Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Trzymam go w ręku
On dotyka moich warg
Płonie żarem gdy biorę go w usta
Połykam go w całości
Zaciągam się jego zapachem
On czule oplata me ciało
Wchodzi i wychodzi ze mnie
Głaszcze po włosach
Kołysze do snu ---

A teraz śpi
Spłonął w ogniu miłości---

I choc dzielę się Nim z innymi
To ze mną pije poranną kawę
Tylko On słucha gdy płaczę
w poobiedniej ciszy
Wtedy rani mi nadgarstki

Wyrzucam Go czasem
lecz zawsze powraca
Stworzył mglistą pętlę wokół szyi
Sycę się Nim każdego wieczora
Swoista symbioza tanca przez palce---

Samotnośc jest radością

Wieczny kochanek---

Dym z papierosa

Opublikowano

Miło mi powitać na ów Forum ;-)
Wiersz jest bardzo prowokujący - szczególnie w 1 zwrotce naprwoadza czytelnika na pornograficzne wręcz myśli, Miejscami jest jednak zbyt oklepany (np. ten "ogień miłości") i dość mocno bezpośredni, przypominający prozę (np. dwa pierwsze wersy 4 zwrotki). Nie wiem również czy są tu aby naprawdę konieczne to "wielo-myślniki"? Jednak, jako dość nałogowy palacz ;-), przynaję, że temat wiersza jest dośc ciekawy - ostatni wiersz może być, ale nie musi - wtedy byłoby bardziej tajemniczo ;-)
POZDRAWIAM!

Opublikowano

absolutnie się zgadzam z przedmówcą w każdym calu, więc nie będę sie powtarzać.
Początek niezły ale momentami sprowadzasz na ziemię.
Temat interesujący.

Ode mnie ++
Pozdroofka

Opublikowano

Witaj Czerwień krwi. Czerwony to mój ulubiony kolor :) właśnie stwierdziłam że mam dobry gust:) choć jestem nie paląca... i nie mam kochanka... :).Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...