Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Okolice miasteczka w tym samym czasie.

 

  Fidan i Kaltrina to nastolatkowie którzy chodzą do jednej szkoły. Oboje mieszkają w miasteczku, choć na dwóch jego końcach, co wcale nie znaczy, że daleko od siebie. Oboje mają po osiemnaście lat, nawzajem bardzo się lubią i spędzają ze sobą coraz więcej czasu. Trudno powiedzieć na ile świadomie, ale zakochują się w sobie, coraz bardziej, bardziej i bardziej. Jak już będzie jeszcze bardziej, to będą zakochaną parą. Spotykają się najczęściej i najchętniej właśnie tutaj gdzie teraz siedzą, to znaczy na zboczu wzgórza oddalonego od miasteczka o jakieś półtora kilometra. Żeby się tu znaleźć, każde z nich musi wspinać się ze swojego miejsca zamieszkania, około 30 minut. Jakoś przychodzi im to coraz łatwiej. Jakby wzgórze z każdym spotkaniem robiło się mniej strome. Z ich miejsca jest bardzo dobry widok na całe miasteczko i jego okolice. Śmieją się i rozmawiają. Kaltrina przekomarza się z Fidanem tłumacząc mu, że właściwie nie wie po co tu do niego przychodzi i że może być to dla niej niebezpieczne, bo nie wiadomo jakie Fidan ma w stosunku do niej zamiary i właściwie to nie rozumie, dlaczego chce się z nią spotykać i to coraz częściej. Zaczyna podejrzewać, że może ona mu się podoba, ale ponieważ on nic na ten temat nie wspomina, tylko gada z nią o jakiś bzdurach, to pewnie nie po to, ale w jakiś innych, niecnych celach. Fidan słuchając tych wywodów wyjaśnia Kaltrinie, że już dawno planował udusić jakąś dziewczynę, tylko na razie nie był zdecydowany którą, no ale skoro ona już tu się z nim spotyka, to pewnie to będzie ona. I tak sobie przygadywali siedząc obok siebie i utrzymując bezpieczny dystans. Pletli bzdury o szkole, o wspólnych znajomych, o rodzinie, czasem poruszając jakieś poważniejsze tematy, zwykle dotyczące przyszłości. Tak naprawdę oboje byli nieśmiali i oboje byli pierwszymi dla siebie a śmiechem i kiepsko udawaną śmiałością próbowali kamuflować swoją nieśmiałość. Najtrudniejsze było pierwsze spotkanie a potem to już tak jakoś idzie od kilku tygodni. Fidanowi, który w istocie był przystojnym, atrakcyjnym, młodym dorastającym mężczyzną, trudno było uwierzyć w to, że to było takie proste. Że dziewczyna o której marzył i podobała mu się już od kilku lat, tak łatwo dała się namówić, żeby się z nim spotkać. Wyobrażał sobie, że przecież ona musi mieć już przynajmniej z tuzin innych chłopaków, bardziej śmiałych i lepszych od niego i pewnie wybierze albo już wybrała sobie któregoś z nich, a on próbując się z nią umówić na pierwsze spotkanie, spotka się tylko z wielkim zdziwieniem i zażenowaniem. W końcu podszedł do niej i zaryzykował wieszcząc koniec świata:

 

- Kaltrina, pogadasz ze mną trochę?

 

Spojrzała na niego z ciekawością i odpowiedziała czy ma do niej jakąś sprawę. On zmieszany powiedział, że tak tylko chciał pogadać i zaczął się wycofywać. A ona  uśmiechnęła się i powiedziała pogadam, tylko powiedz gdzie i kiedy. Fidan zdezorientowany i zaskoczony zaproponował wzgórze. Znał to miejsce i czasem tam chodził. Wiedział gdzie mieszka Kaltrina i że wzgórze przedziela ich miejsca zamieszkania. Ona jakby się trochę wystraszyła, ale się zgodziła. Jeszcze w tym samym dniu po lekcjach, zamiast jeść w domu obiad, siedzieli tam i uśmiechali się do siebie. Tak to się zaczęło. Potem było już coraz łatwiej, a właściwie to od razu było bardzo łatwo. Kaltrina miała swój sekret, którym z nikim się nie dzieliła. Podobało jej się kilku chłopców w szkole, a Fidan był pierwszy na tej liście. On oczywiście nic o tym nie wiedział. Kaltrina nie wiedziała jak zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Ani rodzice w domu ani nauczyciele w szkole tego nie uczyli.

Dzisiejsze spotkanie odbywa się w wyjątkowo malowniczej atmosferze. Słońce chyli się ku zachodowi a ciepły, kończący się leniwie dzień, wprowadza nostalgiczny nastrój. Stylowa zabudowa zabytkowego miasteczka czaruje architektonicznym  ładem, odcinając się od zielonych łąk i złotych prostokątów pól uprawnych. Widok był wręcz nierzeczywisty, przypominał kolorowy obrazek lub pocztówkę. Zachodzące słońce stopniowo stawało się mniej jaskrawe, a na tle niebieskiego nieba i kilku białych obłoków pojawiły się pierwsze odcienie różu i czerwieni. Przyroda wyświetlała kolorowy film specjalnie dla Fidana i Kaltriny, którzy mieli najlepsze miejscówki na tym spektaklu. Długie cienie zachodu oraz widok z góry, uplastyczniły z dużą wyrazistością wszelkie szczegóły zabytkowej zabudowy. Widać było cały rynek z niewielkim ratuszem oraz stosunkowo duży, murowany meczet z wysokim minaretem, niewielki biały katolicki kościół z ostrą wieżą zwieńczoną krzyżem, a nawet szkołę do której chodzili. W centralnej części starówki, tuż za rynkiem, widoczny był wyraźnie duży zabytkowy budynek szpitala z jego stromym dachem z czerwonej dachówki. Pomimo sporej odległości, wszystkie szczegóły można było wyraźnie rozróżniać.

Fidan i Kaltrina siedzieli obok siebie bezpośrednio na trawiastej ziemi, oddaleni o kilkadziesiąt centymetrów. Akurat oboje milczeli wpatrując się w dal. Kaltrina nagle przechyliła się lekko w jego stronę, podpierając się lewą ręką, żeby się na niego nie przewrócić. Potem przechyliła się odrobinę mocniej i jej ręka znowu przesunęła się o kilka centymetrów w stronę chłopaka i potem znowu nieco mocniej i jej ręka, którą cały czas się podpierała, znowu lekko się przesunęła w stronę Fidana. Kaltrina ciągle patrzyła w dal, nie na niego. Fidan na początku lekko zdezorientowany zarumienił się, ale nareszcie zrozumiał co właściwie miał zrobić. Zrozumiał, że to, co za chwile się wydarzy, jest tym o czym marzył od lat. Że właśnie jego znajomość z Kaltriną za moment zmieni zupełnie swój status. Że być może zbliża się najważniejsza i najpiękniejsza chwila jego życia, której nigdy się nie zapomina. Fidan podparł się swoją prawą ręką, otwartą dłonią do góry, tuż przy ręce dziewczyny w ten sposób, że następny kroczek podpierania się, nie trafi już na trawę, ale na dłoń Fidana.

W przyrodzie stało się coś dziwnego. Wszystko nagle ucichło. Ucichł szum lekkiego wiatru, ucichł daleki odgłos ptaków i ciche brzęczenie owadów. Nastała absolutna cisza. Dziwna, niespotykana cisza. Właśnie wtedy Kaltrina nasunęła swoją dłoń na dłoń Fidana. Oboje zacisnęli dłonie, łącząc je razem. Kaltrina i Fidan byli już parą.

