Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dziwny to był dzień, kiedy stary, zardzewiały klucz zniknął w czeluściach zamka i po dłuższej chwili mocowania, podczas których solennie sobie obiecywał, że coś z tym zrobi, przekręcił klucz, by po chwili przekroczyć próg domu.

Emil czuł wówczas, jakby przenosił się w inne, lepsze czasy. Jak przez zakurzoną szybę nostalgii spoglądał na chłopców wspinających się na pochyłe drzewo, rosnące nad rzeką Srebrną, by ukryć się wśród liści i obserwować dziewczęta, kąpiące się po drugiej stronie. Co się wówczas z nimi działo, wiedzieli tylko oni i nawet ksiądz podczas spowiedzi, nie był w stanie wydobyć z nich tych małych tajemnic. Tajemnicy poliszynela, jak się z czasem okazało. To była taka gra. Im się wydawało, że dziewczęta nie słyszą ich szeptów i śmiechów, a one po prostu grały, niby niczego nieświadome, ukazując skrawki dojrzewających ciał i dobrze się przy tym bawiąc.

Niewiele się tu zmieniło, od ostatniej wizyty, kiedy jeszcze żyła matka. Te same kuchenne sprzęty, meble, zakurzone półki z książkami, tymi, które w dzieciństwie i młodości uwielbiali czytać. Nikt ich nie wyrzucił, chociaż matka często się odgrażała, że to zrobi. Stary bujany fotel, w którym kiedyś siadywał dziadek, potem ojciec, wciąż stał w salonie. Jego pokój, który, zanim wyfrunął w świat dzielił z młodszym o trzy lata bratem, nie przypominał tego, który pozostał w pamięci.

Ponad dwadzieścia lat, szmat czasu. Świat się zmienił, on też. Kiedy widział po raz ostatni matkę, stała na progu domu, wołając:

- Emil!!! Emil!!! Nie odchodź!!! – lecz on szedł, udając przed samym sobą, że nie słyszy. Potem, niemal każdej nocy słyszał jak go woła, a on nie może się odwrócić, choćby bardzo chciał.

Przychodził tu niby ten sam, a jednak wciąż coś się w nim zmieniało. Sny rozrastały się, stawały się coraz dłuższe, bardziej wyraźne, te miasta, w których jak ptak zmęczony drogą przysiadał na chwilę, odbijały swoje piętno w jego duszy i tylko kobiety przychodziły i odchodziły a on wciąż nie mógł znaleźć ukojenia, tkwiąc w tym przemijaniu niewzruszony niczym głaz.

Spał w swoim starym pokoju, teraz jak reszta domu, należącym do ciszy i pustki. Nikt z rodzeństwa nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Bracia porozjeżdżali się po świecie, próbując wymazać z pamięci rodzinny dom i tylko on jeden przyjechał pożegnać matkę.

- Zbyt wiele złego się tu wydarzyło, bym mogła zamieszkać w nim z moją rodziną – powiedziała mu Julia w dniu pogrzebu, na który przyleciał samolotem, choć jako marynarz wolałby przypłynąć statkiem, prosto z Portugalii. Jedyna siostra, z jaką przez te wszystkie lata miał kontakt. Julia, drobna dziewczynka, jaką zapamiętał w dniu wyjazdu, stała się piękną kobietą. Wysoka, szczupła, przypominała matkę, nie tę złą kobietę, która rządziła domem twardą ręką, lecz tę dziewczynę ze ślubnej fotografii, uśmiechniętą i szczęśliwą. Kiedy jej to powiedział, dojrzał w jej oczach panikę.

- Robię wszystko, by nie być jak ona – powiedziała a głos jej się załamywał – muszę przerwać ten cholerny łańcuch nieszczęść – spojrzała na córkę, dziesięciolatkę, która chowała się za nią, jakby się wstydziła nieznanego wujka.

Nie był w stanie stwierdzić, czy mówi prawdę. W listach można pisać co się chce, papier przyjmie wszystko. Czerwona lampka zapaliła mu się w głowie, kiedy poznał jej męża. Niższy o głowę od niej, wątły z zapadniętą klatką piersiową i głosem młodego chłopca, który przechodzi mutację. Kazimierz Noga. Nazwisko odpowiednie do osoby, jak czasem z niego drwiła, sama pozostając przy panieńskim, Hołosko. Nie znał go. To nie był ktoś stąd ani z okolic. Poznała go, kiedy przyjechał na wakacje do rodziny Gasiuków. Kiedy poznał Julkę, zakochał się jak sztubak, a był już przecież studentem trzeciego roku geodezji a ona właśnie skończyła technikum odzieżowe. Emil spojrzał na nią z wyrzutem, lecz ona wzruszyła tylko ramionami.

