Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pierwsze co zrobiliśmy, to poszliśmy do najbliższego pubu, żeby się poznać i trochę ze sobą porozmawiać, a przy okazji napić się piwa. Wszyscy trzej byliśmy młodzi, każdy z nas miał trochę ponad 20 lat. Niedawno skończyliśmy uczelnie techniczne w żnych częściach Stanów. Mieliśmy bardzo dobre wyniki egzaminów końcowych, ale nie byliśmy typami kujonów. Raczej staraliśmy się osiągać jak najwięcej, jak najmniejszym wysiłkiem. Każdy z nas był przystojnym, atrakcyjnym mężczyzną. Jack i Georg byli bardzo bezpośredni. Nie mieli żadnych problemów w nawiązywaniu kontaktów z innymi ludźmi, a w szczególności z fajnymi dziewczynami. One zresztą zwracały na nas uwagę. Mnie przychodziło to trochę trudniej, byłem bardziej nieśmiały, ale też dawałem radę. Oczywiście żniliśmy się między sobą. Każdy czymś się fascynował, miał swoje zainteresowania i pasje. Georg kochał szybkie motocykle, Jack kochał komputery i sport a ja kochałem przyrodę. Szczególnie tą podwodną. Nurkować nauczył mnie ojciec jak miałem 12 lat i od tego czasu poświęcałem temu tyle czasu, ile mogłem. Dziewczyny kochaliśmy wszyscy. Jack był związany z Susan i z nią tu przyjechał. Był w niej zakochany, planował zaręczyny i ślub. Ja i Georg byliśmy na razie wolni. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że los wkrótce to zmieni. Przyjechaliśmy z żnych części Stanów po to, aby wspólnie zdobywać dalszą wiedzę i... cieszyć się młodością, z dala od naszych rodzinnych domów. Byliśmy głodni sukcesów i głodni ciekawego, wolnego życia.

Wynajęliśmy z Georgiem małe mieszkanie, a Jack i Susan wynajęli bardzo ładne, duże z kilkoma pokojami w centrum San Jose, kilka minut od naszego, co dało naszej paczce świetną bazę do wspólnych spotkań. Jak się źniej okazało, po zacieśnieniu kontaktów z naszymi przyszłymi dziewczynami, posiadanie przez nasz zespół tylko dwóch mieszkań okazało się niewystarczające i każdy z nas w końcu musiał znaleźć sobie osobne lokum. Choć lubiliśmy się bawić, to jednak staraliśmy się niczego nie robić byle jak i nie kończyć wspólnych imprez awanturą. Cieszyliśmy się życiem jak tylko było można, jednak bez obciachów, narkotyków i problemów z prawem. Susan pilnowała moralności naszej trójki a w szczególności moralności Jacka. Szybko znalazła pracę jako inżynier w korporacji produkującej sprzęt elektroniczny. W San Jose mogła przebierać w ofertach.

Nowa praca naszej trójki od razu stała się ciekawa a potem stawała się już tylko ciekawsza i ciekawsza. Instytut miał renomę tego miejsca, gdzie dzieją się już cuda nauki o których normalni ludzie usłyszą dopiero za kilka lat. Dlatego tak nam zależało, żeby właśnie tu się dostać i udało się. Zaproponowany nam kontrakt był symetryczny i jak na początek pracy zawodowej, bardzo dobry. Dla nas trzech to było sporo pieniędzy. Pod koniec naszej naukowej przygody nie istniało już nic, oprócz niej właśnie. Wciągnęła nas do końca, zabierając nam wszystko.

 

Rzeczywiście od poniedziałku wzięliśmy się do pracyKażdy z nas dostał swój gabinetmieliśmy nawet młodą, ładną sekretarkę o imieniu Ginaktóra cały czas chciała nam robić kawę, bo podrywała nas przy tym od początku. Co dziwne nie jednego z nas, ale wszystkich bez wyjątku. Mnie to się nawet podobało, ale głupi Jack, nie wiem po co, już trzeciego dnia ją speszył.

 

- Gina weź że się ogarnij i wybierz sobie jednego z nas 

a potem ewentualnie drugiego i trzeciego, ale po kolei, bo

nasze ścisłe umysły czują się nieco zdezorientowane twoim

zachowaniem. Nie bardzo rozumiemy, co mamy o tym sądzić.

