Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Deszczowy dzień.  Jaskrawe słońce. Noc. Obskurna noc,

pełna ulicznych latarni.

 

… pełna niewyraźnych widm…

 

Moja matka urodziła mnie,

kiedy padał deszcz.

Urodziła smutek z oczami pełnymi nostalgii.

 

Padał wtedy deszcz.

 

Pamiętam, że pędziłem

przez życiodajne, rozległe polany, pełne lecących ptaków, kiedy nagle

― zapadłem się na dno zmętniałej wody, wchłonięty znienacka ze zdwojoną siłą…

 

Wchłonięty,

przez co?

Przez zapadłość okrutnego mroku.

… czarną otchłań stężałą w bezruchu.

 

Przez ukryte zjawy

znaczące krwią

mój powolny

powrót na ziemię…

 

Głową do dołu.

Do ciepłej groty

― przytulnej jak łono.

 

Aż do eksplozji światła rozpękłej w straszliwym skowycie echa.

By zasnąć wreszcie

w otulinie czyichś dłoni.

 

Gdy otworzyłem oczy, padał deszcz.

Stukały o parapet ostre krople.

Ściekały z pełnych szarego nieba okiennych szyb.

 

Padał wtedy deszcz,

podczas gdy ja,

tuliłem się w ciszy do niczego.

Do chłodnej powierzchni

aluminiowego blatu,

opuszczony w pomieszczeniu pełnym łez.

 

Za ścianą narastał czyjś przejmujący szloch.

Nie rozumiałem wtedy jeszcze niczego.

Nie rozumiałem, choć wiedziałem już, że byłem sam,

mimo że za ścianą

narastał czyjś

niespokojny oddech,

wzruszany koszmarami snu.

 

Za ścianą wzlatywały

okrutne widziadła,

machające postrzępionymi skrzydłami w niepojętym żalu.

Przedzierające się przez mżące piksele wysypującej się zewsząd samotności…

 

Padał wtedy deszcz.

 

A ja?

 

Wodziłem oczami przyzwyczajonymi już do tęsknoty.

 

Po krawędziach

przedmiotów.

Po awangardzie

kształtów

i wzorów.

… po jednolitej bieli…

 

Nie płakałem, choć moje oczy pełne były łez.

Ale nie płakałem,

wiedziony melancholią podczas niskiego lotu nad ziemią.

 

Leciałem, gdzieś za horyzont, za las.

Za granicę jawy,

zatopiony w jakiejś dziwnej substancji czasu.

Rozpoznając wyrastające

znienacka kształty. Chłodne. Zimne. I obce.

 

Bezwzględne w swojej potędze martwoty. Niewzruszone. Milczące…

 

Wychodzące naprzeciw stwory,

rozstępowały się znienacka, zatrzaskując się za mną, uniemożliwiając mi drogę ucieczki.

 

Pędziłem coraz szybciej,

meandrując pomiędzy

wzorami tapet,

które mrugały

do mnie porozumiewawczo.

 

I wyciągając

w moim

kierunku

wypustki, aksony…

 

Pędziłem, wchłaniany

przez żarłoczną nicość.

Tuż nad ziemią,

nad rozpierzchłymi

słojami podłogowej klepki…

 

Pędziłem długim korytarzem w trwającej jak przekleństwo ciszy.

Pędziłem jak kometa, rozciągając za sobą długi warkocz białych włosów.

 

Pędziłem co tchu

do swojego

zamkniętego świata,

szeleszcząc w powietrzu

jak wyrwana z zeszytu kartka…

 

Pędziłem, co tchu, targany porywistym wiatrem

w poszarpanej koszuli. Rzucony w przestwór zimnego deszczu…

 

Widziałem

schorzałą

śmiertelnie

twarz mojej matki.

 

A więc, to już tyle minęło czasu?

Uciekł mi on, nie wiadomo kiedy…

 

Moja matka już umarła,

nie doczekawszy pomocy w zgorzknieniu i żalu.

Nie doczekawszy wnuka. A więc, to już tyle minęło czasu?

 

Mignęły mi przed oczami kropliste neony.

Rozbłysły i zgasły, jak iskra życia.

Przede mną szelest wiecznych traw już bliski. Rozległe polany… Lecące wysoko ptaki…  

 

Mignęło wszystko,

jakby zaledwie

zmrużenie powiek.

 

Po co to i na co?

Jaki był w tym wszystkim sens?

 

Przede mną coraz bliższy huk wodospadów.

