Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Historia Elen. Ciąg dalszy. 

 

  Georg coraz bardziej angażował się w związek z Elen. Przeprowadził się do niej na stałe, dzięki czemu i dla Evy u mnie zrobiło się miejsce. Georg zakochał się w Elen. Zakochał się z wzajemnością. Elen u boku Georga zawsze była pogodna i uśmiechnięta. Jednak Georg poznawał Elen na co dzień i wiedział, że miewa również złe dni, a koszmary zdarzeń z przeszłości ciągle ją prześladują. W końcu podobnie jak Jack, postanowił ją inwigilować. Wiedział doskonale, że to niemoralne i złe. Miał takie same wyrzuty sumienia jak Jack, jednak to zrobił bo chciał jej pomóc. Chciał sprawdzić jaki jest rzeczywisty stan jej duszy, o czym naprawdę myślała. Był zaskoczony że jest aż tak źle. Zobaczył że Elen wciąż czuje się upokorzona i skrzywdzona i że wspomnienia z chwili gwałtu, jak również z sali sądowej, gdzie jej słuszne racje przegrały ze sprytem dobrze opłacanych adwokatów, są ciągle żywe, jakby zdarzenia miały miejsce wczoraj. Nosiła w sobie wielkie poczucie niesprawiedliwości a koszmary z przeszłości prześladowały ją niemal codziennie. Wiele pozornej radości, którą eksponowała w kontaktach z nami wszystkimi oraz z samym Georgiem, była udawana.

Georg ją kochał i jak tylko nadarzyła się okazja, postanowił jej pomóc. Chciał wyciągnąć ją z depresji, jednak nie tak, jak robią to terapeuci ze swoimi pacjentami, to znaczy przez długotrwałe budowanie poczucia własnej wartości, ale w inny, szybszy sposób. Georg wiedział, że depresję można leczyć w wielokrotnych seansach wsparcia psychologicznego, ale równie dobrze a nawet znacznie lepiej jest usunąć przyczynę depresyjnego stanu. To metoda niezawodna, choć nie zawsze możliwa do zrealizowania. Georg wiedział, że tego co Elen zrobiono nie da się odwrócić, ale poczucie sprawiedliwości da się jednak odzyskać. Zwłaszcza jeśli dysponuje się potężną bronią o wielkich możliwościach. Z tego właśnie powodu miejscem ostatnio odwiedzanym podczas jego indywidualnych sesji z naszymi technicznymi zabawkami stała się siedziba firmy, której właścicielami byli dwaj biznesmeni o imionach Carl i Michael. 


Pierwszym co zaobserwował Georg było to, o czym najczęściej myślał Michael. Otóż pomimo tego, że miał młodą żonę i dwójkę małych dzieci, to równie często a nawet zdecydowanie częściej jak o interesach i rodzinie, myślał o Isli. Georg szybko zorientował się kim dla Michaela była Isla. Podsłuchał kilka rozmów telefonicznych pomiędzy nią a Michaelem. Takich rozmów było po kilkanaście dziennie i podsłuchiwanie ich nie stanowiło dla Georga specjalnego problemu.

Isla pracowała w korporacji i zanim Michael nie podjął wraz z Carlem własnego biznesu, to była jego sekretarką. Choć wspomnienia o niej, które przelatywały przez głowę Michaela były zazwyczaj kilku czy kilkunasto- sekundowe, to Georg podglądał je z żywym zainteresowaniem. Mogłyby być inspiracją dla hinduskich mistrzów do napisania kolejnej, wyuzdanej części Kamasutry. W czasie każdego z piętnastominutowych seansów, Michael myślał o niej przynajmniej dwa lub trzy razy. Rozstanie z korporacją 
w żadnym razie nie było przyczynkiem do zakończenia ich słabo ukrywanego związku. Spotykał się z nią tak często, jak to tylko było możliwe, a głównym tematem poruszanym w bardzo skąpych namiastkach rozmów, było gdzie i jak. Mógł to być hotelowy pokój, ale równie dobrze polana w podmiejskim parku, parking w lesie czy kabina przebieralni w markecie. Wyłączną treścią ich spotkań był seks w formie niemalże zezwierzęconej. Podstawową formą komunikacji werbalnej pomiędzy Michaelem a Islą był szeroki katalog westchnień, jęków i zmysłowych krzyków. Rozumieli się tak dobrze, że byliby w stanie wyjęczeć i wywzdychać sobie nawzajem, babcine przepisy na ciasteczka. Angażowali się w istotę swojego związku bez opamiętania. Można by rzec, że w najbardziej dosłownym znaczeniu, pasowali do siebie.