 

Podrywanie się skończyło, przynajmniej chwilowo, a została tylko kawa i to z wyraźną łaską. Nie wiedzieć dlaczego Gina obraziła się na nas trzech, a powinna wyłącznie na Jacka. A Ginie widocznie było wszystko jedno, którego z nas uda jej się sobą zainteresować. Pewnie zakładała, że przecież wszystkim się nie spodoba, a każdy z nas wydawał jej się atrakcyjny. Wiec nie tracąc czasu, podrywała trzech z nadzieją, że z jednym się uda. W każdym razie podzieliłem się przy piwie z chłopakami taką teorią. Znalazła ona zrozumienie tylko u Georga. Jack twierdził, że Gina chciała stworzyć z nami związek poligamiczny. Biedna dziewczyna, chciała tylko być uprzejma. Jack po prostu był zazdrosny bo Gina była ładna a on już był zawiązany z Susan. Ale my z Georgiem byliśmy wolni i się nam Jack do Giny wtrącił.

 

W końcu skonstatowałem:

 

- Jack ty jesteś “pies ogrodnika” i pogorszyłeś nam warunki

pracy.

 

Jack zrobił skruszoną minę i stwierdził:

 

- Jutro to naprawię, powiem Ginie, że obaj na nią lecicie.

- Ty, to już lepiej niczego nie naprawiaj, bo będziemy musieli

sobie tą kawę robić sami.

 

Oprócz Giny, mieliśmy do dyspozycji olbrzymią, świetnie wyposażoną pracownię, składającą się z kilkunastu pomieszczeń. Pracowało w niej kilka stałych i kilkanaście dorywczych zespołów badawczych, nad żnymi aspektami rozwoju komputerów kwantowych. Jedne z tych pomieszczeń, całkiem spore, dostaliśmy tylko dla naszej dyspozycji. Mogliśmy w nim robić wszystko, na co przyjdzie nam ochota. Jak się szybko okazało, nasz szef był bardzo zdolnym profesorem, pochłoniętym w swoich własnych badaniach tak głęboko, że do niczego nam się nie wtrącał, a naszą pracownię zamykaliśmy na zamek, który otwierał się wyłącznie po zeskanowaniu tęczówki oka jednego z nas. No i co najważniejsze, w naszej pracowni był On. On był w niej wyłącznie do naszej dyspozycji. On to Teddy Bear*, którego my nazywaliśmy po prostu Teddy. Jego wygląd przypominał mi wielki rokokowy żyrandol, ozdobiony dziesiątkami cienkich rurek, schłodzonych ciekłym helem. W swoim wnętrzu, o wielkości i masie małego samochodu, skrywał swój wszechmocny oręż, czyli czekające na polecenia Jacka,

 naszego programisty, kwantowe bramki logiczne. Teddy to nasz komputer kwantowy. Georg był elektronikiem, a ja fizykiem teoretycznym. Zastanawiałem się, kto nazwał naszą maszynę za cztery miliony dolarów, imieniem pluszowej zabawki. Jakiś pasjonat Theodora Roosevelta? W kilka dni opracowaliśmy wstępny plan działania. Podyktowaliśmy go Ginie, a ta ładnie nam go napisała i udaliśmy się wszyscy 

w trójkę do Edwarda, naszego szefa.

 

- Czego tam, już macie problemy?

- My, problemy? Szefie?

- No to co chcecie?

- Mamy plan działania, trzeba nam go zatwierdzić.

- Plan mam wam zatwierdzić?

- No chyba tak.

- Gdzie ten plan?

 

Georg podał plan Edwardowi.

 

- Aż trzy strony? Taki długi? Powiedzcie w skrócie co chcecie

robić.

 

Streściłem plan w kilku zdaniach.

 

- Ok, zatwierdzone, róbcie, plan zostawcie, jak będę miał czas

to przeczytam.

 

 Spojrzeliśmy na siebie znacząco. Każdy z nas pomyślał coś

 w rodzaju:

 

 -“Kurde... praca idealna.

