Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@Sylwester_Lasota

Czy pan uważnie przeczytał mój tekst? Nie podałem żadnych wersjiTo nie moja wojna.

 

@Sylwester_Lasota

 

Ostrzegałem po prostu, że nie tylko Ukraina i Rosja, ale także matka Polska już  ponoszą straty ludzkie.
Jeśli pana to odpowiada, proszę. Mi nie odpowiada, ale w przeciwieństwie do pana nic nie ryzykuję. Jestem na wyspie. Bardzo daleko, dalsze niż na odległości conajmniej trzech Kijów od szczotki.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jak mógłbym zaufać Ci w jakiejkolwiek większej sprawie, jeśli w stosunku do mojej skromnej osoby tak bardzo się mylisz? A mylisz się bardzo.

Ale to na marginesie, bo tutaj dyskutujemy o poezji, a nie o naszych prywatnych sprawach.

Po prostu, przemyśl dobrze następnym razem, zanim coś napiszesz.

Jestem przekonany, że potrafię czytać ze zrozumieniem, nawet jeśli posługujesz się łamaną polszczyzną, i tak, przeczytałem Twój komentarz, a nawet go zacytowałem na wypadek, gdyby miał zginąć, a po odpowiedzi jaką uzyskałem, odnoszę wrażenie, że to ja nie zostałem przez Ciebie zrozumiany :(. To naprawdę przykre.

 

Pozdrawiam

Opublikowano

@Sylwester_Lasota

Ale nie mamy spraw osobistych, nie znam pana, pan nie zna mnie. Dlaczego pan myśli, że mówiłem o  matce  pana? Mówiłem o POLSCE, o matce Polsce, wyrażałem opinię "moherowych beretów", partii matek, partji międzynarodowej. To była ALEGORIA.

 

Pan nie musi mi ufać, nie obchodzi mnie to. Wyraziłem swoją opinię w kwestii, która nie dotyczyła poezji, ale polityki. Dlaczego nie? Jest nawet część satyry politycznie na POEZJA.org. Ludzie dyskutowali na aktualny temat polityczny, ja wziąłem udział w dyskusji, aby wskazać nowy aspekt tego tematu, który wciąż pozostaje w cieniu.

 

Moja pozycja to sine ira et studio. Jestem na wyspie. Nie rozumiem ostrej reakcji emocjonalnej ze strony pana. Prawdopodobnie bardziej interesuje pana polityka niż poezja.

 

Współczuję

 

Opublikowano (edytowane)

@Andrew Alexandre Owie, Rozumiem, że nie rozumiesz. Znajomość słów niekoniecznie musi oznaczać znajomość języka. Jeśli jest możliwe porozumienie bez słów, to tym bardziej możliwe jest utonięcie w potoku słów. Tym łatwiej jeśli nie jest się doskonałym pływakiem.

Początkowo chciałem zupełnie zignorować Twój pierwszy komentarz, który wydał mi się zwyczajnie durny, a poza tym w ogóle nie odnoszący się do tekstu (żadnego odniesienia do zatopienia/zatonięcia rosyjskiego krążownika czy chociażby refleksji nad losem poległych i poranionych marynarzy, z których część była jeszcze nastolatkami), że szkoda mi było czasu żeby na niego odpowiadać. Niestety, popełniłem błąd i odpowiedziałem. A teraz zamiast pisać kolejny wiersz, trwonię czas na jakieś słowne przepychanki z Tobą.

Ale od początku (pierwszy i ostatni raz!) postaram się przeanalizować, to co napisałeś, może wtedy spróbujesz chociaż zrozumieć o czym piszę oraz moją, jak to ująłeś, emocjonalną reakcję.