Jednak Georga przede wszystkim interesowały sprawy biznesowe Carla i Michaela. Przy jednej z prób połączenia natrafił na ich rozmowę w siedzibie firmy. Tym razem trafił na to, czego szukał. Wspólnicy rozmawiali o interesach. Georga zainteresował jeden z fragmentów ich rozmowy:

 

- Carl, zobacz na tą listę referencyjną, są dwie nowe oferty,
wyglądają obiecująco. Warto się nimi zainteresować, można
nieźle zarobić.
- Pokaż, no rzeczywiście, fajne działki. Zaraz polecę żeby dział
 nieruchomości się nimi zajął. Niech tam dzwonią i jadą.
Trzeba się pośpieszyć, żeby nam korpo ich nie zwinęło.
- Dobrze że ją mamy.
- To prawdziwy skarb. Stary jesteś świetny, robisz robotę.
- W czwartek prześle nam następną listę.
- Niech uważa na siebie. Dałeś jej kasę?
- Pewnie, tyle co zawsze.
- Zasłużyła, zuch dziewucha. Nie za mało dostaje?
- No coś ty. Resztę daję jej w naturze.

 

 Obaj wybuchnęli śmiechem a Georg zobaczył krótkie wspomnienie Michaela, w którym ten bierze Islę w kabinie windy. Długo zastanawiał się nad tym co usłyszał. Postanowił, że wieczorem porozmawia o tym z Elen.


Kilka godzin później.

 

- Elen, chodź do mnie na chwilę.

 

Elen usiadła koło Georga i przytuliła się do niego. Była smutna w tym dniu. Depresja ciągle ją prześladowała.

 

- Nie będziesz się gniewać jak cię o coś zapytam?

 

Elen popatrzyła z ciekawością na Georga.

 

- Pytaj o co chcesz. 
- Powiedz mi kto to jest Isla?
- Skąd o niej wiesz?
- Coś wiem, trochę się dowiadywałem, mówiłem ci, że znam
ludzi którzy wiele wiedzą.
- Czy ci ludzie to jakieś służby? 
- W pewnym sensie.
- Z kim ty się zadajesz? Jakiegoś detektywa wynająłeś? Isla to 
 kochanka Michaela. Jego była sekretarka. Całe korpo o tym
wie. Sama kiedyś weszłam po coś do niego i widziałam jak
leżała na jego biurku.
- Ona była wtedy w tym hotelu?
- Nie, nie mogła jechać choć bardzo chciała, miała jakieś
rodzinne sprawy. Jej dziecko było chyba na coś chore.
- Ok, a powiedz mi co to jest lista referencyjna?
- Ci twoi znajomi naprawdę sporo wiedzą. Czy to ktoś 
z korporacji?
- Nie ważne, co to jest ta lista?
- To efekt pracy całego działu. Byliśmy tam podzieleni na
rejony i każdy ze swoich dzielnic miasta i jego przedmieść
szukał atrakcyjnych działek. Byli nawet tacy, co jeździli 
w teren, rozpytywali i szukali potencjalnych sprzedających.
- Co się działo potem?
- No, zbieraliśmy te wszystkie oferty do czwartku każdego
tygodnia i robili z tego listę referencyjną. Na tej liście jest
krótki opis działki, rodzaj działki, powierzchnia, cena jaką
sobie za nią życzą i kontakt do sprzedającego. Tej listy się nie
drukuje, jest tylko w komputerze i każdy z nas ją uzupełniał.
W każdy piątek ta lista szła na zarząd korpo i tam
decydowano którymi ofertami mamy się dalej zajmować,
 a które nie rokują dużych zysków.
- Czyli taka lista to efekt pracy całego działu?
- Tak, to efekt pracy kilkudziesięciu ludzi przez cały tydzień.
- Elen czy Jenifer dalej tam pracuje?
- Oczywiście, a czemu pytasz?
- Jesteś za nią pewna?
- Wiesz, tak naprawdę to na świecie mam tylko swoich
rodziców, ciebie i ją. Nigdy mnie nie zawiodła.
- Jak myślisz, byłabyś w stanie namówić ją, aby umieściła 
w czwartek na tej liście jedną działkę, a potem w piątek,
zanim lista pójdzie na zarząd, to tą działkę usunęła.
- Na pewno, ale po co? Co kombinujesz? Jaką działkę?