 

 *****

 

Następnie wzięliśmy się ochoczo do robotyZdefiniowaliśmy kilka najważniejszych zadań. Przede wszystkimchcieliśmy stworzyć komputer kwantowy jako maszynę, która sama konfiguruje się do określonych celów. Obecnie konfiguracja takiego komputera była za każdym razem dostosowywana do konkretnego oprogramowania. Nawet nasz Teddy, był w istocie tylko zbiorem komponentów, które przed każdym zadaniem należało fizycznie konfigurować ze sobą. My chcieliśmy stworzyć maszynę, która sama, przynajmniej  w zakresie zadań do których dotychczas komputery kwantowe najczęściej wykorzystywano, potrafiłaby się konfigurować zgodnie z zadanym programem. Zależało nam aby stworzyć komputer, którego obsługa byłaby łatwiejsza dla użytkowników bez wykształcenia inżynierskiego i choć trochę przypominała co do zasady, zwykłe komputery

Zdefiniowaliśmy także kilka innych użytecznych kierunków badań. Między innymi stworzenie języka programowania dla komputera, który chcieliśmy wymyślić.

Dla mniena początku, pozostawiono tą część założeń badawczychktóre dotyczyły nowego typu komputera opartego na zmianie stanu energetycznego nowo odkrytej cząstki. To zadanie wydawało nam się najtrudniejsze, a zarazem najciekawsze. Otrzymaliśmy do dyspozycji od znanego laboratorium badania materii, maszynę do wytwarzania tych cząstek w naszym instytucie. Działała wykorzystując wysokoenergetyczny laser. Przekazano nam również zbiór podstawowych instrukcji, opracowanych przez fizyków eksperymentalnych, którzy tą cząstkę odkryli. Zająłem się konstrukcją detektora, który byłby użyteczny 

w naszych dalszych badaniach, a który byłby zdolny określać stan energetyczny nowej cząstki. Generalnie wzięliśmy się ostro do pracy.

 

Trzy miesiące źniej.

 

- Koledzy włączamy.

- Będzie działał?

- Bóg jeden raczy wiedzieć?

 

Staliśmy wszyscy trzej nad naszym, a w zasadzie w większości moim dziełem i zamierzaliśmy właśnie po raz pierwszy je uruchomić. Uruchomiliśmy detektor i patrzyli z ciekawością w ekran monitora tradycyjnego komputera, który monitorował działanie mojego “cudeńka”. Spędziłem nad nim naprawdę wiele czasu. Jack i Georg pracowali ze mną, a w kluczowych momentach razem próbowaliśmy rozwiązywać pojawiające się problemy.

 

- Chyba działa? Wykres odpowiada oczekiwanemu.

- Dawaj cząstkę.

- Georg “odpalił maszynę do wytwarzania cząstki 

i skupiliśmy się na wykresie pokazywanym przez monitor.

- Wow!!! Jest, patrzcie działa. No jaka piękna.

- Kochani, no jakże miałby nie działać?

 

Skonstatowałem bez żadnej skromności.

 

- Przecież nie robimy tu byle czego.

 

Zmienialiśmy stan energetyczny jednej z bliźniaczych cząstek, obserwując na ekranie reakcje jej bliźniaka. Wszystko działało zgodnie z teoretycznymi przewidywaniami. Teraz mieliśmy narzędzie do testowania nowych cząstek, pod kątem zastosowania ich w komputerze kwantowym nowej generacji.

Jack zaczął bawić się ustawieniami nowego detektora, sprawdzając w żnych konfiguracjach trwałość i stabilność zjawiska oraz to, co w komputerach kwantowych jest ich słabą stroną, czyli poziom zakłóceń. Wyniki były naprawdę obiecujące. Rzeczywiście pierwsze obserwacje wskazywały na to, że cząstki mogą być o wiele bardziej stabilne, a poziom zakłóceń znacznie niższy, niż w przypadku elektronów czy fotonów. Jack zmieniał ustawienia a ja z Georgiem wpatrywaliśmy się w ekran. Po dwóch godzinach zabawy naszą nową zabawką, zauważyłem przez kilka sekund, że wykres nagle niepokojąco zmienił swój kształt. Poziom szumów gwałtownie wzrósł. Jack tego nie zauważył i zmienił parametry. Georg wtedy w ogóle nie patrzył na monitor. Znowu wszystko wróciło do normy.

 

- Jack co robisz?

- Co się stało?

- Nie widziałeś? Dziwny wykres?

- Jaki dziwny?

- No, zaszumiony.

- Naprawdę? Nie zauważyłem.

- No, cofnij na chwilę,

- Co mam cofnąć?

- No ustawienia, do tych przed chwilą.

- A jakie były?

- No nie wiesz?

- No nie bardzo.

 

Jack próbował cofnąć ustawienia, ale nie udało mu się trafić na poprzedni wynik. Pomimo żmudnych starań nie potrafił wrócić do stanu poprzedniego.

