precyzować, bo każdy wiedział, że chodzi o ten gmach przy Alejach - połączyliśmy się z oficjalnym pochodem. I to było jak wejście w cudzą piosenkę, w której nagle zaczynasz śpiewać inną melodię. Plan był prosty, prosty jak młodość: „przed trybuną honorową damy czadu”.  Prawie się udało. Zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie oficjalny pochód zwalniał, prostował się i nabierał tej szczególnej dyscypliny tłumu, który ma być „dobrze widoczny”.   Trybuna w PRL była jak scena w teatrze: tam stali oni, a tu maszerowali ci, którzy mieli udawać, że idą z radością. I kiedy podchodzisz do trybuny, czujesz się jak aktor, nawet jeśli wcale nie chcesz grać. My natomiast chcieliśmy zagrać inaczej. „Precz z komuną!”  „Solidarność!”  „Uwolnić więźniów politycznych!” - te hasła niosły się prosto, bez ornamentów. Atmosfera była jak na odpuście w Boże Ciało: tłum, ruch, poczucie, że to święto, tylko że tu nie było monstrancji, tylko zaciśnięte gardła.  Przez chwilę wydawało się, że to działa.  Że oficjalny pochód się miesza, że ludzie słyszą, że ktoś się uśmiecha, ktoś spuszcza wzrok, ktoś udaje, że nie słyszy, ale jednak słyszy. Prawie się udało. A potem, jak to w tej historii bywa, Imperium kontratakuje. Oddziały ZOMO wkroczyły w tłum. To nie było wejście na spokojnie, to była ingerencja w żywe ciało. Nagle zniknął śmiech, zniknęła „piosenka”, zniknął rytm pochodu, a pojawił się rytm pałki. Ten dźwięk pamięta się lepiej niż melodie: stuk, uderzenie, krzyk. Pacyfikacja.  Czyli, mówiąc wprost: wpierdol. Założyłem rękawiczki i zacząłem uciekać. Dlaczego rękawiczki? To był mój pierwszy „kurs przetrwania”, wykład wygłoszony przez kolegów-ziomków z Braniewa, których w Gdańsku miałem kilku - kilku studentów i kilku pracowników stoczni. Lubili takie sporty ekstremalne.  Oni traktowali to nie jak demonstrację, tylko jak dyscyplinę: trzeba wiedzieć, gdzie biec, jak oddychać, kiedy zniknąć. Mówili: „jak cię złapią, pierwsze: pokaż ręce”.  Szukają śladów ziemi po rzucanych kamieniach i farby. Farby? Przed pierwszym maja zawsze było wiosenne malowanie płotków odgradzających tory tramwajowe na Alei Zwycięstwa. Przypadek czy mądrość władzy ludowej - do dziś nie wiem. Wiem tylko, że farba zostaje na rękach jak podpis. Jedynym kierunkiem, w którym mogłem uciekać, był kierunek zachodni – czyli na  Oliwę. Przebiegłem skrzyżowanie za Operą i skręciłem w pierwszą ulicę w prawo. Nie biegłem sam -  biegło nas kilku. Przez chwilę miałem wrażenie, że uciekamy jak dzieci po psikusie. Szybko przestałem mieć to wrażenie. Przed szkołą Conradinum trafiliśmy na pluton ZOMO. W tył zwrot - też ZOMO. Pat.!  Ślepa uliczka w środku miasta. Dyskretnie zdjąłem rękawiczki ubrudzone farbą i ziemią. Wcześniej nie odmówiłem sobie rzutu rozbitym gruzem z płyty chodnikowej w funkcjonariusza - dlatego szybko pozbyłem się dowodów. Wtedy człowiek myśli krótkimi zdaniami.  „Nie daj się złapać”. „Nie pokazuj brudnych rąk”.  „Oddychaj”.  „Biegnij”. Dostałem kilka uderzeń pałką.  I usłyszałem: „Pokaż ręce”. Pokazałem.  Czyste. Bez odcisków - nierobotnicze. Kapral orzekł: czyste, ale kurwa inteligencki, pierdolony student – do budy  z nim .  Dwóch zomowców już mnie wlecze do milicyjnego samochodu „Nysa”, a ja myślę: no to będę męczennikiem, będę miał swoją „historię”. Niestety – historii nie mam. Jakiś nadgorliwy szeregowiec krzyczy: - „Panie kapralu, mamy już tylko dwa wolne miejsca. -  Puśćmy go, bo jest  jeszcze kilku , co ma ujebane ręce”. Kapral powiedział „dobrze”. Dostałem kilka pał na drogę. Starali się bić po głowie, ale zasłaniałem się rękami. Sińce zostały, ale zawsze to lepsze niż pokiereszowana twarz.  Pobiegłem dalej.  Miałem jednak  farta. Ci, którzy nie przeszli takiej „pozytywnej weryfikacji”, poszli dalej tzw. „ścieżką zdrowia” i wylądowali w Zakładzie Karnym  na Przeróbce.  Ja biegłem dalej. Do akademika miałem już blisko. Minąłem Dom Nauczyciela, poczułem ten rodzaj ulgi, który trwa trzy sekundy, bo zaraz przychodzi nowy kadr: pod wiaduktem na Miszewskiego kolejny pluton ZOMO. Jakby miasto było planszą, a oni figurami, które przesuwają się szybciej. Robię zwrot i próbuję bocznymi uliczkami koło konsulatu chińskiego dotrzeć do al. Grunwaldzkiej. Udało się. Dobiegam do apteki na skrzyżowaniu Grunwaldzka–Miszewskiego i widzę coś, czego w PRL prawie się nie widziało: Wiktorię. Milicja w odwrocie. Deszcz kamieni zmusza kolumnę samochodów milicyjnych do wycofania. Plutony rozbite - tak to wtedy widziałem.   