Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

                             …..A ja znam ich czyny i zamysły.

                                Przybędę by zebrać wszystkie narody

                                i języki; przyjdą i ujrzą moją chwałę….   

 

                                                   Księga Izajasza  66,18

 

 

 

 

Jerozolima. Rok 326 naszej ery.

 

- Postumusie, czy ty to widzisz?

- Widzę panie, to jakieś szaleństwo, może Ona postradała

zmysły? Ma już 76 lat.

- Takie teksty to sobie mów ciszej, a najlepiej daruj sobie,

w trosce o swoją i moją głowę.

 

Postumus, specjalista prac budowlanych w rzymskiej prowincji Judea zwracał się do namiestnika prowincji. Obaj stali na wzgórzu i oglądali świątynię Wenus w rzymskim mieście Aelia Capitolina czyli w Jerozolimie.

 

- Co właściwie mamy zrobić?

- Przecież już ci mówiłem, będziesz rozbierał tą świątynię.

- Panie, mam wyburzyć tą piękną świątynię? Obaj wiemy ile

wysiłku kosztowało jej zbudowanie. Co z posągiem Wenery?

- Nie mówię że masz ją zburzyć, tylko masz ją rozebrać,

zdemontować, masz to tak zrobić, żeby nie uszkodzić figury.

- Na Jowisza, panie po co mamy to robić?

- Flavia, Julia, Helena szuka grobu Nazarejczyka. To jej

rozkaz.

- Nawet nie wiemy czy właśnie tam jest. Czy akurat pod

 świątynią, a jeśli nawet to czy coś z niego zostało? Może jak

dwieście lat temu budowano tą świątynię, to całkowicie go

zniszczono? Przecież, żeby stworzyć stabilną podbudowę

musiano tam wszystko wyrównać i zasypać kamieniem 

i ziemią. Rozbierzemy świątynię, a tam pewnie nic nie

znajdziemy.

- Zobaczymy. Bierz ludzi i do roboty, to rozkaz. Jakby się

cesarzowa dowiedziała, że coś ci się nie podoba, to nie wróżę

ci długiego życia.

- Panie, to świątynia Wenery. Wzbudzimy jej gniew.

- Po co ci przychylność Wenery? Przecież amory ci już

staruchu chyba nie w głowie?

- Żartuj sobie, a z bogami nie ma żartów. Jak Wenus zwróci

się przeciwko nam, to w najlepszym wypadku definitywnie

 pozbawi nas męskich mocy. A poza tym, świątynie burzą

barbarzyńcy a nie cywilizowane nacje tego świata.

- Postumusie, ty się o moje moce nie martw tylko do roboty.

Masz dwa miesiące i po świątyni nie ma być śladu.

Znajdziesz grób Jezusa to zdobędziesz przychylność nowego

Boga. Może potężniejszego? Kto wie? A poza tym, jak

znajdziesz grób to królowa na pewno każe budować nową,

o wiele większą świątynię. Roboty ci nie braknie, może do

końca życia. A przy okazji coś zarobimy.

- Będziemy rozbierać, jednak to wielka szkoda. Oby chociaż

 rzeczywiście coś tam jeszcze było.

- Zobaczymy.

 

 

Dwa tygodnie wcześniej.

 

Cesarzowa Helena rozmawia z Makarym, biskupem wspólnoty chrześcijańskiej Jerozolimy:

 

- Jesteś pewny, że to dokładnie pod świątynią Wenus?

- Tak Pani, to na pewno tam. To miejsce czcimy od pokoleń.

Nie może być mowy o pomyłce. Natomiast nikt nie wie czy

grób jeszcze tam jest. Czy nie zniszczono go zupełnie 

w trakcie budowy fundamentów pod świątynię.

- Zobaczymy, mam zgodę mojego syna aby w razie

konieczności rozebrać świątynię. Skoro twierdzisz, że wasza

wspólnota przechowała przekaz o tym świętym miejscu, to

jutro polecę aby szykowano się do prac rozbiórkowych. Tak

jak mówiłam, mamy zgodę Konstantyna.

