Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

może to ona przychodzi w dreszczach
kręgosłupowym mostem śle ciarki

nurt czasu głodną myślą wstrzymując
w znane zapuszcza się zakamarki

za uchem pierwsza z ciarek wydrżała
druga rozprysła się po ramionach
jak czułość dłoni dosięgających
przez mroźny nadświat - może to ona

wracam z chichotem błahości przyczyn
z ciała uchodzi tęskna maligna
na szybę dyszy jesień stulecia
zamykam okno nim umrę z zimna

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Skoro ja przy braku talentu potrafię słowami zbudować w Twojej wyobraźni obraz, to i Tobie talent niepotrzebny, by to namalować ;D

Dzięki, że wpadłaś!

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Łaaał! Jesieniarskie klimaty rozpędzone do maksimum ;D Bardzo obrazowa i ciekawa wizja. Tym ciekawsza, że zupełnie inna niż moja, a jednak pasująca jak ulał.

Dziękuję, że wróciłaś ;*

Ty "plontanino", Ty! ;D

Edytowane przez error_erros (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Może i niewielkie - zależy, pod jakim koNtem na to spojrzeć ;D

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ja też, mimo że nigdy nie miałem problemów z dyktandami, a z racji wykształcenia teoretycznie powinienem mieć to ogarnięte totalnie, to zdarza mi się walić takie byki, że samego siebie mi żal :P W dziewięciu przypadkach na dziesięć, kiedy mam napisać słowo "świeży", muszę się dłuższą chwilę zastanowić, czy to przypadkiem nie "rz" :P

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Mnie to nawet nie śmieszy za bardzo, bo sam często dla przypomnienia wizualizuję sobie w wyobraźni gazetkę z biedronki, żeby sobie przypomnieć, jak tam napisali "świeży" przy karkówce, czy innej chabaninie :P

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...