Georg przytulił mocniej Elen.

- Santa Clara Street 230.

 

Georg poczuł jak Elen na moment zesztywniała w jego ramionach. Przez chwilę zaniemówiła, ale w końcu się odezwała:

 

- Co ty kombinujesz? Isla? Ta ździra szpieguje dla nich?
- Nie wiem na pewno, ale co nam szkodzi to sprawdzić?

 

Poczuł jak serce przytulonej do niego Elen zaczęło bić mocniej i szybciej.

 

- Dobry Boże, coś ty wymyślił?

 

                       *****

Trzy miesiące później. 

 

Elen przejeżdżała ulicą Santa Clara i ze zdziwieniem zauważyła, że działka którą przyjeżdżała tu oglądać niecałe trzy miesiące temu, teraz wygląda zupełnie inaczej. Po placu zabaw dla dzieci nie ma śladu, a działka ogrodzona jest nowym blaszanym płotem. Zaparkowała i podeszła do ogrodzenia. Za płotem słychać było hałas. Pracowały ciężkie koparki a z działki wyjechała załadowana ziemią, wielka ciężarówka. Na nowym ogrodzeniu wisiała informacyjna tablica budowlana. Elen przeczytała napis:

 

- “Santa Clara Street 230. Budowa wielokondygnacyjnego
 budynku mieszkalnego. Inwestor: Carl Martin & Michael
Borreto - Partnership.”

 

Z jej oczu popłynęły łzy. Pierwszy raz od wielu miesięcy przestała czuć ten niedookreślony uścisk, który do tej pory dławił jej oddech i ściskał jej serce. Elen wydawało się, że stoi pod niewidzialnym wodospadem, a cudowna woda zmywała z niej brud, który trwale przywarł do jej ciała wiele miesięcy temu. Zobaczyła świat w innych barwach, jaśniejszych i żywszych. Po powrocie do domu, płacząc popatrzyła w oczy Georga.

 

- Przejeżdżałam przez Santa Clara Street. Ty wiedziałeś? Skąd
ty to wszystko wiesz? Georg, co wyście tam wymyślili w tym
laboratorium?

 

W tym momencie, bez żadnego powodu, Georg poczuł silny ból w lędźwiowej części kręgosłupa. Nigdy przedtem tego nie odczuwał. Usiadł nagle na kanapie. Elen zauważyła że cierpi.

- Co ci jest?
- Nie wiem, bardzo mnie zabolało, ale już przechodzi.

Elen zaczęła ratować Georga, masując jego plecy. Ból przeszedł po kilku minutach, ale szczęśliwa, zakochana 
w Georgu Elen, ku jego uciesze wcale nie chciała przestać.

 

                       *****

 

Trzy miesiące wcześniej, dziesięć dni po tym jak Georg prosi Elen o to, aby Jenifer umieściła działkę na liście referencyjnej. Georg podsłuchuje rozmowę Carla i Michaela 
w ich gabinecie.

 