 

                                                                                                                                 

Makary ukląkł przed Heleną.

 

- O Pani, wspólnota chrześcijańska nigdy Ci tego nie zapomni.

 Będziesz świętą naszej wiary, przez tysiąclecia.

 

                       *****

 

Trzy miesiące źniej.

 

- Pani, Postumus polecił mi poinformować cię, że odkryliśmy 

 poziom podbudowy. Będziemy zdejmować pierwszą warstwę

 kamienia.

- Za ł godziny będę tam z wami. Jakbyście coś znaleźli to

niczego beze mnie nie ruszajcie.

 

Cesarzowa Helena po niedługim czasie była na placu budowy. Kilkudziesięciu robotników stopniowo odkopywało warstwę kamieni i ziemi oraz wywoziło ją drewnianymi taczkami. W końcu odkryto poziom, gdzie podbudowa była już litą skałą. W jednym miejscu, tam gdzie stała świątynia, odkopano strukturę podobną do jaskini bez sklepienia. Królowa tam podeszła.

 

- Odkopcie to tutaj, resztę na razie zostawcie.

 

Robotnicy skupili się na odkopywaniu niszy skalnej. Stopniowo zaczęły ukazywać się boczne, gładkie, pionowe ściany skalnej struktury. Widać było, że miały regularny kształt nadany im przez celową, staranną obróbkę wapiennej skały i nie były wytworem natury. Po kolejnej godzinie pracy wszyscy gapie, jak i sami robotnicy w napięciu obserwowali aż ukaże im się to, na co natrafili. W końcu ukazała się kamienna łka wykona w bocznej ścianie, częściowo zwieńczona fragmentami szerokiego sklepienia. Postumus podszedł do królowej.

 

- Pani to arcosolium. łka na której układa się ciało. Nie ma

żadnej wątpliwości. To grób wykuty w skale w czasach kiedy

to miejsce było jeszcze za murami Jeruzalem. Musiał być

wykuty dla zamożnego obywatela przed budową świątyni

Wenery. Sklepienie prawdopodobnie rozebrali 

budowniczowie świątyni, po to aby dokładnie grób

zasypać. Żeby pustka w skale nie stanowiła zagrożenia dla

stabilności fundamentów. Grób pochodzi z czasów

 Nazarejczyka. Jest pusty. Nie ma śladów kości.

- Odkopcie do końca, ale delikatnie, gołymi rękami, tak aby

niczego nie uszkodzić!

- Tak jest, królowo.

 

Po kolejnej godzinie cesarzowa podeszła do grobu. Była skromnie ubrana w niebieską, codzienną suknię, jednak na jej szyi wisiał długi złoty łańcuch ze złotym medalionem. Klejnot ten zadawał jej skromnej posturze królewskiego szyku.

 

- Odejdźcie wszyscy, zostawcie mnie tu samą.

 

Helena uklękła i modliła się po łacinie do Jezusa Chrystusa a złoty medalion na jej szyi wisiał wprost nad świeżo odkopanym grobem.

 

- O Panie, Boże mój, wiem, moje serce to czuje, że to właśnie

 to święte miejsce w którym wydarzył się Cud Twojego

 Zmartwychwstania. Największy cud w historii Ziemi. Twoja

wola sprawiła, że zakopany grób przetrwał trudne czasy

pierwszych lat chrześcijaństwa. Obiecuje Ci w imieniu

całego ludu tej Ziemi, że my, Twoi wyznawcy będziemy strzec

z całych swych sił, aby już nikt, nigdy nie odważył

 się zbezcześcić tego świętego miejsca i podnieść na nie swą

rękę. Proszę Cię, abyś wspomagał nas w tym dziele. To

miejsce będziemy otaczać czcią przez kolejne tysiąclecia, aż

do czasu, kiedy znowu przyjdziesz na Ziemię.