 

- Thomas, olej to, przecież wszystko świetnie działa, coś ci się

 przewidziało.

- Nic mi się nie przewidziało, coś było nie tak, ustaw tak, jak

było przedtem, w tej jednej chwili.

- Nie umiem tak ustawić, za dużo zmiennych.

- Ile kombinacji?

- No nie wiem, trzeba by policzyć, wygląda na bardzo dużo,

w życiu w to nie trafimy.

- Jack, ja chcę zobaczyć to co już widziałem, kombinuj.

- Nie umiem.

 

Jack wziął spod stołu kawałek kartki z opakowania jakiegoś komponentu oraz długopis i zaczął coś liczyć. Po kilku minutach odpowiedział:

 

- Thomas, wiadomość dla ciebie.

- Gadaj.

- Prawdopodobieństwo ustawienia szczególnego, biorąc pod

uwagę ilość i zakres zmiennych regulacji, wynosi jeden do

428 milionów, tak z grubsza.

- Co takiego?

- To coś usłyszał, jeśli to zaszumienie rzeczywiście było, a nie

tylko ci się wydawało, a było szczególne, na co z grubsza

wygląda, to nie trafimy na nie po raz kolejny nawet ślęcząc

nad tym 200 lat bez przerwy.

- O żesz ku..a.

- Przykro mi przyjacielu, coś do czego nie da się wrócić, po

prostu nie istnieje.

 

Przez ostatnie dwa tygodnie długo myślałem nad przygodą

w laboratorium. Nie dawała mi spokoju. W końcu co to ma

być? Mamy być badaczami a nie potrafimy poradzić sobie 

z takim problemem. Przerwałem pracę zespołu i zwołałem naradę:

 

- Ja chce to jeszcze raz zobaczyć, chce wiedzieć co to było.

- Thomas, ty chyba śpisz za mało, tobie coś odwala. Zamiast

robić nowy komputer ciągle myślisz nad jakimś bzdetem,

który i tak pewnie ci się przywidział.

- Chcę to zobaczyć i koniec, macie mi to jeszcze raz tak

ustawić.

- Ale jak?

- Właśnie po to was zebrałem, sprawdzałem dane dokładnie,

coś jednak się zapisało, kilka parametrów odtworzyłem,

pozostało mi sześć zmiennych, mam tylko ogólny zapis

poboru mocy detektora, który nie wiem po co, ale też się

zapisuje, żnice są minimalne, ale się zapisały, tak jak

zmienialiśmy ustawienia, możliwe że na podstawie tych

danych udałoby się odtworzyć wszystkie ustawienia,

 jakie wtedy mieliśmy.

- W jaki sposób?

- Zrobimy dokładne pomiary i napiszecie mi program na

Teddy‘ego.

- Powaliło cię? Wiesz ile to roboty? Poza tym 

Teddy‘ego nie po to nam dali.

- Ile to roboty?

- Zajmie nam ze dwa tygodnie jak w trójkę tylko nad tym się

skupimy. Thomas, szkoda czasu.

- Skąd wiesz ze szkoda? Wiecie jak Roentgen odkrył swoje

promienie a Fleming penicylinę?

- Wiemy, przez przypadek.

- O tym mówię, jesteśmy tu nie tylko do roboty, ale również

aby odkrywać, no panowie, piwo wam za to postawię.

- Jedno? Będziesz te piwo stawiał codziennie, przez cały

stracony na to czas.

- Niech wam wisi.

 

                       *****

 

Po dziesięciu dniach.

 

- I co?

- Teddy liczy.

- Cicho jakoś.

- Tak liczy, cicho, bądź cicho to usłyszysz, że cicho liczy.

- Są pierwsze kombinacje, nie wiadomo czy właściwe. Patrzcie

już są wszystkie.

- Ile ich jest?

- Kilkaset.

- Ile zajmie żeby je ustawić i sprawdzić?

- Jak wszyscy pomożecie to kilka godzin, jak będziemy mieli

szczęście to może trafimy prędzej, a jak źle policzył, to 

w ogóle.

 

Uruchomiliśmy detektor i maszynę do tworzenia cząstek. Zaczęliśmy próby. Po dwóch godzinach trafiliśmy. Aż odskoczyliśmy od monitora z zaskoczenia i zdziwienia. Na ekranie był wyraźny szum.