 

Tego, co stało się w dalszej części tej nadzwyczajnej chwili, nikt nie byłby w stanie przewidzieć. Oboje znieruchomieli ze strachu i zaskoczenia. Bezwiednie ścisnęli swoje dłonie aż do bólu palców. Nad miasteczkiem pojawił się błysk. Błysk niebieskiego światła, tak silny, że cały krajobraz, aż po horyzont, został objęty błękitną poświatą. Przez moment świat stał się monochromatyczny. Nic nie miało innego koloru niż odcień błękitu. Od bardzo jasnego, przechodzącego w zimną biel, aż do ciemnobłękitnych cieni. Absolutnie wszystko co widzieli oboje, włącznie ze słońcem i chmurami było niebieskie. Nienaturalne barwy całego otoczenia sprawiły reakcję organizmu taką, jak przy nagłym zagrożeniu. Ich mózgi nie potrafiły znaleźć wzorca, który pozwoliłby zrozumieć co się stało, błysk nie wydał żadnego dźwięku, był bezgłośny. Wszystko trwało nie więcej niż sekundę i zniknęło bez śladu. Znowu zachodziło różowe słońce a brzęczenie owadów rozwiało ciszę.

 

- Fidan... coooo toooo było ??!!

- Skąd mam wiedzieć? Może piorun?

- Piorun? Jaki piorun? Gdzie błyskawica? Gdzie grom?

Przecież jest piękna pogoda?

- Jakieś zwarcie elektryczne?

- Fidan, to było wszędzie, aż po horyzont.

- Może jakaś bomba? Atomowa?

- Bomba? Może, ale nic się dzieje.

- Raczej jakieś eksperymenty... ja pierniczę, co to było?

Chodźmy do domu. Może coś tam się stało?

- Przecież widzisz, że nic się nie stało.

 

Fidan ochłonął już z wrażenia i poczuł się bezpiecznej.

 

- Kaltrina wiesz co?

- Co?

- To mógł być wybuch moich uczuć do ciebie?

 

Kaltrina się uśmiechnęła i dała mu buziaka w policzek.

 

- Jaja sobie robisz, a nie wiadomo co to było. Schodzimy na

dół, trzeba to sprawdzić.

- Wydaje mi się, że źródło błysku było nad szpitalem.

 

Schodzili na dół trzymając się za ręce. Kaltrina i Fidan byli już razem.

 

                       *****

 

 

Miasto w małym państwie europejskim c.d.

Opowieść Eleny:

 

Z trudem powstrzymywałam łzy. Starałam się jakoś zapanować nad emocjami. Pomyślałam, że najważniejsza jest Petia, a potem będę martwić się dalej, co zrobić ze sobą

i swoim życiem. Bo to, że coś będę musiała zrobić, wydawało mi się oczywiste. Podjechałam pod szkołę, znowu odebrałam

Petię i pojechałyśmy do przychodni. Inteligentna Petia, po pierwszym spojrzeniu na mnie od razu zapytała:

 

- Mamo, co się stało?

- Jedźmy do lekarza, potem wszystko ci opowiem.

- Stefan?

- Tak.

 

Nie pytała o nic więcej. Wszystko rozumiała. Moje przeczucie, że moje szczęście w tym związku nie będzie trwałe, dla inteligentnej Petii było oczywistością. Potem, po czasie, opowiedziała mi, że już dawno miała swoje zdanie o ojczymie. Nie eksponowała go, bo nie chciała robić mi przykrości. Była przekonana, że coś wkrótce złego się wydarzy. Instynktownie nie przywiązywała się ani do luksusu bogatego domu, a tym bardziej do nieodpowiedzialnego i de facto infantylnego ojczyma. Petia przewidywała problemy, ale była gotowa, gotowa do dalszej drogi, do pokonywania trudności swojego życia. Jednak nie mogła przewidzieć, że ta droga przez którą przyjdzie jej iść przez następne kilkanaście miesięcy, to nie przedzieranie się przez zarośniętą przeszkodami dżunglę, której się spodziewała, ale raczej droga pionową granią na najwyższe szczyty. Nikt nie był w stanie przewidzieć tego co się wydarzy.

 

- Jak właściwie się czujesz?

- Wszystko ok, znacznie lepiej niż rano.

- Jedziemy, bo lekarka dzwoniła dziwnie wystraszona.

- Spokojnie, na pewno przesadza.

- No nie wiem, zobaczymy.

 

Podjechałyśmy pod przychodnię. Lekarka już na nas czekała. Była przejęta sytuacją. Powiedziała nam bez ogródek, że wyniki badania krwi są bardzo złe i świadczą o jakiejś poważnej chorobie. Podejrzewała białaczkę, wypisała skierowanie i poleciła od razu, wprost z przychodni, jechać do szpitala.

 

- Niech od razu ustalą dokładnie co jej jest i bez zwłoki

rozpoczną leczenie. Niezbędne rzeczy dowiezie jej pani

później.

 

Pojechałyśmy do szpitala. Petia w nim została.

 

                       *****

 

 

Jeszcze tego samego dnia spakowałam rzeczy swoje i swojej córki i wyprowadziłam się do rodziców. Wiedziałam, że zawsze mogę liczyć na ich wsparcie. W pracy niemal od razu wszyscy wiedzieli co stało się z moim małżeńskim życiem. Barbie natychmiast wszystko rozgadała a wieści, zwłaszcza takie, w tym aktorskim środowisku roznoszą się niezwłocznie. Zresztą ukrywanie czegokolwiek nie miało sensu. Oschła i obojętna szefowa ku mojemu zdziwieniu stała się dla mnie bardzo miła i wyrozumiała. Nie dopytywała się o nic i czułam, że chciałaby mi jakoś pomóc. Wraz z innymi pracownicami charakteryzatorni tak kierowała jej pracą, że ani Barbie ani Stefan nigdy już nie trafili w moje ręce. Kiedyś żartowała, że nie może dopuścić do tego żebym pracowała przy ich buźkach, ponieważ na wyposażeniu pracowni jest także brzytwa. Tak naprawdę oszczędzano mi przykrości. Zresztą potrzeby Barbie po kilku tygodniach zaspakajał już inny młody aktor. Mieszkałam u rodziców a Petia ciągle się leczyła. Stwierdzono u niej lekooporną białaczkę. Trzy razy była w szpitalu i za każdym razem po poprawie, jej stan zdrowia znowu się pogarszał. Musiała przerwać szkołę. Niezbędny okazał się przeszczep szpiku. Mój się nie nadawał, próbowano szukać dawcy niespokrewnionego. I wtedy, właściwie nie wiadomo skąd, zjawił się Kristian, ojciec Petii. Tak naprawdę to niezupełnie, nie wiadomo skąd. Znaleźli go moi rodzice, znali wszystkie szczegóły przebiegu leczenia. Krystian związany był z inną kobietą, od czasu do czasu spotykał się jednak z Petią. W czasie tych spotkań był dla niej bardzo miły i przynajmniej starał się robić wrażenie, że Petia nie jest mu obojętna. Wiedziałam, że dla niej ma to znaczenie.  Płacił również na nią niewielkie alimenty. Kristian nie zastanawiał się ani minuty. Był gotowy zrobić wszystko co mógł, żeby ratować własną córkę. Miał tylko pretensje, że nie poinformowaliśmy go od razu o tym, że Petia jest tak ciężko chora. Lekarze stwierdzili, że może być dawcą szpiku. Przeprowadzono zabieg. Przeszczep się udał i Petia wyszła ze szpitala. Myślałam, że wreszcie coś dobrego wydarzy się w moim życiu. Niestety po kilku tygodniach jej stan znowu się pogorszył. Wróciła tam gdzie przebywała, właściwie cały czas od kilku miesięcy, czyli do szpitala. Wezwała mnie ordynatorka na rozmowę, a właściwie na monolog:

 

- Przeszczep jest odrzucany, podamy jej chemię, będziemy

leczyć ją silnymi lekami przeciwnowotworowymi. Będziemy

utrzymywać ją w jak najlepszej kondycji tak długo jak to

możliwe. Jednak życie Petii jest zagrożone. Stoimy na skraju

możliwości medycyny. Trzeba liczyć się z tym, że tą walkę

przegramy.