 

Patrzę na to wszystko

wielkimi oczami,

lecz nie płaczę,

mimo że są pełne łez.

 

Odczytuję w kompleksie ciszy

zatajone symbole, znaki…

W plątaninie opuszczonych korytarzy

jakiejś nieokreślonej budowli, pomiędzy życiem a śmiercią.

 

Lecz śpiew ptaków

coraz bliższy,

co biegnie lekko w powietrzu.

 

Przesiąknięty wilgocią porannej rosy, odlatuje w nieznane,

gdzieś ponad drzewami dotykającymi intensywnie błękitnego nieba.

 

Lecz śpiew

coraz bliższy…

 

Dotykam palcami powietrza…

… rozgarniam świetliste jego powłoki…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2022-07-31)

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Arsis Nie urodziłeś się w czasie deszczu, tylko z bardzo rzadko dominującym połączeniem wrażliwości z uczuciowością, które potrafisz doskonale ukryć i dostosować się do rzeczywistości. Tylko w wierszach jesteś sobą...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Nata_Kruk To jeden z najpiękniejszych manifestów małej wolności, jakie czytałam. Świetnie, że zaczyna się od pytania o Nią - "jaka Ona jest" - jakby obserwacja z dystansu, ale szybko staje się wyznaniem- "inaczej ze mną". I to "inaczej" to cała rewolucja.  Ta "maleńka tycia nie_zależność" - te podkreślniki są genialne. Nie "niepodległa" i nie "niezależność" jako wielkie słowa-sztandary, ale rozbite, podkreślone, jakby trzeba było je na nowo zdefiniować, przywłaszczyć sobie. Bo to nie o wielką wolność chodzi, prawda? To o prawo do wyjścia, "gdy kaprys poniesie", do wdychania "chłodów świtów" bez tłumaczenia się.  I potem dom - nie jako klatka, ale przestrzeń wolności- "pogłaszcze muzyka, zagada wersami kuchnia". Najważniejsze jest to, czego NIE ma- "nikt mi nie zamarudzi". Ta nieobecność komentarzy, ocen, pouczeń - to właśnie jest istota tej wolności. Nie robić nic albo robić co powinnam - ale na własnych warunkach. "Bo to moja maleńka - tycia nie_zależność" - to zdrobnienie w kontraście z mocą przesłania. Jakby mówiła: wiem, że w skali świata to niewiele, ale to moje i będę tego bronić. Bo wolność nie musi być wielka, żeby była bezcenna. I nie musi się kojarzyć z samotnością. Pozdrawiam.  Piękny wiersz! 
    • @Migrena Twój wiersz to prawdziwa eksplozja energii - ciało, duch i słowo stapiają się w jedno.  Każde zdanie pulsuje prądem, jakby  unosi się nad granicami rzeczywistości.  Twoje słowa zamieniają dotyk w alfabet i zmysły w język tworzenia. To niezwykłe  - ogień, który nie spala, a wznosi.  Dziękuję Ci za ten świat - i za odwagę, by pisać go tak bez granic.
    • @Le-sław   Bardzo dziękuję!  Również pozdrawiam. :)
    • Ładna, dobrze wyważona, budząca uczucia wizja. Pozdrawiam.
    • @Migrena   Ten wiersz to coś znacznie więcej niż erotyk - to ontologiczna podróż, w której bliskość drugiego człowieka staje się katalizatorem do powstania nowego wszechświata. Zderzenie cielesności z terminologią religijną nadaje namiętności wymiar sakralny. To nie jest tylko akt fizyczny, to modlitwa płomieniem, w której „ja” i „ty” przestają istnieć jako osobne byty. Niesamowita jest ta metafora pieca hutniczego. Nie znam się na wytopie, ale obraz „rudy” zmieniającej się w „stop” genialnie oddaje proces zatracenia indywidualności. To miłość nieodwracalna jak proces metalurgiczny. Moment, w którym czas się rozsypuje, a światło staje się „raną jasności”, to opis stanu, w którym ludzka percepcja dobija do ściany i jedynym, co zostaje, jest czysta, biała obecność. Wiersz jest bardzo gęsty - każda strofa to kolejny stopień wtajemniczenia w relację, która nie szuka porozumienia, ale całkowitego scalenia. To tekst o tym, że prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem zawsze wiąże się z jakąś formą destrukcji starego świata, by na jego zgliszczach mogła zapłonąć „naga litera” istnienia. Odważne, bogate w metafory, świetne! Pozdrawiam. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...