 

- Ale wysoki, co to kurde jest?

- Nie wiem, ale na razie skupcie się na zapisaniu danych, tak

żebyśmy mogli to łatwo, tak samo ustawić.

 

Zapisywaliśmy i na papierze i do pliku, jak tylko się dało, włącznie z danymi zasilaczy. Tak aby móc to powtórnie

ustawić. W końcu usiedliśmy razem i wpatrywaliśmy się w wykres komputera.

 

 - Co to jest? Jak myślicie?

- Pewnie nic, nic istotnego, jakaś charakterystyczna cecha

któregoś z elementów chipsetu. Zakłócenia od sprzętu i tyle.

- Ciekawe, że występuje tylko w tym szczególnym ustawieniu,

może to jakaś cecha tej nowej cząstki, może coś ciekawego

odkryliśmy?

- Raczej wątpliwe, ja też wątpię. Thomas, lepiej ci teraz?

Straciliśmy tyle czasu.

- Hmm? Wygląda jakby równomierny szum, na bardzo dużej

 częstotliwości, spróbujmy to nagrać i trochę to pobadajmy,

jak już włożyliśmy w to tyle roboty. Przyjrzę się temu

dokładnie, przez parę dni.

- Jak chcesz to sobie to badaj, to nic szczególnego.

 

Nazajutrz zrobiłem łgodzinne nagranie monotonnego sygnału i zacząłem się temu przyglądać, zmieniając częstotliwość oraz go wzmacniając . Już po kilku minutach zorientowałem się, że to nie jest jednolity sygnał. Składał się z wielu nakładających się składowych w wyniku czego powstawał efekt równomiernego szumu. Spróbowałem wyselekcjonować na próbę jedną ze składowych i wtedy okazało się, że składowych jest bardzo, bardzo dużo. To już przyciągnęło uwagę całego zespołu.

 

- Thomas, trzeba ci przyznać że miałeś racje, to ciekawy zapis,

warto się temu przyjrzeć.

- Napiszmy program na zwykły komputer, niech przeanalizuje

ten sygnał pod kątem określenia ilości składowych,

a następnie niech spróbuje wyodrębnić jakieś poszczególne

składowe, wtedy może zorientujemy się co to za zakłócenia.

- Raczej nie wygląda to na zakłócenia sprzętowe, raczej ma to

związek z jakimiś urządzeniami z zewnątrz, może od jakiś

nadajników, jakieś fale elektromagnetyczne albo o nieznanym

charakterze? Może coś z kosmosu?

- Transmisja obcej cywilizacji?

 

Roześmialiśmy się wszyscy.

- No może kosmici rozkminili już telegraf kwantowy, a my

dopiero się za to bierzemy?

- No kto wie? Nowa nieznana dotąd cząstka, zjawisko

splątania, warto sprawdzić.

 

Następne kilka dni poświęciliśmy na napisanie programu, który będzie badał odkryty przez nas sygnał. Chcieliśmy określić ilość składowych i wyodrębnić poszczególne składowe, a potem przyjrzeć się samym sygnałom i oczywiście zidentyfikować ich źródło. Jack napisał stosowny program do obróbki sygnału na tradycyjnym komputerze. Wykorzystaliśmy do tego najsilniejszą maszynę, jaką dysponował ośrodek. Uruchomiliśmy wszystko i czekali na wyniki. Po godzinie nasz komputer zasygnalizował nam, że zostało jeszcze 438 godzin i 46 minut do zakończenia obliczeń. Po kolejnej godzinie program poinformował nas, że jeszcze tylko 3848 godzin i 34 minuty i już będzie koniec obliczeń a po kolejnych 15 minutach procesor się zawiesił bo wyczerpano zasoby pamięci. Zrozumieliśmy, że analiza tego sygnału przekracza możliwości stosowanych obecnie komputerów. To oczywiście w żadnym razie nas nie zniechę- ciło. Wręcz przeciwnie zmobilizowało nas do dalszej pracy. Coś co nie chciało się wyliczyć, to właśnie coś dla naszej trójki. Georg stwierdził:

 

- Co to ma być, jak to się nie da? Panowie ten komputer nas

obraził.