 

Świat zawirował mi przed oczami. Po policzkach znowu, jak często ostatnio, popłynęły łzy.

 

 

 

                       *****

 

 

 

Miasto w dużym państwie Ameryki Północnej c.d.

 

- Cześć babciu.

- Ava, moja słodka, jak się cieszę. Co tam u ciebie?

- Tak jakoś, jakoś leci, szkoła dom, nauka.

- Powiedz dziecko, masz już jakiegoś chłopaka?

- Babciu, daj spokój przecież ja jeszcze dziecko.

 

Ava spojrzała wesoło na babcię.

 

- Tak dziecko, dobrze mówisz, masz czas na te sprawy.

- W szkole jak?

- Dobrze, dobrze, daję radę.

- Chodź no tu, niech cię przytulę, a czy ty Avuniu jesteś aby

grzeczna?

- No co ty? Babciu? Ja zawsze.

- A to dobrze bo mam chyba dla ciebie prezent?

- Prezent? Z jakiej okazji?

- No urodzinki, przecież będziesz miała.

- Przecież dopiero za pięć miesięcy.

- Właśnie pięć miesięcy, dla takich babć to może być sporo

czasu.

 

Ava była drobną, szczupłą dziewczyną o dziecięcej urodzie. Wszyscy ją lubili. Rodzice byli z niej dumni bo Ava świetnie się uczyła i nie sprawiała żadnych kłopotów. Koleżanki i koledzy w szkole też ją lubili ponieważ Ava nigdy nie wywyższała się nad innymi pomimo, że z racji postępów w nauce, mogłaby to robić. Ava była zdolna, bardzo zdolna. Zwłaszcza przedmioty ścisłe i te wymagające dobrej pamięci, pochłaniane były przez tą drobną, dziecięcą głowę z nadzwyczajną łatwością. Biegłość w rozwiązywaniu trudnych zagadnień matematycznych i fizycznych nie pasowała do jej drobnej postury. W oczach Avy płonął ogień, ogień inteligencji i przenikliwości. Ava świetnie rozumiała rzeczywistość i swoją obecną i przyszłą w niej rolę. Miała zdolność przewidywania trudnych sytuacji i ich unikała.

W klasie była tylko jedna uczennica która Avy nienawidziła. To była Emily. Emily nie potrafiła pogodzić się z tym, że nauka przychodziła Avie z taką łatwością. Czuła się upokorzona inteligencją Avy. Wiedziała, że nigdy nie będzie tak mądra jak ona i nigdy nie osiągnie tego co ona. Tyle, że Emily nie należało upokarzać w żaden sposób, nawet swoją inteligencją, bo to ona była od poniżania a nie od bycia poniżaną. Ava to rozumiała. Unikała kontaktów z Emily jak tylko mogła. Z wszelkich prób zaczepek potrafiła sprytnie się wywijać, tak aby nie urażać chorego ego Emily, a jednocześnie nie umniejszać swojej godności. Emily była na nią coraz bardziej wściekła i w końcu postanowiła ją upokorzyć. Upokorzyć w najgorszy z możliwych sposobów.

 

 - Babciu czego ty szukasz?

- No zobacz, przeglądałam ostatnio swoje rzeczy i chciałabym

ci podarować coś takiego.

- Cooo tooo jest?

- To bransoletka, dostałam ją bardzo dawno temu od swojej

matki, ona dostała ją od swojej. Mama, twoja prababcia,

mówiła mi, że ta bransoletka chroniła ją w czasach wojny.

Że ma cudowną moc. W czasie wojny była sanitariuszką

w Europie i wiele jej przyjaciółek wtedy zginęło, a ona

przeżyła.

 

Ava wzięła bransoletkę do ręki. Była dziwna, nigdy takiej nie widziała. To cienki złoty łańcuszek do noszenia na nadgarstku, ale z małym złotym krzyżykiem. Tak małym, że nie przeszkadzał w noszeniu go na nadgarstku ręki.

 

- Babciu to jest śliczne, chcesz mi to podarować?

- No pewnie, wiesz w tą cudowną moc to nie bardzo wierzę,

zresztą jest mocno znoszona. Ja i tak nie umiałabym jej nosić,

bo już dawno jest na mnie za mała. Bierz, będziesz miała na

urodzinki, a ja będę miała prezent z głowy.

 

Ava założyła bransoletkę. Pasowała idealnie, krzyżyk zsunął się na wewnętrzną część nadgarstka.

 

- Właśnie tak ją trzeba nosić.

- Chyba nigdy jej nie zdejmę, dzięki wielkie.

 

                       *****

 

- Trzeba zrobić coś z tą suką.

- Z jaką suką? O czym ty gadasz?

- Z tą laleczką Avą, nienawidzę jej.

- Dlaczego? Przecież nic ci nie robi?

- Puszy się ciągle, nie mogę na nią patrzeć!

- Emily, weź się ogarnij, to dziewczyna, chcesz ją okraść czy

pobić?

- Ty ją zgwałcisz, a ja nagram wszystko. Zgnoimy tą sukę,

niech ma za swoje.

 

Logan popatrzył na Emily dziwnym wzrokiem.

 

- Chcesz, żebym ja ją gwałcił? Przecież jesteśmy razem. Nie

 przeszkadzałoby ci to?

- Tak, tego chcę, masz to zrobić, masz to zrobić dla mnie, tego

chcę.

- Odbiło ci zupełnie, nikogo nie będę gwałcił, za to idzie się do

 więzienia, a poza tym ona jest w porządku.

- Nie wiedziałam że taki cykor z ciebie, Rozczarowujesz mnie.

Albo to zrobisz, albo koniec z nami.

- Mogę ją nastraszyć, udawać, że chcę ją zgwałcić, ale nikogo

nie będę gwałcił. Nagrasz swój filmik tak, żeby wyglądało, że

była zgwałcona i ją puścimy. Na nic więcej mnie nie namówisz.

Jesteś chora z nienawiści.

 

Emily z niechęcią przystała na to.

 

Emily wszystko zaplanowała, Loganowi miał pomóc kolega, czyli jeszcze jeden z członków jej przestępczej grupy. Emily dowiedziała się, że Ava chodzi po południu na zajęcia sportowe i wraca do domu wieczorem. Rozeznała, że w drodze do domu musi przejść kilka bocznych uliczek. Wybrała mały parking, którego nikt nie pilnował i był na uboczu. Prawie nigdy, nikogo tam nie było. Zaczaili się tam. Ava niczego się nie spodziewała. Poczuła nagle silny uścisk za ramiona i jeden z dwóch zamaskowanych, młodych mężczyzn bardzo silnie zamknął jej usta ręką. Zaskoczenie zamieniło się w paniczny strach i niemoc. Ze strachu nie była w stanie nawet się bronić. Zaciągnięto ją w zaułek i rzucono na maskę stojącego tam samochodu. Jeden z napastników trzymał ją za ręce i kneblował usta, a drugi zaczął rozpinać jej spodnie. Emily, z pończochą na twarzy włączyła telefon i stojąc z boku zaczęła filmować. Avie udało się wyrwać na chwilę jedną rękę i Logan chwycił ją z całej siły za nadgarstek. Złoty krzyżyk wbił się przy tym w ciało dziewczyny co spowodowało, że krzyknęła z bólu.

  Wtedy stało się coś nieprzewidywalnego i dziwnego. Emily upuściła telefon. Stała schylona z wyrazem bólu na twarzy i nie była w stanie go podnieść. Właściwie to nie była w stanie nawet się ruszyć. Napastnicy zgłupieli zaskoczeni sytuacją. W końcu puścili Avę, a ta natychmiast uciekła. Cała akcja bez filmu nie miała przecież sensu.

 

- Emily, co ci jest?

- Logan, pomóż mi, nie umiem się ruszyć, Jakby prąd poraził

mi kręgosłup, strasznie boli, prawie nie czuję nóg.