- Ależ ci ze Schmitta są naiwni. Przecież mogli tą działkę
sprzedać znacznie drożej, jakby trochę dłużej poszukali.
- Nie chciało im się, lenistwo w biznesie nie popłaca.
- Carl, to był świetny interes, ale powiem ci więcej, to może
być interes naszego życia. Może będziemy mieli tyle
pieniędzy, że już do końca życia nic nie będziemy musieli
robić.
- Coś wykombinował?
- Pomyślałem, że mając już tak atrakcyjną działkę w najlepszej 
 z możliwych lokalizacji w City, wcale nie musimy szukać od
razu na nią kupca.
- Co chcesz z nią zrobić?
- Jest inwestor z którym dzisiaj rozmawiałem, który ma już
gotowy projekt sześćdziesięciopiętrowego apartamentowca.
To duży gracz na rynku drogich mieszkań dla bogaczy. Jego
projekt idealnie pasuje do naszej nowej działki. Warunki
zabudowy są odpowiednie do naszego projektu.
Rozmawiałem dzisiaj z prezesem. Powiedział, że może
 zlecić nam wybudowanie tej wieży w stanie surowym a firmy 
 z którymi oni od lat współpracują, by ją wykańczały. Jest
tylko jeden problem.
- Jaki?
- Oni chcą żeby za rok stał już gotowy budynek. Musielibyśmy
 zrealizować inwestycje za osiem miesięcy. Szybko załatwią
wszystkie zezwolenia. Biorą to na siebie, mają dobry kontakt
z burmistrzem.
- Chcesz budować wieżowiec? Nigdy takiej dużej inwestycji
jeszcze nie robiliśmy.
- No to co? pora zrobić. Wynajmiemy podwykonawców, już
wstępnie się pytałem, taką wieżę wybudują nam w osiem
miesięcy. Zarobimy fortunę. Zobacz, ten inwestor przysłał
nam już nawet wymagania do umowy.
- Pokaż, co tam pisze?
- Same oczywistości, że budynek ma być wykonany zgodnie
 z projektem, że ma być zabezpieczony przeciwpożarowo
zgodnie z wymaganymi przepisami, że stosowane technologie
mają być bezpieczne, że działka ma mieć warunki
geologiczne zapewniające stabilność posadowienia
fundamentów, że musi być możliwość podłączenia instalacji
grzewczej, elektrycznej, kanalizacyjnej, wodociągowej, że
należy przeprowadzić badania toksyczności zastosowanych
materiałów budowlanych i gruntu pod kątem
 dopuszczalnych stężeń substancji szkodliwych. Takie tam
 oczywistości. 
- Badał ktoś toksyczność gruntu?
- Co tam chcesz badać? Przecież ten teren jest otoczony
wieżowcami. Jak będą chcieli, to zbadają sobie sami po
odebraniu budynku. Żadne przepisy tego nie nakazują. Czym
ta działka miałaby się różnić od sąsiednich. Nie mamy czasu
i szkoda pieniędzy na takie badania.
- No właśnie Michael, odnośnie pieniędzy, to powiedz mi
 najważniejsze. Skąd weźmiemy ich tyle żeby to sfinansować? 
- To właśnie jest problem. Weźmiemy kredyt, ale takiego żeby
 starczyło na całość inwestycji nie dostaniemy.
- To co?
- Przecież możemy zainwestować własne oszczędności.
- Myślisz że to wystarczy?
- Pewnie nie, ale przecież możemy zastawić swoje domy.
- Mam zastawić dom? Baba się ze mną rozwiedzie.
- Nie musisz jej wszystkiego mówić.

 

Carl chwilę się zastanawiał.

 

- Choćby nawet to i tak jeszcze brakuje prawie pół miliona
dolarów.
- Ten inwestor nie mógłby nam dać zaliczki?
- Niestety nie, nigdy tak nie działają. Od odbioru budynku do
dwóch tygodni przelewają całą kasę na nasze konto, ale
zaliczek nie udzielają.
- Wiem gdzie możemy pożyczyć.
- Gdzie?

 

Michael wymienił nazwę instytucji pożyczkowej.

 

- Co takiego? Zwariowałeś? Chcesz od nich pożyczać
pieniądze? Przecież obaj wiemy, że to meksykańska mafia.
- No to co? Biorą wysoki procent, ale my potrzebujemy od
nich tych pieniędzy tylko na kilka miesięcy.
- A jak coś pójdzie nie tak?
- Co może pójść nie tak? Przecież wszystko przemyślałem.
Stary, jesteśmy bogaci, bardzo bogaci. Jak tylko odbiorą
budynek, to w przeciągu dwóch tygodni dostaniemy kasę.
Jedziemy potem na miesiąc na Hawaje. Na delegację
służbową, bez rodzin!

 

Obaj radośnie się roześmiali.

 

Tedy przerwał połączenie a Georg zamyślił się głęboko nad swoim planem. Pomyślał przy tym:

 

- “ Czy ja jestem zły? Elen, chyba mam dla ciebie prezent.”

 

...................................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...