 

Oczywiście inny zespół musiałby się poddać albo szukać innych, pewnie równie źle rokujących rozwiązań, ale my mieliśmy możliwości. Nasz Teddy przecież był w gotowości. Jednak skonfigurowanie komputera kwantowego do analizy “naszego” szumu wcale nie było proste. Zajęło nam to dużo pracy, poświęciliśmy na to kolejne dwa tygodnie zaniedbując niestety nasze właściwe zadania. Jednak tym razem już nikt nie oponował, wszyscy byliśmy ciekawi co to jest. W końcu udało się wszystko przygotować i uruchomiliśmy komputer kwantowy z zadaniem analizy tajemniczego sygnału. Obliczenia trwały 16 minut czyli bardzo, bardzo, długo. To w zasadzie graniczny czas stabilnej pracy Teddy‘ego. Ale się udało. Wyniki były wręcz szokujące. Patrzyliśmy na to nie wierząc własnym oczom. Okazało się że “nasz” szum to wypadkowa ponad ośmiu miliardów pojedynczych sygnałów. Zgodnie z zadaniem, Tedy wyselekcjonował dla nas pojedynczy sygnał w pięciominutowym czasie nagrywania i zapisał go nam do pliku, który mogliśmy już obrabiać na zwykłym komputerze. Usiedliśmy w trójkę i zaczęli się temu przyglądać.

 

- Georg, co to u licha jest? Ty się przecież znasz na kodowaniu

 danych.

- Bóg jeden raczy wiedzieć. Pierwszy raz widzę coś takiego.

Nie przypomina niczego co znam. Bez wątpienia to

strumieniowy przesył danych. Całkiem sporo bajtów 

w jednostce czasu.

- Ile?

- To trudno powiedzieć jak się nie wie co to jest, ale tak na

oko, mniej więcej kilka mB/sek, może trochę mniej.

- To tyle co strumieniowe ściąganie filmu dobrej jakości.

- No mniej więcej.

- Jak to pomnożyć przez osiem miliardów, to jakiś potężny

strumień danych. Na Ziemi chyba nie ma niczego, co

generuje tyle danych strumieniowych w tym samym czasie.

- No chyba ze serwery Facebooka.

 

Dodał Georg. Wszyscy się uśmiechnęliśmy.

 

- Gdzie jest źródło tych sygnałów?

- Nie mam pojęcia. Nasz detektor reaguje na zjawisko

splątania tej nowej cząstki. Jeśli to co wiemy o zjawisku

splątania jest prawdą, to źródło może być wszędzie, no

gdzieś, gdzieś we wszechświecie. Źródło może być w pokoju

za ścianą albo w galaktyce odległej o miliard lat świetlnych.

Ale na pewno gdzieś jest.

- Jest możliwe, że jest pochodzenia naturalnego?

- Oj, nie wygląda mi to na źródło naturalne. Ten sygnał jest

bardzo, bardzo złożony. Nie przypomina niczego, co miałoby

związek z naturą, zarówno ziemską jak i naturą

wszechświata. Tak złożony sygnał, według tego co wiemy,

mogliby generować tylko ludzie za sprawą jakiegoś

urządzenia technicznego.

- Albo coś inteligentnego, tylko gdzieś indziej we

wszechświecie.

- Tak mi się wydaje. Pamiętajcie, że to, na co teraz patrzymy

to jedna ośmiomiliardowa część całego sygnału. Wiemy już

na pewno, że inne składowe się żnią.

 

Zaczęliśmy z zapałem rozwiązywać problem. Każdy zaangażował się po swojemu, żeby zbadać źródło zjawiska. Pierwsze co zrobiliśmy, to wykonaliśmy kolejne obliczenia  

z wykorzystaniem Teddy‘ego, tak aby wyselekcjonował nam inne składowe szumu. Okazało się, że większość sygnałów miało bardzo podobną czy wręcz identyczną strukturę, jednak przesyłały inne dane. W żaden sposób nie potrafiliśmy rozkminić sposobu kodowania. Jednego byliśmy już pewni. To na pewno nic z dziedziny technik przesyłu danych, stosowanych współcześnie czy dawniej w ziemskiej elektronice. Taki sposób kodowania nie przypominał niczego, z czym można się było spotkać na Ziemi. Nie byliśmy w stanie również wykorzystać komputera kwantowego do pomocy, bo po prostu nie mieliśmy pojęcia co mamy kazać mu wyliczać.