 

Zaczynasz od:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nazwanie kogoś przyjacielem, to, moim zdaniem, nie jest stwierdzenie, że ta osoba jest naszym przyjacielem, ale bardziej oświadczenie, że jest się przyjacielem tej osoby, z wszelkimi tego konsekwencjami. W każdym razie ja tak uważam, chociaż wiem, że nie wszyscy uważają podobnie. Pracowałem kiedyś z kilkoma Pakistańczykami, w sumie super fajni goście, ale nie dlatego o nich wspominam, lecz dlatego, że zwracali się do mnie czasem właśnie mój przyjacielu. Dosyć szybko dało się zauważyć, że robią to najczęściej w sytuacjach, kiedy czegoś potrzebują, lub chcą okazać swoistą pobłażliwość. To nie ma nic wspólnego z przyjaźnią, mój przyjacielu. Jest zwykłym nadużyciem w stosunku do drugiej osoby. Na chwilę obecną jednak jesteś moim przyjacielem, ale czytaj dalej.

 

Cytujesz klasyka. No dobrze, ale w jakim kontekście? W jakim celu? Chcesz kogoś przestraszyć? Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z możliwych konsekwencji tego, co obecnie dzieje się wokół Ukrainy. Naprawdę nie trzeba nas bardziej straszyć. Ten cytat w obecnej sytuacji, to nawet nie jest głos wołającego na puszczy, to jest po prostu irytujący dzwonek, który dzwoni pośród innych dzwonków wygrywających tę samą melodię.

 

  

Nie wiem, ale zaraz się dowiem(!)...

 

 

No proszę Cię! Ty to wiesz?!

Podajesz konkretne liczby i fakty, bez powoływania się na jakiekolwiek źródła? Tak na przysłowiowy chłopski rozum widząc takie liczby, należało by dojść do wniosku, że teraz tam walczy cała polska armia! Naprawdę??? Chyba nawet Rosjanie, którzy są wściekli na nas za wspieranie Ukraińców, nie wymyśliliby takiej bzdury, a nawet gdyby wymyślili, to jaki idiota by w to uwierzył? O ile nie słyszałem o Polakach walczących po ukraińskiej stronie, chociaż nie wykluczam, że tacy są, a nawet bym się dziwił gdyby ich w ogóle tam nie było, to dosyć głośno było o Brytyjczykach wziętych do rosyjskiej niewoli. Nic Ci się nie obiło o uszy? Nic nie o nich nie słyszałeś?

 

Mariupol padł... tzn został "wyzwolony" przez armię rosyjską. Myślę że wkrótce dowiemy się o tej Polskiej Armii tam walczącej. Rosjanie z pewnością nam tego nie oszczędzą! W końcu ginęło tam kilkudziesięciu polskich żołnierzy tygodniowo. Musiały pozostać jakieś ślady po Polakach. To sarkazm, ale będę śledził rosyjskie wiadomości. Tak, jak napisałem wcześniej, to zwycięzcy piszą historię - wszystko więc jest możliwe.


 

I znów dzwonisz, ale dzwonisz fałszywie, bo to nie tak było. I my też wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!  - To cytat z przemówienia prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji w 2008 roku.

 

To też wiemy! Nikomu bardziej niż Polakom nie musisz tego tłumaczyć. Więc po co to robisz? Chcesz jątrzyć? Czy co?

 

No a na koniec, to już posadziłeś naprawdę zgniłą wisienkę, a tym skisłym torcie. Najpierw przedstawiasz się jako:

O k a y . . .

ale zaraz potem stwierdzasz, że jesteś (o zgrozo!) moją matką(!) (pomijam już fakt, że mama zmarła wiele lat temu i nie życzę sobie żeby ktokolwiek szargał jej imię):

 

I na koniec zrównujesz się z dość dużym jednak krajem europejskim i zdajesz się zabierać głos w jego imieniu(?):

 

Podsumowując, jeśli miało być to inteligentne, to nie było, jeśli miało być to zabawne, to nie było, w każdym razie nie dla mnie.

Zastanawia mnie jeszcze jedno. Jestem na tym portalu od 2007 roku, Ty też jesteś już od jakiegoś czasu, ale wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie skomentowałeś żadnego mojego tekstu. Co mgło cię tak poruszyć w tej miniaturze, że pojawiłeś się pod nią ze swoimi rewelacjami? Hę?