 

Posadzono Emily na pobliskim murku. Logan podniósł telefon i wyjął z niego baterie.

 

- Jeśli ona zgłosi to na policję to nie możesz więcej korzystać

z tego telefonu. W razie czego masz mówić, że ktoś ci go

ukradł.

 

Emily powoli doszła do siebie na tyle, że z pomocą swoich kompanów udało jej się dojść do domu. Na drugi dzień nie

było jej w szkole.

 

                       *****

 

- Dzień dobry panie dyrektorze.

- Dzień dobry, wezwałem panią bo chciałem dowiedzieć się co

 z Emily? Wiem, że jest chora, ale nie ma jej już w szkole pięć

 tygodni.

- Spotkało nas nieszczęście. Emily nie będzie na razie chodzić

do szkoły. W tym roku szkolnym na pewno już nie przyjdzie.

- Powie pani coś więcej na jej temat?

- Przeszła wiele badań, niektóre z nich były bardzo

 specjalistyczne. Na początku żaden lekarz nie umiał jej

 zdiagnozować, dopiero jak przeprowadzono badania

genetyczne to okazało się, że cierpi na rzadką chorobę

genetyczną, która może ujawniać się właśnie w wieku

dorastania. Ta choroba uszkadza układ nerwowy i może

stopniowo prowadzić do całkowitego paraliżu, a nawet do

śmierci. Nie ma na nią lekarstwa, można leczyć jedynie

objawy i utrzymywać pacjentów jak najdłużej w dobrym

 stanie. Po kilku latach choroba zacznie jednak postępować

i jeśli do tego czasu nie wymyślą jakiegoś leczenia, to Emily

zostanie inwalidką.

- Trzeba być dobrej myśli, przecież jest młoda i silna, na

pewno da się coś poradzić.

- Na domiar złego przeprowadziliśmy badania również drugiej

naszej córki Lily, młodszej siostry Emily i okazuje się, że ona

również jest zagrożona i najprawdopodobniej za parę lat

również zachoruje.

- To rzeczywiście wielkie nieszczęście. Jak Emily wróci ze

szpitala do domu to proszę zadzwonić. Może uda jej się

zorganizować indywidualne nauczanie.

- Planujemy z mężem wyjechać za granice i szukać gdzieś na

świecie specjalistycznego leczenia w prywatnej klinice.

Znaleźliśmy już kilka miejsc, gdzie być może mogą pomóc

naszym córkom. Emily już raczej tu nie wróci.

- Rozumiem, dobrze że jesteście państwo zamożnymi ludźmi

i możecie sobie na to pozwolić.

- No właśnie.

- No to dziękuję pani za informacje. Współczuję państwu.

 

Matka Emily wyszła z gabinetu. Dyrektor opadł na fotel i głęboko się zamyślił. Kilka godzin temu był u niego policjant, którego trochę znał. Czasem przychodził do szkoły bo zajmował się sprawami rodzinnymi. Dyrektor wiedział już wcześniej, że Ava zgłosiła na policji próbę gwałtu, choć jej rodzice prosili aby utrzymać to w tajemnicy. Znajomy policjant poinformował go, że mają pewne podejrzenia, bo w chwili zdarzenia w okolicach incydentu logował się telefon jednej z uczennic jego szkoły. Dyrektor zaproponował mu, że podejmie próbę zgadnięcia, która to uczennica mogłaby być. Policjant z ciekawością słuchał a dyrektor od razu zgadł. Policjant na moment oniemiał ze zdziwienia. Po kilu sekundach zapytał:

 

- Skąd to wiesz?

- Po to jest się dyrektorem żeby wiedzieć.

- Wiesz o niej coś więcej?

- Tak, tak, wiem co nieco.

- Niestety nie mamy dowodów, sprawę umorzymy, ona zeznała,

że telefon jej ukradli i nic o tym nie wie, a poza tym chyba

jest teraz poważnie chora.

- Tak, wiem.

 

Dyrektor zaprzestał rozmyślania i wyszedł na korytarz. Kręcił się tam jakiś uczeń.

 

- Widziałeś może sprzątaczkę? Powinna już być.

- Tak panie dyrektorze, była piętro wyżej.

- Mógłbyś tam pójść i poprosić ją, żeby do mnie przyszła.

 

Po kilku minutach przyszła starsza kobieta do której dyrektor zwracał się po imieniu:

 

- Poświęcisz się dla mnie?

- Jak władza każe to chyba nie mam wyjścia, co mam zrobić?

- Skocz do sklepu, tego najbliższego, niedaleko szkoły.

potrzebuję czegoś.

 

Po kilkunastu minutach dyrektor wszedł do pokoju nauczycielskiego. Nawet nie zapukał tylko od razu wszedł i powiedział:

 

- Wiem, że tu pijecie.

 

W pokoju było kilkunastu nauczycieli, bo właśnie zaczęła się długa przerwa. Wszyscy byli bardzo zdziwieni. Dyrektor prawie nigdy nie wchodził do ich pokoju bez wcześniejszej zapowiedzi. Tam organizowano narady i odprawy i wtedy oczywiście był dyrektor, ale niezapowiedziany nie wchodził tam prawie nigdy. Do tego jeszcze, co za pytanie.

 

- Szefie, to niby co mielibyśmy tu pić?

 

Zapytała matematyczka.

 

- Jak to co? Alkohol.

- A, no tak, właśnie się tu razem upijamy, jak co dzień,

w końcu co to ma za znaczenie, że prawie wszyscy

przyjechaliśmy tu samochodami, o prowadzeniu lekcji nie

wspomnę. Za wcześnie pan przyszedł. Na następnej przerwie

zawsze uprawiamy seks grupowy.

 

Wszyscy wybuchli śmiechem. Dyrektor zamknął drzwi od środka co jeszcze bardziej wszystkich zdziwiło.

 

- No może akurat teraz wyjątkowo nie pijecie, ale na pewno

pijecie tu, jak ktoś ma urodziny.

- Hmm? Może to i prawda, ale przecież pan pije wtedy z nami.

- Ja się nie liczę, bo jestem wtedy przez was zmobbingowany

i nie mam innego wyjścia. Ale koniec gadania, chcę widzieć

tu, na tym biurku, natychmiast wasze kieliszki, te większe do

wina, wiem że gdzieś tam macie je pochowane.

 

Podejrzliwość ustępowała miejsce rozbawieniu i na biurku zaczęły pojawiać się kieliszki lub szklanki.

 

- Jeszcze jeden dla mnie, i mało mnie interesują wasze

samochody, to wasz problem.

Dyrektor spod marynarki wyciągnął butelkę szampana.

 

 