 

W tym momencie niewielka chmura odsłoniła słońce i silny blask jasnego światła rozjaśnił jej twarz. Spojrzała w stronę blasku i wskazała na coś ręką, a następnie wypowiedziała tylko jedno słowo.

 

                       *****

 

 

Rok 2045. Stolica dużego państwa europejskiego. Tajna siedziba międzynarodowej, lewackiej organizacji terrorystycznej.

 

Przemawia lider organizacji do małej grupy najbardziej zaufanych działaczy i bojowników. Ponieważ towarzystwo jest międzynarodowe, to przemawia po angielsku:

 

- Bracia! Wezwałem was tutaj bo nareszcie nadszedł czas

abyśmy pokazali światu na co nas stać! Nareszcie pokażemy

wszystkim, że czas skończyć już z zabobonem i wyrwać

ludzkość z obłędu ograniczeń i przesądów związanych 

z dawnymi tradycjami i bzdurami dawnych religii! Żyjemy 

w połowie XXI wieku i ludzkość musi zrozumieć, że pora

rozpocząć nowy, świetlany okres naszego rozwoju. Okres 

w którym my ludzie, zaczniemy być naprawdę wolni 

 i sami decydować o naszym losie! Nadszedł już koniec

ideologii, ograniczeń i decydowania za nas, jak mamy żyć!

Tylko my sami będziemy wreszcie decydować co jest dobre 

a co złe! Koniec z moralizowaniem. Już nigdy,

żaden fałszywy książę czy prorok średniowiecznych

zabobonów, nie będzie nas pouczać!

- Bracie, o czym mówisz? Co chcesz zrobić?

- Nasi towarzysze ze wschodu mogą zdobyć dla nas wreszcie

to, o co od dawna zabiegaliśmy. Nareszcie ją dostaniemy.

- Ale co?

- Jak to co. Nie rozumiecie? Nareszcie możemy kupić głowicę

jądrową.

- Naprawdę? Skąd? W jaki sposób?

- Pojawiła się na rynku głowica skonstruowana przez duże

państwo, które dysponuje arsenałem atomowym i została już

kilkadziesiąt lat temu potajemnie wykradziona. A teraz my ją

kupimy. Jest wciąż w dobrym stanie. W pełni sprawna.

- Co z nią zrobimy?

- Zdetonujemy ją w Jerozolimie. Ma wystarczającą moc, aby

za jednym razem zniszczyć najważniejsze symbole trzech

największych religii monoteistycznych. Zniszczymy żydowską

Ścianę Płaczu, islamskie meczety; Na Skale i Al-Aksaa oraz

Bazylikę Grobu Pańskiego.

 

Przywódca szyderczo się roześmiał i dodał:

 

- Jest szansa, że uda się rozwalić całe to wapienne wzgórze 

i z grobu nic nie zostanie.

 

Na zgromadzeniu zapadła długa cisza. Uczestnicy przestraszyli się tego szaleńczego planu. W końcu jeden z liderów się odezwał:

 

- Wywołamy trzecią wojnę światową.

- Nawet jakby, to co? Czas przewietrzyć już te skostniałe

struktury i niesprawiedliwe hierarchie. Po wszystkim

będziemy już wolni!

 

                       *****

 

Sześć miesięcy źniej, rok 2046. Miasto San Jose, łnocna Kalifornia. Cmentarz.

 

- Jezu, Ty widzisz, że cierpimy z powodu śmierci naszego brata

Jacka, którego w wieku 26 lat powołałeś do siebie. Daj nam

pociechę płynącą z wiary i umocnij w nas nadzieję życia

wiecznego. Złóżmy prochy naszego brata w grobie.

Ponieważ Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy

z umarłych i odnowi nasze śmiertelne ciała, na

podobieństwo swojego ciała uwielbionego, ufamy, że

 wskrzesi ciało naszego brata gdy przyjdzie w chwale.

- Amen.