Po kolejnym miesiącu ciężkiej pracy byliśmy już bliscy rezygnacji. Kombinowaliśmy na wszystkie sposoby i już chcieliśmy dać sobie z tym wszystkim spokój i przekazać odkrycie naszemu mądremu szefowi. Jednak w końcu nastąpił przełom. Zauważyliśmy, że te sekwencje sygnału, które braliśmy za kodowanie cyfrowe, w jakimś nieznanym nam systemie obliczeniowym, mogłyby być danymi analogowymi transmisji danych, na zasadzie zbliżonej do odwzorowywania pikseli matrycy współczesnych kamer. Zaczęliśmy żmudnie wyodrębniać te sekwencje, wspomagając się napisanym do tego programem komputerowym. Większość sygnału składała się właśnie z takich zestawów danych. Po oddzieleniu ich od reszty podjęliśmy próby traktowania ich w ten sposób, jakby

miały być transmisją danych typu audio i wideo.

 

- Panowie, kto to wymyślił?

- Napiszemy program, niech te sekwencje próbuje scalać

w całość. Może to wreszcie zacznie coś przypominać.

 

Otrzymaliśmy wyniki i nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Konwersja zniekształcała zapewne sygnał, ale i tak to co zobaczyliśmy, wydało nam się bardzo znajome. Przypominało strumień nieskompresowanych danych analogowych, podobnych do tych, jakich używało się dawniej do transmisji danych strumieni dźwięku oraz analogowego odwzorowania jakiś impulsów. W końcu zostawiliśmy laboratorium i poszliśmy na piwo. Siedzieliśmy w “naszym” pubie, jednak temat nie dawał nam spokoju.

 

- Co to może być?

- Teraz to jednak wygląda jakby wytwór naszej ludzkiej

techniki.

- Pojedynczy sygnał składa się ze strumienia danych.

- A takich sygnałów jest około osiem miliardów.

- Słuchajcie, niech każdy w jakiś sposób spróbuje dojść do

tego, co to może być?

 

Jack podsunął jeszcze jeden pomysł.

 

- Tak Jack?

- Jeszcze jedna rzecz przyszła mi do głowy. Każmy przeliczyć

to jeszcze raz Teddy‘emu, niech porówna ilość sygnałów czy

te osiem miliardów to wartość stała czy też zmienia się

w czasie?

- Fajny pomysł, Jutro od tego zaczniemy.

 

Tak jak sobie zaplanowaliśmy, rozpoczęliśmy kolejny dzień od powtórnego przeliczenia ilości składowych. Znowu ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że przez kilka dni przybyło składowych o niemal milion. A po kolejnych obliczeniach wiedzieliśmy, że składowych wciąż przyrasta w tempie około 200 tysięcy na dobę.

 

I znowu siedzieliśmy przy piwie i dyskutowali na temat naszego odkrycia i wtedy Georg doznał olśnienia:

 

- Koledzy, od dzisiaj możecie nisko mi się kłaniać i zwracać

się do mnie ze szczególnym szacunkiem.

- Coś wymyślił?

- Wiem co jest źródłem “naszego” sygnału.

- Ta, akurat.

- Wiem i koniec. Natomiast jest nieprawdopodobne, dlaczego

trzej młodzi i tak inteligentni ludzie wpadli na to dopiero tak

źno, a to takie proste.

- Tak? No ciekawe?

- A no tak. Powiedzcie mi, czego jest na świecie osiem

miliardów i przybywa o 200 tysięcy dziennie, he?

- O mamo, ludzi !!!

 

Natychmiast z Jackiem wymyśliliśmy odpowiedź.

 

- A no właśnie. Źródłem każdej składowej jest... człowiek.

 Prawdopodobnie ludzki mózg.

- O jacie! Rzeczywiście, jak mogliśmy nie wpaść na to od

razu!

- A my tu o kosmitach jakiś gadamy.

- Ale słuchajcie, to naprawdę ciekawe, po co nasze mózgi

transmitują strumień danych, co to za dane? Natura nie robi

niczego bez celu. No i w jaki sposób się to dzieje?

- Możliwe, że w naszych mózgach jest miejsce, w którym

znajduje się splątana na stałe cząstka i sobie... telegrafuje.

- Nikt jej nie odkrył do tej pory?

- No a niby jak miałby to zrobić? Thomas przecież ten

detektor, który wymyśliłeś, jest pierwszy na świecie a w ogóle

o nowej cząstce wie kilkadziesiąt ludzi.

- Poza tym, sami widzieliście jak trudno było trafić w ten

przekaz. To że nam się udało, to czysty przypadek.