.................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Z pamiętnika bezdomnego             Posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny, niepełnosprawny - niesłyszący, jednak: myślący, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: główna przyczyna Jego dramatycznego losu leży w chorym systemie państwowym - Archiwum Akt Nowych (różne grupy wpływu - towarzystwa wzajemnej adoracji), wcześniej: jako legalny pracownik Zakładu Pracy Chronionej - funkcjonował On normalnie, potem: przez głęboko zakonspirowanego tchórza z jakże rudą brodą (teraz - białą) - stracił On kolegów, znajomych i przyjaciół, wtedy zorganizował sobie intelektualne życie w domowym zaciszu - zrównoważone, stabilne i opanowane, rozwijał osobiste zainteresowania - poezję, filozofię, aforyzmy, krytykę i recenzje, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: pokonał On państwo, została wtedy uruchomiona intryga - szyta grubymi nićmi przez miasto stołeczne Warszawę, ona: prezydentka - była pracownica angielskiego banku - użyła swoich wpływów w Ministerstwie Finansów, Związku Banków Polskich i Ministerstwie Sprawiedliwości - narzędziem była administracja spółdzielcza, opieka społeczna i służby specjalne, miał On być pożyczkowym słupem - zlikwidowanym, adwokatka na Centralnej dostała polecenie z góry: Jego dokumenty należy wrzucić do niszczarki, a Jego samego należy wyrzucić na Dworzec Centralny - dożywotne odszkodowanie za utratę słuchu należy przelać na tajne konto Alior Banku (posiadam formalne dowody), była to próba ukradzenia Jego tożsamości z PESEL-em, niestety: On zawsze uprzedza fakty, które dopiero mają nastąpić, jest On zapobiegliwy - przewidujący, przekorny i przenikliwy, nadal żyje, posiwiał (36 lat) - napisał już testament, On doskonale wie, że nie wygra z nimi: walczy na miarę swoich możliwości, On nie odczuwa jakiegokolwiek strachu - gardzi nimi, On nigdy w życiu nie pęknie - posiada rogatą duszę, tak więc: związek przyczynowo-skutkowy wygląda w sposób następujący, jakby inaczej: kościół, rodzina, archiwum, samorząd, komornik, policja, opieka, skarbówka i lichwa - bankierzy, posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny...           Co mam jeszcze zrobić? Pracować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wziąć ślub kościelny? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznać bezprawny wyrok sądu najwyższego? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wszystkich naokoło słuchać i przepraszać i szanować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Codziennie kupować kobietom kwiaty? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Udawać osobę słyszącą? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznawać wszystkim rację? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Kochać wielkie pieniądze? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Mam zrobić prawo jazdy? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Zrezygnować z własnych poglądów życiowych - doświadczenia? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Milczeć? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznawać wyższość głupoty nad mądrością? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem cwanym złodziejem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem osobą karaną? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem lekomanem i alkoholikiem i narkomanem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że mam długi finansowe? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem chory psychicznie? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem ojcem nieznanego mi dziecka? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem odpowiedzialny za tą Kurwę - Polskę!!!? Potem: chodzić wesoły i zadowolony i miły!!!? Jak najbardziej porządku - zgoda, pamiętajcie: robiąc coś wbrew własnej woli - jestem wtedy smutny i zrezygnowany i obojętny, moje ciało i umysł i dusza odrzuci tzw: narodową integrację społeczną, tak po prostu reaguje mój organizm - instynkt, więc: zgoda!!!?           Oto ten to: wielki Szymon Maler lub Miler, to tak zwany: opiekun, wychowawca i taki jaki - ważniak, a jego zewnętrzny wygląd: głowa - paskudnie podgolony mop, ciemne okulary - kokaina niszczy wzrok, kuleje - strzykawki, zęby - żółtawe i broda - żydowski krasnal, psikutas na krótkiej smyczy psów i jak mówi, to: wydziela gówno i pluje śliną - miałem odruchy wymiotowania, matkojebca - lubi poniżać takich jak ja, śmieć - jego ciuchy służą mu za maskę ochronną, ukrywa podziurawione ciało od narkotyzowania własnego życia, teraz: z bagna awansował i wszyscy muszą słuchać jego bełkotliwego wycia - obrzydliwej gęby.           Wczoraj padał obfity deszcz, podwórko schroniska zostało zalane do głębokości kostki stopowej, a za bramą kompletne bagno, on do mnie wrzaskiem:   - Śmiecie z kuchni do śmietnika lub natychmiastowa wyprowadzka!             Wybrałem to drugie, nie będzie moralny śmieć łamał mi moralnego kręgosłupa - gnoił i poniżał i gnębił i jeszcze ty, panie Sławku, kucharczyku - z takimi wielkimi oczami jak zboczeniec: lubisz temu śmieciowi obciągać, przecież: już dwa razy mnie bezpodstawnie zakapowałeś, a za pana Romana siedziałeś cicho na tchórzliwej dupie, bo on był po mojej stronie? I co mi zrobicie, obywatele trzeciego świata, złożycie pozew do najwyższego sądu rzeczypospolitej o obrazę godności osobistej? Najpierw: czy w ogóle ją macie - wartość i godność i wolność? Wy!?           Kim tak naprawdę jestem - ja? Byłym pracownikiem Archiwum Akt Nowych - miałem tutaj kontakt z Krzysztofem Naimskim, a w tym czasie jego ojciec był członkiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Lechu Kaczyńskim, mogłem powyższą znajomość wykorzystać w osobistych celach życiowych, jednak: nie zrobiłem tego - nie akceptuję rodzinnego nepotyzmu na każdym szczeblu władzy państwowej, samorządowej i kościelnej, ukończyłem również kurs archiwalno-kancelaryjny pierwszego stopnia z dobrą oceną, więc: posiadam upoważnienie do wglądu niejawnych dokumentów państwowych, samorządowych i kościelnych - duplikat, oryginał został mi ukradziony, tak: obowiązuje mnie do końca życia tajemnica służbowa nawet jako osobę prywatną, dalej: każdy zainteresowany może sprawdzić dostępny życiorys Piotra Naimskiego, jasne: mam zamiar wysłać podanie o pracę finansową do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego po otrzymaniu należnego lokalu, teraz już wiecie, jestem mocno odporny na każdą intrygę miłosną, werbunkową i hakową. Kim tak naprawdę jestem - ja? Osobą aktualnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą...           Prowokatorzy polityczni posiadają parasol - ochronny, ludziom myślącym wmawiają - paranoję, tak: nie przyjmują merytorycznych argumentów, jęczą: tobie nic nie można powiedzieć, przeciwnie, powiedzieć - można, jednak: wpłynąć na mnie - nie można, inaczej: przejąć nade mną kontrolę w celu kształtowania mi osobistego życia, dalej: wmawiać mi różne pierdoły - nie można, ostrzeżenie: pierwsze poczucie winy i psychologia wstydu i drugie poczucie winy - jest charakterystyczne dla każdej monoteistycznej sekty: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu - nie można mnie zwerbować, ogłupić i nawrócić.           