 

Ksiądz po wypowiedzeniu stosownej formuły pokropił urnę Jacka opuszczaną powoli w czeluść otwartego grobu. Formuła którą wypowiedział długo brzmiała w mojej głowie, jak dzwon średniowiecznej katedry. Gdyby ten ksiądz wiedział! Patrzyłem na to wszystko wciąż nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. Przez dwa ostatnie lata wydarzyło się tak wiele dziwnych, zaskakujących rzeczy, że czasami wydaje mi się, że za chwilę obudzę się z koszmarnego, bardzo długiego i bardzo realistycznego snu. Wszystko bym dał, żeby tak właśnie się stało. Jedno przypadkowe odkrycie zmieniło życie całej naszej trójki. Trójki najlepszych przyjaciół a jednocześnie trójki jednych z najzdolniejszych i najinteligentniejszych młodych ludzi, jacy pojawili się w gronie jajogłowych w tym pokoleniu, najlepszych uczelniach technicznych w naszym kraju. Zadanie które nas połączyłoktóre wyzwoliło w nas tyle pozytywnej energii i dało tyle radości z owoców twórczej pracy, obróciło się przeciwko nam, zabierając nam wszystko czym dysponowaliśmy. Odbierając nam kolejno, energię twórczą, życie osobiste, zdrowie a w końcu życie. Tylko my stanowiliśmy razem taką siłę intelektu, że mogliśmy tego dokonać. Gdyby nie przypadek oraz ta potężna siła naszego zespołu, która forsowała wszystkie przeszkody, to nikt inny długo jeszcze by na to nie wpadł. Bylibyśmy szczęśliwymi, choć mniej świadomymi młodymi ludźmi. To co nas spotkało, to niesprawiedliwa kara za naszą wspólną odkrywczą moc. Georga pochowaliśmy z Jackiem miesiąc temu, dzisiaj ja jestem na pogrzebie Jacka, a moje dni są policzone.

Patrzę na Susanbardzo atrakcyjną, młodą wdowę po Jackujak stoi zapłakana w czarnejzanadto obcisłej jak na pogrzeb sukiencenad grobem swojego nadzwyczaj zdolnego i bardzo przystojnego męża. Bardzo zgrabna sylwetka tej pięknej, długonogiej kobiety, nie zdradza jeszcze sekretu, którego ona dopiero zaczyna się domyślać a który ja, Jack i Georg znaliśmy od niemal dwóch miesięcy. Susan jest w siódmym tygodniu ciąży. Ciekawe czy córka Jacka będzie choć w części tak zdolna, jak jej zmarły ojciec? Jack, jako jedyny z naszej trójki zdążył się ożenić. Georg był blisko, gdyby nie wydarzenia których sami byliśmy sprawcami, to byłby teraz szczęśliwym narzeczonym, zakochanym po uszy w Elen, swojej ślicznej dziewczynie.

Rozmyślania nad naszym smutnym losem przerwała gwałtownie Eva, moja najukochańsza Eva. Kilka dni temu zamieniła rolę namiętnej kochanki młodego napalonego, przystojnego faceta, na rolę opiekunki umierającego, słabnącego z dnia na dzień, niedołężnego pacjenta. Dziewczynaktóra zawdzięcza mia w zasadzie całej naszej trójce, życie. Eva szeptała mi do ucha:

 

- Thomas, pora już jechać, muszę zawieźć cię do kliniki,

musisz dostać leki.

- Ok Eva, jedźmy już stąd.

 

Eva zaczęła pchać wózek, na który zostałem skazany kilka dni temu. Skazany dożywotnio. Wszyscy wiedzą, że nie mam już żadnych szans zsiąść z niego. Może być tylko gorzej i to w bardzo krótkim czasie. Na pocieszenie mam to, że jest mi pewnie łatwiej pogodzić się z losem niż komukolwiek na tym świecie, byłoby w mojej sytuacji.