 

W kolejnym komentarzu brniesz dalej:

O! Już nie jestem Twoim przyjacielem? Drobna różnica w poglądach sprawia, że starasz się zwiększyć dystans i zaczynasz używać form grzecznościowych? Pozwól, mój przyjacielu, że dopóki rozmawiamy na tym portalu, będę się zwracał do Ciebie na ty i doprawdy, nie widzę powodu, żebyś Ty tytułował mnie panem, tylko dlatego, że nie pochwaliłem Twojego komentarza. Tym bardziej, że wcześniej zwracałeś się do mnie per ty.

A co do "tekstu", to chyba już teraz nie masz najmniejszej wątpliwości, że przeczytałem go baaaardzo uważnie. Masz?

 

Ech, czyja Matka? Twoja? Moja mama już dawno nie żyje... W polskiej świadomości nie funkcjonuje takie pojęcie, jak "matka Polska". W każdym razie ja się z nim nie spotkałem i nie spotykam. Moim zdaniem najwyraźniej zapożyczyłeś to z języka rosyjskiego, tłumacząc ich matuszkę Rosiję na język polski. W polskim "matka ojczyzna" brzmiałaby jakoś dziwnie. Chyba sam to przyznasz. Prawda?

No i jeszcze raz, nie musisz nas ostrzegać - jesteśmy świadomi zagrożenia. Poczytaj chociażby trochę wierszy na tym forum. Ta świadomość aż tutaj kipi i się z niego wylewa.

 

Myślę, że to już sobie wyjaśniliśmy dostatecznie.

 

Co mi odpowiada??? Tylko proszę nie odpowiadaj. Nie chcę tej dyskusji ciągnąć w nieskończoność.

 

Możesz być nawet na Okinawie, nic mi do tego. Odnoszę się tylko do tego, co piszesz. Ale z drugiej strony, w tej chwili nigdzie nie jest bardzo daleko. Naiwnością byłoby sądzić, że jest inaczej.

Myślę, że nie bez powodu rosyjskie bombowce dość regularnie latały przez lata wzdłuż wybrzeży Wielkiej Brytanii  aktywizując ich służby obrony przeciwlotniczej i zbierając dane o ich reakcjach, tak na ten przykład.

 

No i ostatni Twój komentarz:

 

Popatrz, sam sobie przeczysz:

Prawdopodobnie powiadasz? Pewny jednak jesteś, że nie jest to taki personalny przytyk, a tylko takie Twoje osobiste założenie?

 

A pomiędzy:

Nie mogę się z tym zgodzić, uważam, że już się trochę poznaliśmy...

 

Zakładam, że to zostało już wyjaśnione.

 

Przyznam szczerze, że nie mam najmniejszego pojęcia o czym tutaj do mnie piszesz. W Polsce jakiś czas temu "moherowymi beretami" nazywano starsze kobiety, katoliczki, z powodu popularności wśród nich tego typu nakrycia głowy. Nomen omen, moja mama też taki nosiła. I to w zasadzie byłoby wszystko, gdyby nie fakt, że w pewnych kręgach, przeważnie lewicowych, określenie to było zdecydowanie pogardliwe i miało być obraźliwe dla tych pań. Niestety w kontekście całej Twojej wypowiedzi nie jestem tego jakoś sensownie poukładać.

 

Jeśli tak, to nie wyszła najlepiej, moim zdaniem :(

 

No to chociaż w jednym mamy pełną jasność.

 

Powracasz z tym jak bumerang. Podasz jakieś źródło tych rewelacji? Podawałeś konkretne liczby, nie wyssałeś ich sobie z palca, nie zmyśliłeś. W sumie to jestem ciekawy, kto tworzy takie legendy.

 

To już chyba przerobiliśmy. Zastanawiam się jednak nad tym sine ira et studio.  Mamy takie powiedzenie Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie mam do czynienia z jakimś siewcą... hmm

 

Pozostawię bez komentarza.

 

Pozdrawiam

 

 

 

 

Edytowane przez Sylwester_Lasota (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Sylwester_Lasota

 

Tyle słów, ale chciałem tylko powiedzieć, że Polak powinien myśleć o Polsce i Polakach, a nie o Moskwie, Ukrainie, nie o Rosjankach i nie o ukraińskich dzieciach. Są ludzie, którzy o nich myślą. To nie wasza wojna.