A oto ofiara terroru politycznego - cielesnego i umysłowego i duchowego - niewiarygodnie wtórnych analfabetów: biurokratów, a tak poważnie - oni: cały czas stosują wobec mnie przemoc psychiczną (nękanie, plotkowanie, znęcanie, wyśmiewanie i okłamywanie, także: ciągłe odwlekanie mojej sprawy - odkładanie formalnych dokumentów na archiwalną półkę urzędniczą, również: robienie nieprzyjemnych złośliwości), więc: co ma robić w tej sytuacji zdrowy, silny i mądry człowiek? Po prostu nic - zaczyna pić, a oni: patrzcie, oto to ten pijak... Tak, ostatnio jestem pijakiem, a jakie ma wyjście motyl wśród stada much, które lecą do każdego gówna?           I dostałem niezły spadek: moja ukochana babcia w testamencie przekazała mi ponad milion polskich złotych, potem: zrobiłem dobry interes - kupiłem cztery mieszkania w największym mieście polskim, płacę comiesięczny czynsz: pięćset polskich złotych za sześćdziesiąt metrów kwadratowych, moja mamusia jest komornikiem, mój tatuś jest radcą, mój wujek jest policjantem i dodam jeszcze dziadka - jest on sędzią, ładnie poprosiłem ukochaną rodzinę o dobrowolną pomoc wolnorynkową - mieszkaniową, kochani: potrzebuję dziesięciu ludzi bezdomnych, aby wynajmować im moje drogie lokale - czterdzieści metrów kwadratowych za tysiąc polskich złotych, pięćdziesiąt metrów kwadratowych za tysiąc pięćset polskich złotych i sześćdziesiąt metrów kwadratowych za dwa tysiące polskich złotych, więc: pomożecie? Tak, synku, pomożemy - powyrzucamy niewinnych obywateli: nieźle będziesz zarabiał...           W dzisiejszych czasach człowiek jest bezwzględnie wykorzystywany jako zniewolony przedmiot gospodarczy: jego ciało służy firmom ubraniowym i kosmetycznym i tatuażowym, jego umysł służy firmom reklamowym i propagandowym i muzycznym, jego dusza służy firmom sekciarskim i dogmatycznym i religijnym i to wszystko jest jego - tak mu wmawiają: to twój wybór, więc: chowajcie zarobione pieniądze do bardzo głębokiej kieszeni, a najlepiej nie pracujcie na ich konto, tak: aktualnie jestem bez złamanego grosza, niestety: póki nie otrzymam lokalu - fundamentu i dachu i bezpieczeństwa - nie będę pracował: prędzej wybiorę śmierć, inaczej: duma czy głód - prawda czy fałsz?           A jak mi zawieszą dożywotnie odszkodowanie za utratę zdrowego słuchu, to: powinni mieć pełną świadomość - decyzja będzie nieodwracalna, inaczej: nie będę już chciał tych pieniędzy razem z należnym lokalem socjalnym - piętnaście metrów kwadratowych za dwieście złotych miesięcznie, a jeszcze tym bardziej - nie będę pracował, dalej: jeśli ktokolwiek będzie sobie wypłacał moje dożywotnie odszkodowanie, także: głodową łaskę podatników - będzie doskonale wiedział, że jest najgorszego miotu skurwysynem - złodziejem, słowem: okradł osobę niesłyszącą i bezdomną i osamotnioną, tak: mentalnie jest po prostu głęboko zakonspirowanym tchórzem - ludziom bogatym włazi w niemiłosiernie brudną dupę, natomiast - biednych: okrada, jasne - ja: będę miał czyste sumienie jak święta łza duszy, oczywiście: ich będzie gryzło i śmierdziało i gniło - po pewnym czasie będą wyjątkowo mocno agresywni - na siłę będą szukać winnego: ofiary - mnie, niestety: będzie - za późno, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać tysiąc trzysta złotych na utrzymanie osoby bezdomnej - silnej i zdrowej i mądrej, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać pięćset złotych na wynajęcie jakiegoś pokoju na wolnym rynku mieszkaniowym, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać na opłaty cudzego gospodarstwa - gaz i wodę i prąd, wiem: nie będę pracował jako osoba bezdomna - całkowicie bezprawnie wyrzucona, zapewniam: mogą mi odebrać powyżej wymienione pieniądze bez żadnej podstawy prawnej - będą używać argumentu: pan nigdzie nie mieszka, moich: merytorycznych dowodów opartych na formalnych dokumentach urzędowych - nie będą przyjmować i najprawdopodobniej taki będzie rozwój mojej życiowej sytuacji - same fakty mówią za siebie, świadczą - na całkowitą moją korzyść i po tym co przeżyję - naprawdę będę chciał powrotu do poprzedniego stylu życia - bytu?           Proszę pamiętać, że istnieje instytucja obrony koniecznej: artykuł prawny zezwalający obywatelom używać samoobrony fizycznej i werbalnej i psychicznej w celu ratowania osobistego życia, więc: mam święte prawo odpierać ataki, jeden: używając argumentów logicznych i dwa: używając argumentów filozoficznych i trzy: używając argumentów poetyckich i cztery: używając argumentów merytorycznych i pięć: używając argumentów prawnych i sześć: używając argumentów konstytucyjnych i siedem: używając argumentów psychicznych i osiem: używając argumentów duchowych i dziewięć: używając argumentów werbalnych i dziesięć: używając argumentów erotycznych, dalej: na samym końcu - fizycznych, włącznie: pozbawiając agresora życia, pytanie: czy nieczuły psychopata i żywy trup i niedojrzały emocjonalnie dwunożny ssak agresywny jest ze swojej natury człowiekiem?           Po pierwsze: jestem osobą samodzielną, po drugie: jestem osobą świadomą i po trzecie: moja bezdomność jest całkowicie nielegalna, której pod każdym względem nie akceptuję - zostałem bezprawnie wyrzucony: sąd rejonowy dla Warszawy Mokotowa (sędzia Agata Puż, ona: ukończyła studia prawnicze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu - ledwo otrzymała trójkę) - wydał wyrok solidarnie i zastosował zbiorową odpowiedzialność karną, więc: nie uznaję bezprawnego wyroku, czekam tylko i wyłącznie na umowę o najem lokalu socjalnego, wtedy: formalnie przestanę być osobą bezdomną, również: znajdę pracę zarobkową na skromne pół etatu - legalnie, dalej: jak można osobę samodzielną i nielegalnie bezdomną pod pozorem propozycji udzielenia pomocy zmuszać do wzięcia udziału w tak zwanej resocjalizacji - pomagać jej wyjść z tak zwanej bezdomności i uczyć jej tak zwanej samodzielności, przecież: pod tą maską jest coś innego, dokładnie: kontrola - życia osobistego: intelektualnego i seksualnego i materialnego, oczywiście: otrzymane pismo biurokratyczne wylądowało w urzędowym koszu - moja czarna teczka nie będzie już zbierała jakichkolwiek śmieci.           Aktualnie panującą ustawa zasadnicza - Konstytucja: jak najbardziej jasno mówi w kilkudziesięciu artykułach prawnych, dokładnie: osobom niepełnosprawnym przysługuje lokum socjalne (piętnaście metrów kwadratowych) i zasiłek pielęgnacyjny (głodowa łaska podatników) i renta socjalna (dożywotnie odszkodowanie finansowe za utratę zdrowego słuchu z winy państwowego szpitala), dalej: uczciwie pracowałem zarobkowo w Zakładzie Pracy Chronionej i Archiwum Akt Nowych i Narodowym Klubie Libertyńskim, zapewniam: rzetelnie oddawałem podatki na utrzymanie biurokratów systemowych - płaciłem miesięczny czynsz i posiadałem miejską kartę komunikacyjną i robiłem miesięczne zakupy, słowem: byłem jak najbardziej samowystarczalny - posiadałem skromny byt życiowy, tak: posiadam niezłą emeryturę na stare lata, dekada mojej pracy: kolekcja niezłych książek i banknotów i monet, także: filmów, muszę jeszcze dodać - twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, niestety: wszystko zostało mi bezprawnie zniszczone - ukradzione, sam - zostałem bezczelnie wyrzucony na warszawską kostkę brukową: całkowitą odpowiedzialność ponoszą za moje Osobiste Życie trzy instytucje - Rodzina i Administracja i Temida, oni - odmawiają mi jakiejkolwiek obowiązkowej pomocy, gorzej: kradną formalne dowody świadczące na moją czystą korzyść, oczywiście: jestem osobą bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie i jako ofiara powyższych instytucji - uczciwie pracowałem społecznie, wymieniam: Schronisko Betania i Towarzystwo Pomocy Świętego Brata Alberta i Otwarte Drzwi - Dom Rotacyjny i Stowarzyszenie Monar - Markot i Państwowa Noclegownia Skaryszewska - wyjątkowo piekielnie cierpiałem za obce mi winy i grzechy i błędy, zrozumcie: trzeba mi było pozwolić w styczniu tego roku wyjechać nad morze, potem: emigrować - mielibyście mnie już dawno z własnej: świętej i głupiej i pokornej - głowy, cóż: sami tego chcieliście - teraz będę ostrym kolcem w waszych zakłamanych sumieniach, zapamiętajcie: już nie ustąpię i nie będę pracował jako osoba bezdomna - wyrzucona całkowicie bezprawnie, a jeszcze tym bardziej - utrzymywał darmozjadów urzędowych i po raz kolejny zaczynał wszystko od samego początku i brał odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, bo: to wy, kurwa, to wy - zniszczyliście mi zrównoważone i opanowane i ustabilizowane Osobiste Życie, pewnie: Praktyka Błędnego Koła to wasz świat bytu - nudzący i śmiertelny i pusty, nie mój, dotarło!?           