 

                       *****

 

San Jose, Dolina Krzemowa, California, dwa lata wcześniej. Rok 2044.

 

- Witam was młodzi panowie. Zaprosiłem tylko was trzech, bo

 chciałem wam zakomunikować, że zostaliście zwycięzcami

 prowadzonej przez nasz instytut rekrutacji. Jest mi naprawdę

bardzo miło was o tym poinformować. Powinniście traktować

to jaki duży sukces na początku waszej drogi zawodowej.

Mieliśmy naprawdę wielu chętnych. I to naprawdę byli

świetnie zapowiadający się naukowcy. Ze względu na to, że

nasz instytut zajmuje się po części zastosowaniem

prowadzonych przez nas badań w technice wojskowej, to

przy rekrutacji celowo pomijaliśmy kandydatów z innych

krajów. Takie są wymagania naszych procedur. 

No i najważniejsze, od dzisiaj jestem waszym szefem. Mam

na imię Edward, jednak ja będę mówić do was po imieniu,

a wy do mnie szefie albo “proszę pana” to proste, logiczne 

i oczywiste... prawda? Panowie wiecie nad czym będziecie

pracować? A i przypomnijcie jak macie na imię?

- Nad czymś fajnym?... a no tak, Georg jestem.

- Wymyślimy uniwersalne zaklęcie, po którym dziewczyny będą

nam oddawać swoją duszę i ciało, a no tak, jestem Jack...

proszę pana.

- Koledzy nie błaznujcie tylko słuchajcie. Zresztą jak na was

patrzę moi drodzy, to w oparciu o własne doświadczenie,

zapewniam was, że żadnemu do tego żadne zaklęcia nie będą

potrzebne. A tak w ogóle, to chyba jeszcze wam nie mówiłem

żebyście nie mieli złudzeń, na pewno nie jesteście mądrzejsi

ode mnie, ale młodości i wyglądu to wam zazdroszczę.

- Skoro szefie jesteśmy głupsi, to dlaczego sam sobie tych

wszystkich rzeczy nie wymyślisz, co to pewnie nam każesz

zrobić?

- Bo szkoda mi na to czasu a i tak pewnie wam się nie uda.

A jak już wam się nie uda to wtedy, jak będę chciał, to pokażę

wam jak to zrobić.

 

Wszyscy się roześmiali.

 

- A ty młody? Szef zwrócił się do mnie. Czemu nic nie mówisz,

jak twoi gadatliwi koledzy?

- Thomas jestem. Szefie to co właściwie mamy tutaj robić?

- Dobre pytanie, do tego zmierzam. Nasz instytut, jak zapewne

dobrze wiecie, zajmuje się badaniami nad rozwojem

komputerów kwantowych. Pomimo rozwoju tej technologii od

przynajmniej trzech dekad, wciąż nie jesteśmy do końca

zadowoleni z efektów.

- Nie rozumiem? Przecież wszyscy wiemy, że komputery

kwantowe już dobrze działają i są tysiące razy wydajniejsze

od tych tradycyjnych.

- Tak działają i to działają wydajnie, jednak stabilność ich

pracy budzi nasze zastrzeżenia. Są również mało

uniwersalne, i dobrze nadają się tylko do wybranych zadań.

Tak więc, po pierwsze, zadaniem waszego zespołu będzie

opracowanie rozwiązań, które pozwolą uzyskać większą

uniwersalność oraz takie dopracowanie stabilności 

 systemów, które pozwolą wykorzystywać te komputery

powszechnie, w zminiaturyzowanej formie i w bardzo

stabilnym trybie pracy.

- Pewnie po to, żeby armia mogła je w rakietach stosować?

- No może niekoniecznie zaraz w rakietach, ale w systemach

 wojskowych rzeczywiście też. Przede wszystkim w celu

teleportacji danych. Bardzo chcielibyśmy rozwijać tą bardzo

słabo znaną i trudną dziedzinę nauki. Ale i w celach

cywilnych potrzebujemy stabilnych i stosunkowo tanich

komputerów kwantowych. To wasze główne zadanie. We

wspomnianym temacie będziemy oczekiwać od was

konkretnych efektów i za to chcemy wam zapłacić.