- Jack, nie wyciągaj wniosków za wcześnie. Czy to przypadek

czy nie, to zobaczymy. Dziwne to jakieś. Trochę nie z tego

świata. Nie wiem czy wiecie, że natura, ta którą znamy,

posługuje się już zjawiskiem splątania. Są ptaki, które

wykorzystują to zjawisko w procesie orientacji przestrzennej.

- Mnie to bardziej ciekawi... do kogo trafia ta transmisja? No,

jeśli do kogoś trafia.

- Tego co my podglądamy, nie odbiera już właściwy adresat,

jeśli taki gdzieś jest. Podglądając przekaz zaburzamy

zjawisko splątania. Temu czemuś lub komuś niekoniecznie

musi się to podobać. Kim może być odbiorca ?

- Tym co nas stworzył... może Bogiem?   

 

Stwierdził Jack. Roześmialiśmy się tak, że aż dziewczyna, która w pubie podawała nam piwo, zaczęła się zastanawiać czy już nam czasem nie wystarczy.

 

Georg rozpoczął patetyczne okolicznościowe przemówienie, którego słuchaczami byliśmy tylko ja, Jack i wyraźnie

zainteresowana, podsłuchująca nas, ładna, młoda kelnerka.

 

- Panowie to ważny dzień i ważne odkrycie. Może

najważniejsze w naszym życiu. Kto wie, może kiedyś Nobla za

to dostaniemy? W związku z tym, umówmy się na razie, że

dopóki nie uporządkujemy badań i nie dowiemy się, co

naprawdę odkryliśmy oraz nie potwierdzimy naszych

przypuszczeń, to zachowamy to w ścisłej tajemnicy. Nikomu,

ale naprawdę nikomu, nic o tym na razie nie mówimy, ok?

 

Przytaknęliśmy zgodnie. To akurat wydawało nam się oczywiste. Georg kontynuował:

 

- Proponuję, aby łatwiej zapamiętać ten dzień, nazwijmy go

jakoś. Tylko nie wiem jak?

 

Pokiwaliśmy głowami na znak akceptacji. Było nam wszystko jedno, jak sobie Georg ten dzień nazwie. Ale wiedzieliśmy równie dobrze jak on, że ten dzień jest dla nas ważny. Georg skinął na dziewczynę a jak podeszła, to uprzejmie zapytał. Powiedz nam jak masz na imię? Dziewczyna myślała że Georg ją podrywa i uśmiechnęła się tak pięknie, jak tylko ładna kelnerka może się uśmiechnąć.

 

- Lilian.

 

Lilian, przynieś nam jeszcze po trzy dla każdego, świętujemy ważny dzień.

 

- Chłopaki, nie za dużo?

- Za dużo, ale dzisiaj tak trzeba.

 

Dziewczyna posłusznie przyjęła zamówienie. Podpowiedziałem Georgowi:

 

 - Georg, nazwa sama do ciebie przyszła.

 

Georg zamyślił się intensywnie na krótką chwilę a następnie szeroki uśmiech rozświetlił jego inteligentne oblicze.

 

- Lilian Day?

 

Odpowiedzieliśmy z Jackiem równocześnie:

 

- No pewnie.

…………

* Teddy Bear- (ang.) miś (idiom- pluszowy miś). Wg pewnej legendy, prezydent Stanów Zjednoczonych Theodor Roosevelt polując na niedźwiedzie, oszczędził na polowaniu małego niedźwiadka i stąd stworzono nazwę zabawki (Teddy -Theodor). Franklin Delano Roosevelt, znany Polakom z Konferencji Jałtańskiej był kuzynem Theodora Roosevelta.

 

......................................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Opublikowano

@Jacek_K O Matulu!!! :) Piszmy te opowiadania razem :) jestem inżynierem. Tu wydaje mi sie ze jednak racji nie masz:

"Mieliśmy bardzo dobre wyniki egzaminów końcowych, ale nie byliśmy typami ( w typiekujonów.|

Na mój inżynierski rozum poprawka raczej sugerowałaby ze nie byliśmy w typie, czyli jak rozumiem nie budziliśmy zainteresowania innych osób które są kujonami. Chodzi o to że sami nie byli kujonami. Ale generalnie na pewno masz rację.

 

Brakuje mi wniosku, choć sie go domyślam

@Dziadek grafoman Ale... jeszcze jedna taka recenzja i obiecuję ze dalszych części nie będzie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...