I pamiętam obraz jak z filmu, tylko że film był kręcony w mojej głowie i w moim oddechu. Trzech zomowców wbiega do bramy za byłą księgarnią na skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Miszewskiego, goniąc kilku nastolatków, którzy rzucali w nich kamieniami.   Po minucie wybiega z bramy tylko dwóch, bez tarcz i bez kasków.  Za nimi wybiega trzech młodych ludzi, dobrze zbudowanych, z ich milicyjnymi pałkami.  I tych trzech „małolatów”, co wbiegło wcześniej - ale już w kaskach. A za nimi jakiś ośmiolatek, który ciągnął na sznurku tarczę zomowca, tak jakby ciągnął sanki zimą. To było absurdalne i piękne zarazem.  Jakby na chwilę świat stanął na głowie i to była jedyna słuszna pozycja. Bardzo mi się to podobało. Widać było, że ktoś to organizuje. Kto? RSA – ci, o których historia zapomina RSA, Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, był osobnym nerwem gdańskiej opozycji. Anarchizujący, kontrkulturowy, bez ambicji „wejścia do władzy”.  Krytyczni wobec władz - oczywiście.  Ale krytyczni też wobec części podziemnej „Solidarności”, bo nie chcieli „samoograniczającej się rewolucji”. To była mieszanka: bunt, kontrkultura, kabaret, punk, polityka i ideowy eksperyment. Dziś mało kto pamięta. Nie poszli w politykę. Walczyli o idee - o wolność. O takich historia zapomina łatwo, bo historia lubi tych, którzy kończą w gabinetach. Ja pamiętam, bo było mi do nich blisko. Pamiętam barykadę na wysokości restauracji „Pod Kominkiem”. Zamaskowanych młodych ludzi, ubranych na czarno. Napisy na ubraniach: RSA.  Czułem  się jakbym brał udział w powstaniu warszawskim - wiem, że to porównanie przesadzone, ale emocja była podobna: jest ostro, jesteśmy w natarciu, wygrywamy. Przez chwilę czujesz, że miasto należy do ludzi, nie do pałek. Było ostro. Dom przy al. Grunwaldzkiej 116a. Oddział ZOMO schował się tam przed nami.  W tłumie padały różne propozycje. Część demonstrantów już spuszczała benzynę z okolicznych samochodów.  I tu pojawia się granica: nawet najbardziej rozjuszony tłum potrafi mieć hamulec, kiedy w grę wchodzą mieszkańcy. „A jeśli są tam ludzie?” - to pytanie padło jak kubeł zimnej wody. Pewnie by podpalono, gdyby to był pusty budynek.  Ale to nie był film. To było miasto. Padły strzały - tak pamiętam, choć uczciwie powiem: w tamtym chaosie równie dobrze mogły to być petardy albo huki, które w głowie brzmią jak broń.   Ofiar nie było, ale tłum był rozjuszony i „koktajle Mołotowa” już się pojawiały jako idea, jako możliwość.   I wtedy od strony dworca PKP nadciągnęły posiłki ZOMO. Do samosądu nie doszło. Miasto, które przez chwilę miało przewagę, zaczęło się cofać. Tłum powoli uległ rozproszeniu. Ja też. Już bez niespodzianek, ulicą Wajdeloty dotarłem do Domu Studenckiego nr 7 „Orbital” przy Leczkowa. Zawsze mnie uderzało, jak blisko akademika potrafi być historia - kilka ulic, kilka oddechów, kilka zakrętów. W akademiku świat wraca do swoich rytuałów: portiernia, tablica ogłoszeń, zapach korytarza. A ty wracasz z innym rytuałem: z rytmem pałki w kościach. Portierka Stasia, jak zobaczyła mnie i moje posiniaczone ręce, popukała się w głowę i zapytała: - Warto było? Odpowiedziałem krótko: - Warto. I to była odpowiedź młodości.  Młodości, która wierzy, że warto, nawet jeśli nie umie jeszcze dokładnie powiedzieć dlaczego. Młodości, która ma w sobie „nie” bez programu, ale z serca. Dziś programy bywają głośniejsze, a serca cichsze. Wtedy było odwrotnie. Pierwszy maja 1985 był całą piosenką. W tej piosence były okrzyki, cisza, ból, śmiech, strach i ten nieprzyzwoicie piękny moment, kiedy ośmiolatek ciągnie tarczę ZOMO jak sanki, a miasto na sekundę robi się normalne. I o tej piosence będę pisał dalej — bo ona nie skończyła się na Grunwaldzkiej. Ona we mnie została.  
    • nie istnieje miłość między nami,  tylko lęk i jeszcze coś - skrzydła połamane    nie istnieje miłość tylko poraniona kora  od drzewa oderwana,  ona cierpi i drzewo też    a może to miłość...    
    • @Lenore Grey   Śliczne obrazy, różne rodzaje milczenia. Figa za murem, piwonia w chusteczce, kry w rzece - wszystko tu jest albo ukryte, albo zawinięte, albo spowolnione. Pięknie niedopowiedziane.
    • @KOBIETA dla siebie:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...