Proponujemy trzyletni kontrakt, z możliwością jego dalszego

przedłużenia i szybką ścieżkę awansu, oczywiście jeśli uda

wam się coś ciekawego wymyślić.

 Jednak chciałbym również, abyście zajęli się jeszcze jednym,

 zupełnie nowatorskim kierunkiem rozwoju komputerów

kwantowych. Liczę tu na świeże, nieszablonowe spojrzenie

waszych młodych umysłów. Oczywiście wszystko co tu robimy

jest tajemnicą i nie wolno wam nikogo informować o celu 

i efektach naszych badań. Jednak to co wam teraz powiem

jest najściślejszą tajemnicą państwową, i ujawnienie

czegokolwiek na ten temat będzie zdradą naszego państwa.

Otóż, jak zapewne wiecie, bity obecnie stosowanych

komputerów kwantowych, czyli tak zwane “kubity”

 oparte są na zjawiskach fizyki kwantowej, zachodzących 

w cząstkach elementarnych, takich jak fotony czy elektrony.

Szczególne znaczenie ma tu zjawisko splątania, czyli

szczególnego związania ze sobą pary, w odpowiedni sposób

wytworzonych cząstek, fotonów lub elektronów, w których

każda reaguje na zmianę stanu kwantowego swojego

 bliźniaka. Nie znamy podłoża tego zjawiska, jednak wiemy, że

istnieje i wykorzystujemy je w komputerach kwantowych.

 To oddziaływanie ma charakter, który nie poddaje się na

razie w żaden sposób pojmowaniu w oparciu o naszą wiedzę

czy nawet intuicje naszego ludzkiego umysłu. Wiemy już na

pewno, że zjawisko splątania oddziałuje bez względu na

odległość i działa natychmiast, ignorując podstawową

zasadę współczesnej fizyki, że nic nie może poruszać się

z prędkością większą niż światło. Możemy sobie wyobrazić,

że w oparciu o zjawiska kwantowe moglibyśmy teoretycznie

komunikować się z drugim końcem naszego wszechświata

w czasie rzeczywistym. A tajemnica, którą chcę wam

 powierzyć polega na tym, że nasi fizycy, pracujący w ośrodku 

 naukowym badania materii, odkryli niedawno nie znaną

dotąd cząstkę o szczególnych właściwościach. Okazuje się, że

tego typu cząstki da się niemal równie łatwo wytwarzać, jak

fotony czy elektrony, a cechują się znacznie większą

stabilnością. Przewidujemy, że możliwym byłoby zbudowanie

komputera kwantowego w oparciu o to odkrycie, który

miałby szersze możliwości od obecnie stosowanych. Stąd

właśnie skład waszego zespołu. Jeden z was jest fizykiem,

jeden elektronikiem a jeden programistą.

Chcielibyśmy, abyście panowie spróbowali zająć się tym

tematem i prowadzili prace umożliwiające zbudowanie

komputera kwantowego nowszej generacji. Nie zamierzam

zanadto wtrącać się do waszego zespołu. Macie wolną rękę

i do dyspozycji całą techniczną infrastrukturę naszego

ośrodka. Dysponujemy również bardzo konkretnym grantem

 finansowym na te badania, który jest do dyspozycji waszego

zespołu. Życzę wam powodzenia. Tyle na dzisiaj. Dzisiaj

jesteście już wolni. Załatwcie sobie jakieś kwatery, poznajcie

razem, a od poniedziałku oczekujemy was w ośrodku.

- Szefie, najważniejsze pytanie.

- Tak Jack?

- Na którą?

- Na siódmą.

- Cooo?

- Cooo?

- Cooo?

- Dobra żartowałem, zaczynacie pracę o ósmej trzydzieści.

 

............................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...