Historia się powtarzała. Już to wiedział. Będzie dokładnie to samo. Przypomniał sobie słowa matki, gdy zapytał, dlaczego gardzi ojcem:

- Moja matka za nic miała ojca, traktowała go jak szmatę. Była wysoką kobietą, nieco pochyloną do przodu, chyba po to, by ta różnica między nią a dużo niższym ojcem, nie była aż tak widoczna. Pogardzała nim za jego słabość i niezaradność. Moja babka to robiła, matka i ja robię to samo. To jest po prostu w naszych genach. Jesteśmy silne kobiety a mężczyzn wybieramy słabych. To samo będzie robiła jej córka – skinęła głową w kierunku, gdzie siedziała nieświadoma niczego Julia, wówczas mała dziewczynka bawiąca się lalką.

Tak rozmyślał, kiedy obudził się przed świtem, gdy noc jeszcze królowała i patrzył na uśpione domy Maciejówki, na dachy połyskujące delikatną poświatą księżyca i sprawdzał, czy wszystkie gwiazdy są na swoim miejscu, jak to robił w dzieciństwie.

Potem wstał, wyszedł do kuchni, zapalił gaz, postawił czajnik i poszedł do łazienki, gdzie długo siedział na sedesie, przeglądając stare, pożółkłe gazety. Tak robił dawno temu, w tamtym życiu, kiedy wiedział, że za drzwiami czeka kolejka braci i przebierają nogami a matka krzyczy, wychylając głowę z kuchni na przedpokój, żeby lepiej ją było słychać, żeby się pospieszył, bo spóźnią się do szkoły.

Lubił ją prowokować. Im był starszy tym stawał się bardziej krnąbrny. Nie wyrósł jak kobiety w tej rodzinie. Był najniższy z trzech braci, ale rozrośnięty w barkach i bardzo silny, co było pomocne, gdy wyjechał na wybrzeże. Najpierw pracował przez rok przy połowie śledzi, by potem przez siedem lat pływać na kontenerowcach. Siła i spryt, często ratowały mu życie.

Matka, odkąd pamiętał miała ojca za nic. Jej wielka postać górowała nad nim, przytłaczała go i niszczyła, każdego dnia wciąż od nowa, a on zamykał się w sobie coraz bardziej, aż w końcu zamilkł na dobre. Jego wątłe ciało, skurczyło się jeszcze bardziej, a ona rosła i rosła, wypełniając sobą cały dom. Bał się jej nie tylko ojciec, ale i reszta rodzeństwa, wyjątkiem był tylko on, hardy i pewny siebie. Nie ustępował jej ani na krok, bronił tego, co było dla niego ważne i chyba tym jej najbardziej imponował. Nie raz i nie dwa oberwał za to solidne lanie a mimo to, wciąż nie ustępował. W nastolatku zobaczyła mężczyznę, który wie czego chce od życia w przeciwieństwie do męża, niedorajdy życiowej jak na niego mówiła, często przy rodzinnych zjazdach, powodując konsternację wśród ciotek i milczących wujów.

Stół, przedzielony ukrytą pod obrusem lub ceratą granicą, dzielił ich matkę i ojca coraz bardziej. Siadali po obu jego stronach, matka jak wojska okupujące twierdzę, atakująca niestrudzenie słowami a ojciec, broniący się milczeniem, które wrosło w niego i stało się nim samym. Wydawał się nieobecny, czym doprowadzał wojska okupanta do szału. Wówczas wstawał i wychodził, zostawiając parujący talerz zupy.

Czajnik zagwizdał jakby chciał, żeby się pospieszył.

Zasypał kawę i zaczął przeglądać szafki w poszukiwaniu cukru, lecz nic nie znalazł. Nie lubił gorzkiej kawy, ale nie chciało mu się iść do sklepu po cukier, chociaż wiedział, że i tak będzie musiał, bo nie ma nic na śniadanie.

Przez okno wdzierał się już lipcowy blask poranka. Patrzył na szyby tak, jak kiedyś patrzył na rzekę, gdy różowiała w pierwszych promieniach zachodzącego słońca. Dotychczas leniwa i spokojna, jakby budziła się do życia. Jasna różowość światła załamywała się na drobnych falach, uderzających o pomost i kołyszących łódki. Ryby wyskakiwały ponad taflę wody, jakby chciały się nacieszyć tą chwilą, kiedy strudzona upałem ziemia zaczyna oddychać z ulgą, parując a wiatr gwizdał w trzcinach. Bali się tej chwili najbardziej, nawet bardziej niż samych ciemności, w których poruszali się bez większych problemów, znając tu każdą ścieżkę.

Kiedy pojawiał się pierwszy gwizd, pośpiesznie zbierali ubrania i biegnąc, ubierali się. Wiejski głupek o twarzy Chrystusa, zwany Boryskiem, tak często im powtarzał, że właśnie wtedy budzą się utopce, strzygi, rusałki, wiły czy chmurniki, które zawsze zwiastowały nadejście burzy, że jego słowa wryły im się w pamięć i nawet teraz, będąc dorosłymi ludźmi pamiętają o nich, choć czasem się uśmiechną pod nosem na te wspomnienia.