I nie uznaję bezprawnego wyroku sądu rejonowego dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, tak: wyrok został wydany solidarnie - zastosowano wobec mnie zbiorową odpowiedzialność karną, inaczej: uznając powyższy wyrok - musiałbym wziąć odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, jednocześnie: musiałbym uznać własną bezdomność, a tym samym: całkowicie świadomie zrezygnować z należnego lokalu socjalnego, słowem: temida złamała kilkanaście praw, artykułów i paragrafów, więc: to ona jest odpowiedzialna za taki stan rzeczy - nie jestem wielbłądem, to znaczy: nie będę udowadniał własnej niewinności, dodam: aktualnie obowiązującą ustawa zasadnicza zezwala mi być oskarżycielem z całkowicie wolnej stopy, oczywiście: dowody złamania prawa cały czas posiadam w mokotowskim urzędzie miejskim - Wiktorska.           Przypominam: zostałem bezprawnie wyrzucony - zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, wyrok został wydany - solidarnie: sędzia Agata Puż i komornik Olga Rogalska-Karakula i protokolant Aleksandra Zawadzka - Sąd Rejonowy Dla Warszawy Mokotowa na wniosek administracji spółdzielczej "Pod Kopcem" - nie znajdą państwo nigdzie danych osobowych powyższych władz publicznych ze spółdzielni mieszkaniowej, tak: człowiek posiadający czyste sumienie - nie ukrywa własnej tożsamości, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłysząca, jednak: myślącą - samodzielnie, nie posiadam jakiegokolwiek stałego miejsca zamieszkania - meldunku, jutro idę spełnić obowiązek patriotyczny - oddać głos wyborczy, nie wiem jak to wszystko będzie wyglądało, wiem: nikt nie ma prawa odbierać mi jakichkolwiek praw publicznych, legalna ustawa zasadnicza - konstytucja: każdy ma prawo do pełnej wolności słowa i rozpowszechniania zdobytych informacji, jasne: będę nagrywał skład komisji wyborczej.           Składając formalnoprawny wniosek o odwołanie zaocznego wyroku - musiałbym uznać bezprawny wyrok, a tym samym: wziąć pełną odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, przypominam: warszawski sąd rejonowy nie udowodnił mi jakiejkolwiek winy, tak: zastosował zasadę zbiorowej odpowiedzialności karnej wobec mojej skromnej osoby - wyrok wydał solidarnie, złamał: kilkanaście artykułów ustawy zasadniczej i kilkanaście paragrafów kodeksu prawa karnego i kilkanaście punktów własnego regulaminu - warszawskiego sądu rejonowego, zignorował rzymską filozofię prawa: nullum crimen sine lege, przyjął - katolicką filozofię prawa: vox populi, dalej: jestem po trzech legalnych pracach - posiadam niezłą emeryturę na odległe stare lata, także: dożywotnie odszkodowanie za utratę słuchu z winy państwowego szpitala w postaci renty socjalnej, przeszedłem trzy pozytywne weryfikacje ze strony następujących podmiotów systemowych: administracyjnej komisji mieszkaniowej i zakładu ubezpieczeń społecznych i agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, natomiast: dwadzieścia pięć metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie, jasne: aktualnie panujący system bezkarnie odbiera mi konstytucyjne prawa obywatelskie, potem: świadomie blokuje mi drogę do obrony własnych praw - prowadzi grę na jedną stronę, tak po prostu działa ten system: towarzystwa wzajemnej adoracji - układy i znajomości i wpływy, niestety: wiosną wyjadę na bezpowrotną emigrację - sami tego chcecie, po pewnym czasie: żałujecie - jesteście kompletnie nienormalni: zadajecie ogromny ból niewinnemu człowiekowi, a za chwilę: płaczecie - tak ma wyglądać moje życie, które w rzeczywistości jest waszym życiem?           Najwyższe prawo zasadnicze - konstytucja: zabrania, aby osoby niepełnosprawne mieli na głowie problemy osób pełnosprawnych, jednocześnie: zabrania osobom pełnosprawnym wykorzystywanie osób niepełnosprawnych pod pozorem udzielenia pomocy, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie, zostałem bezprawnie wyrzucony przez brak jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony matki - Katarzyny Jasińskiej (alkoholizm) i ojca - Wiesława Jasińskiego (alkoholizm) i brata - Jakuba Jasińskiego (bezrobocie), tak: Rodzina i Administracja i Temida - oni są odpowiedzialni za mój życiowy los: oni - odebrali mi trzy podstawowe świętości: twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, oni - perfidnie ściągnęli mnie w bardzo głęboki dół, oni - jak najbardziej świadomie zrobili ze mnie systemowego niewolnika i oni - wykorzystują moją witalność cielesną i umysłową i duchową, a ja - jako niewinna ofiara nie mam jakiegokolwiek życia prywatnego i seksualnego i kulturalnego, cierpię - robię coś wbrew własnej wolnej woli, bo: nie mam żadnego wyboru - mam zamieszkać pod warszawskim mostem?           W lutym wyciągnęłam matkę z głębokiego dna bezdomności - teraz mieszka ona w katolickim schronisku wolskim: nie pije alkoholu - pracuje, natomiast: ojciec i brat - uciekli, tak: w tym chorym kraju złodzieje są ponad obowiązującym prawem, gorzej: prawo ich chroni, a ludzie uczciwi nie mają żadnych szans na jakiekolwiek godne życie... Teraz muszę czekać na pisemną informację telefoniczną (SMS) ze strony wydziału lokalowego - wewnętrzna rada urzędników ma podjąć formalną decyzję, które mieszkanie przyznać panu Łukaszowi Jasińskiemu, potem: zaproszenie i obserwacja i decyzja - akceptacja, dopiero: na samym końcu wchodzi ekipa remontowa, nie wiem jak długo będę czekał, wiem: po co mieszkanie osobie wykończonej - cieleśnie i umysłowo i duchowo? Wybieram - emigrację, jeśli nic z tego nie wyjdzie - bezdomność, tak: wolę - schronisko.           W dniu drugiego listopada o godzinie dwunastej dziesięć mój telefon komórkowy został zablokowany przez aktualnie panujący system - nielegalnie zatrudnionego hakera, cały ekran był czarny - robił jasne błyski, nie: nie był to wirus - jego łatwo usunąć, przypominam: taka sytuacja nie pierwszy raz zaistniała w moim osobistym życiu, jasne: ciągle mnie blokują, aby uniemożliwić mi jakąkolwiek walkę - cały czas używam merytorycznych argumentów opartych na formalnych dokumentach biurokratycznych, dalej: wyjątkowo ciężko pojąć ich rozumowanie współczesnego świata - logikę, dokładnie: oni dają tobie jakieś auto, pismo, religię i serial, potem: natychmiast ciebie blokują - całkowicie zabraniają ci zwracania uwagi, także: krytykowania decyzji systemowej władzy, inaczej: samodzielności, zauważ: zostały ci odebrane - formalnoprawne narzędzia samoobrony, ty: nie mając jak odrzucić, uniknąć i odepchnąć niechcianych produktów materialnych, dogmatycznych i komercyjnych - zostajesz workiem na emocjonalne, przeterminowane i ideologiczne śmiecie, twoje ciało, umysł i dusza, jakby inaczej: cud - zaczyna źle funkcjonować, czujesz wtedy obcy ciężar - niestrawny, zaczynasz nieświadomie chorować: atakuje ciebie cywilizacyjna agresja, frustracja i depresja, zrozum: odebrano ci możliwość - społecznej komunikacji obywatelskiej, jednak: posiadasz ogromne pragnienie życia - kupujesz nielegalną broń palną na czarnym rynku warszawskim, bo: tylko ona ci pozostała i tuż za chwilę: o godzinie dwunastej czterdzieści wyjąłem baterię i włożyłem ją - w to samo miejsce, a za pięć minut: mój telefon komórkowy wrócił do normalnego trybu działania.           