 

Piszesz o śmierci personelu krążownika "Moskwa", piszesz o tym w tym wiersze. Dlaczego nie napiszesz o śmierci Polaków na Ukrainie, o polskich wdowach? Tam giną nie tylko polscy najemnicy bez rodziny, ale także regularny personel polskiego wojska. Tam oni trenują iść na śmierć w nowych, przyszłych stalingradach. Czy nie żal panu ich?

 

Ich rodziny dziś płaczą, a zamiast tatusiów z Ukrainy dzieci dostaną popiół. Bomby nie wiedzą, gdzie są Rosjanie, Ukraińcy czy Polacy. Dobrze, że Putin zapieczętował "Azowstal", jest szansa, że polskie jednostki, które też tam są i które notabene są skażone zbrodniami wojennymi na ludności cywilnej Mariupola, wyjdą żywe i wrócą do Polski.

 

Tymczasem Ukraińcy w wieku wojskowym dobrze żyją w Polsce. Żywe, zdrowe, biegające z flagami. Polacy zadbali o ich przyszłość. Czy Ukraińcy są im drożsi niż oni sami? Czy wojna rosyjsko-polska już się rozpoczęła? Nie.

 

@Sylwester_Lasota

 

W rzeczywistości obecna wojna jest nasza, anglo-kanadyjsko-amerykańska szkoleniowa wojna z Rosją na terytorium Ukrainy ukraińskimi rękami. Bardzo ciekawa wojna, w której Brytyjczycy i Amerykanie widzą, że Rosjane są ich wojskowymi bliźniakami.

 

Rozumiem, ludzie piszą rymy propagandowe, ponieważ zarabiają i dobrze im płacą. Ale nie jesteś jednym z nich, jesteś utalentowaną, inteligentną osobą, ale jednocześnie pożytecznym idiotą.

 

Jeśli Polacy nie zaczną myśleć o sobie i Polsce i dalej będą uczestniczyć w cudzych grach, drapieżne mocarstwa świata po raz kolejny poświęcą Polskę jako kartę przetargową. О tym ostrzega starsza pani z "Moherowych Beretów". Ale Polacy jej nie posłuchają, nie.

 

 

 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Sylwester_Lasota

 

Z całego serca przyjmuję twoją decyzję. Jest prawidłowa.

 

Bardzo cię szanuję jako osobę myślącą, intelektualistę, a przy okazji nie upieram się przy tym, żeby mieć rację.

 

Niestety to moja wojna, i my z dużym prawdopodobieństwem przegramy ją militarnie na rzecz Rosjan, choćby dlatego, że nie chodziło o wygranie tej wojny od samego początku. To jest jak wielki zderzacz hadronów do badania możliwości Rosji i metod prowadzenia współczesnej wojny, w tym, nie daj Boże, trzeciej wojny światowej.

 

Wnioski z tej wojny są rozczarowujące:
1) Rosja jest silna militarnie i gospodarczo,

2) ale przegrywa  nam informacyjnie, nie jest w stanie przekazać prawdy ludności strony przeciwnej, ale to chwilowe

3) w ciągu ostatnich 40 lat poszła amerykańską drogą i pod wieloma względami stała się repliką Stanów Zjednoczonych

4) i nie wiadomo, co jeszcze oni wymyślili tam w swoim kompleksie wojskowo-przemysłowym, autonomicznym od światowego 
5) kolejna poważna wojna lokalna w Europie czy Azji, niestety, obiektywnie doprowadzi do użycia taktycznej broni jądrowej po obu stronach. 

Pasjonaci w USA chcieliby tego już teraz, ale Rosjanie mają doskonałą inteligencję i przyjaciół w elicie Zachodu, dlatego Rosji na razie udaje się zapobiec najgorszemu scenariuszowi podczas tej wojny.

 

W każdym razie musimy żyć i stać przyjaciółmi w przyszłości, wszyscy ze wszystkimi.

 

Pozdrawiam

 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...