Na dobry początek - Łukasz Jasiński, zacznijmy więc od bardzo głębokiego źródła przyczyny: w dwutysięcznym siedemnastym roku zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski, a jestem osobą niepełnosprawną o umiarkowanym stopniu - niesłyszącą (posiadam całkowity ubytek słuchu: miałem operację na nosie w dziecinnym wieku - około cztery lata, została źle użyta narkoza - znieczulenie), dalej: odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową ponoszą trzy publiczne instytucje o charakterze prawnym, wymieniam: Rodzina, Administracja i Temida, po raz kolejny przypominam - światu: zanim doszło do całkowicie bezprawnej eksmisji - próbowałem uprzedzić fakty: zgłosiłem sprawę mokotowskiej policji (Podchorążych i Maszewskiego), zgłosiłem sprawę mokotowskiej opiece społecznej (Iwicka i Sielecka) i zgłosiłem sprawę administracji spółdzielczej (Zwierzyniecka) - nikt nie udzielił mi jakiejkolwiek przysługującej pomocy: organy władzy publicznej postąpiły wbrew kulturze osobistej, prawu karnemu i ustawie zasadniczej - konstytucji (w urzędzie miejskim na Wiktorskiej znajdą państwo Moją Sprawę - Życie, dokładnie: Wydział Zasobów Lokalowych - nr: Sto), natomiast: wy, państwo, wy - jako system Opieki Pomocy Społecznej - świadomie, perfidnie i złośliwie utrudniacie mi normalne funkcjonowanie bytowe - życie (ukrywanie dokumentów, przerzucanie mojej sprawy z dzielnicy na dzielnicę i granie na czas - liczenie na przekroczenie ustalonej granicy dochodu w postaci tysiąc dwieście złotych miesięcznie, wtedy: nie otrzymam lokalu socjalnego), słowem: patrzycie na moją osobę jak na winną - odpowiedzialną za jakąś zbrodnię, każecie mi płacić trzysta złotych miesięcznie za górne łóżko w domu dla osób bezdomnych - schronisku, chociaż: dwadzieścia metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie! Kim wy jesteście, aby decydować o moim życiu!? Nie wiecie!? Powiem wam: jesteście najgorszym miotem biurokratów - prymitywnym, wrednym i upośledzonym - cieleśnie, intelektualnie i duchowo, zaprogramowanymi żywymi trupami - bez jakiegokolwiek serca, jesteście wtórnymi analfabetami - darmozjadami, pasożytami i krwiopijcami i niewolnikami chorego systemu! Mam już dość!!! Proszę więc przyjąć moja rezygnację z bezterminowego zasiłku pielęgnacyjnego w postaci: sto osiemdziesiąt cztery złotych miesięcznie - nie chcę już waszej głodowej łaski!           Przyczyna: zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski - jestem osobą nielegalnie bezdomną, dalej: piętnasty miesiąc czekam na należny lokal socjalny, sito systemu zabija mnie jako zdrowego człowieka - niedługo będę kaleką cielesną, umysłową i duchową z winy aktualnie panującego systemu, tak: takie doświadczenie nauczyło mnie tylko jednego - pogardy dla dwunożnych zwierząt agresywnych bez względu na ilość posiadanych kont bankowych, tymczasem: jako osoba niepełnosprawna o stopniu umiarkowanym - niesłysząca - nie mogę pracować na jakichkolwiek stanowiskach, które zagrażają mojemu bezpieczeństwu - życiu, niestety: moje prawne, merytoryczne i logiczne argumenty nie docierają do jakichkolwiek wtórnych analfabetów - betonu, właściwie: powinien używać siły fizycznej wobec intelektualnych padalców, nawet: zabijać - strzałem w potylicę, nomen omen: taka śmierć jest bezbolesna, szybka i humanitarna, przecież: tu chodzi o moje zagrożone życie, skutek jest jednocześnie diagnozą: "podejrzenie wyrośli chrzęstno-kostnej końca bliższego kości piszczelowej po stronie przyśrodkowej i skręcenie stawu kolanowego - lewego", inaczej: coś mi skacze w lewym kolanie przy szybkich ruchach - muszę nosić opaskę stabilizacyjną, także: nie mogę dźwigać, jasne: bezpośrednim sprawcą bólu na moim ciele jest kierownik schroniska, pośrednim: Rodzina, Administracja i Temida - system, który ponosi odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową, jednocześnie: pogarsza ją, więc: czego ten system ode mnie jeszcze oczekuje?           Wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, dzisiaj: skrzyżowanie alei Solidarności i ulicy Żelaznej - miejsce niewybaczalnej zbrodni: sklep, tak: w prostej linii sto metrów - sąd rejonowy dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej - Ogrodowa, dalej: szczegół po szczególe - fakt po fakcie: robię drobne zakupy, płacę kartą bankomatową i wychodzę... Nagle szybki błysk - czerwona lampka w lewym rozumie, inaczej: logicznej półkuli mózgowej, ona: nie oddała mi karty! Wracam i zwracam jej uwagę, ona: oddałam ją panu - pan ją schował! Pokazuję puste kieszenie - nie mam jej! O! Tu leży! Zapomniał pan - wrednym paluchem wskazuje! A ta druga: ma pan jakiś problem!? To wy, kurwa, macie wielki problem! Jesteście paskudnymi złodziejami! A najłatwiej jest okradać bezdomnych - nie wstyd wam!? Sklep posiada kamery - nagrywa wszystkich złodziei, wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, pamiętaj: sprzedawca posiada obowiązek oddać tobie kartę do twojej łaskawej dłoni, ona - tego nie zrobiła, najpierw: ukradła, potem: zaczęła mi wmawiać, że oddała mi ją - schowałem ją, a na samym końcu: to pan zapomniał! Jest to charakterystyczne dla wszelkiej maści złodziei, jednocześnie: zastosowała ona wobec mojej osoby psychomanipulację - próbowała na mnie wpłynąć, inaczej: zdyskredytować, wzbudzić poczucie winy i zasugerować chorobę psychiczną - pan ma problem! Tak, takie zachowanie jest jak najbardziej dla dwunożnych zwierząt agresywnych, których gryzie sumienie - szukają oni wtedy Boga, przepraszam: ofiary, również: współwinnego - ich winy, grzechu i błędu, tekst jest spójny logicznie: jest tutaj psychologia, teologia i socjologia - zachowanie stadne, religijna wiara i rola społeczna. Szalom, pardon: na wieki wieków święty - Amen!           Powtarzam: zostałem bezprawnie wyrzucony jako osoba niesłysząca o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności na miejski bruk warszawski przez spółdzielczą organizację prawników w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, dalej: wyrok został wydany solidarnie, zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, biegły nie zrobił wywiadu rodzinnego, odmówiono mi prawa do jakiejkolwiek obrony własnych racji i nie przysługuje mi żaden lokal socjalny, tymczasem: nie wolno wydawać wyroków solidarnie, stosować zasady zbiorowej odpowiedzialności karnej, biegły miał obowiązek zrobić wywiad rodzinny, przysługuje mi jako osobie niepełnosprawnej urzędowy adwokat, urzędowy tłumacz języka migowego i urzędowy biegły, przysługuje mi status oskarżyciela z całkowicie wolnej stopy, status świadka koronnego i status ofiary systemu - odszkodowanie i przysługuje mi normalny lokal socjalny - przydział, jasne: jako reprezentanci systemu chcieliście mi dać prawdziwą lekcję życia - bezkarnie, nielegalnie i bezczelnie zniszczyliście życie człowiekowi dojrzałemu: samodzielnemu, odpowiedzialnemu i świadomemu - to wy gotujecie mi niewiarygodne piekło, kończąc: ta wasza lekcja życia nauczyła mnie tylko jednego, dokładnie: POGARDY!   Łukasz Jasiński (Warszawa: 2017-21)
    • @Arsis ponura, poruszająca wizja  niecodzienna rozbudowana metafora...
    • @Stukacz a dlaczego źle? inaczej:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...