Biegli i biegli, nie odwracając się. Słyszeli niespokojne rżenie koni, porykiwanie krów dolatujące ich z drugiej strony rzeki i biegli jeszcze szybciej, aż tchu brakowało w piersiach. Wpadali w ciszę łąk i pól a wówczas wybuchali śmiechem, przewracali się, tarzając wśród wysokich traw. Wiedzieli już, że żadne strzygi czy chmurniki nie skoczą im na plecy. Podrywali się i biegli, aż wpadali do wsi, przeciągając kijami zebranymi po drodze do obrony po mijanych płotach, wzmagając tym wściekłe ujadanie psów.

Potem zapadali w pół sny wśród wymiętej pościeli, budząc się co chwila i naciągając na głowę kołdry, ale o tym nikt nie musiał wiedzieć.

Wyszedł na wieś. Musiał kupić coś do jedzenia, papierosy, kawę, bo ta, którą znalazł, zwietrzała. Od biedy wypił, ale drugi raz już by tego nie zrobił. Szedł dobrze znanymi ścieżkami i rozglądał się w poszukiwaniu czegoś co mogłoby go zaskoczyć, lecz niewiele się tu nie zmieniło. Sklep w środku wsi, jaki pamiętał z dzieciństwa, nadal tam stał. Nawet kolor był ten sam – żółty, może dlatego by był widoczny z daleka.

Wracając spotkał Julię, która wracała, od przyjaciółki której córka wychodziła za mąż i Julia musiała wziąć jej wymiary. Przypomniała mu, że dziś o jedenastej w mieście mają być u notariusza na otwarciu testamentu.

- Jak chcesz to podjedziemy po ciebie i pojedziemy razem.

Podziękował, ale pojedzie pekaesem za godzinę. Wie gdzie to jest, będzie na czas. Spojrzała na niego uważnie i zapytała, czy jej unika.

- Dlaczego miałbym cię unikać. Jadę wcześniej, bo chcę jeszcze zajrzeć do Domu Handlowego.

Kiedy wrócił do domu, usiadł w bujanym fotelu, zapalił papierosa, chociaż coraz częściej myślał o tym, by rzucić palenie i zastanawiał się, co teraz ma robić. Matka go zaszachowała. Przypomniały mu się słowa, jakie kiedyś do niego wypowiedziała, gdy będąc w wieku córki Julii, Marysi powiedział kiedyś do niej w nerwach:

- Ja i tak stąd ucieknę, jak tylko dorosnę. Wyjadę na drugi koniec świata, żeby uciec przed tobą.

- Nawet gdybyś uciekł w najdalszy zakątek świata, nigdy nie zapomnisz o swojej matce. To jest po prostu niemożliwe. Ode mnie się nie da uciec – mówiła prawie basem, pochylając się nad nim, skulonym ze strachu w kącie pokoju.

Miała rację. Prawie każdego dnia myślał o niej. Myślał o tym, że gdyby pozostał w domu a nie szukał swojego miejsca na ziemi, wszystko potoczyłoby się inaczej. Odmieniłby losy całej rodziny. Bracia nie poszliby w jego ślady, rozjeżdżając się po świecie, każdy w inną stronę a Julka nie wyszłaby pospiesznie za mąż, ledwo poznawszy przyszłego męża. Kazimierz Noga pracował jako urzędnik miejski a Julia dwa lata temu założyła w tym samym mieście niewielki zakład krawiecki i zarabiała dużo lepiej od męża, przez co miała argumenty, według jej mniemania, by nazywać go nieudacznikiem.

Spojrzał na zdjęcie matki, stojące na honorowym miejscu w samym sercu meblościanki, za szybą. Wydawało mu się, że się do niego ironicznie uśmiecha z tej fotografii. To jest matka, jakiej już nie znał. Włosy przyprószone siwizną, wąskie usta zaciśnięte w pół uśmiechu, chyba lekko pociągnięte szminką, czego też wcześniej nie widywał a może nie zwracał po prostu na to uwagi. Zresztą, dla kogo miała się malować? Dla męża, który pewnego dnia wyszedł z domu i ślad po nim zaginął? Wydawało się, że on już dla niej nie istnieje, jest jak powietrze a przecież kiedyś musieli się kochać, bo skąd by się wzięło czworo dzieci na świecie, podobnych do siebie, do matki i do ojca tak, że nikt nie mógł powiedzieć, że to dzieci listonosza czy też sąsiada.

Ojca tego dnia widziano wieczorem, jak szedł srebrną ścieżką, jak mówili ludzie ze wsi na dróżkę przecinającą łąki i wiodącą do rzeki, gdzie skręcała w prawo, i dalej wiła się wzdłuż niej, by zginąć gdzieś w leśnym dukcie.

Szukali go przez kilka dni. Cała wieś szła, jeden obok drugiego, nawołując po imieniu:

- Józef!!!, Józek!!! – lecz tylko cisza im odpowiadała. Emil szedł razem z nimi. Ledwo skończył osiemnaście lat i musiał wydorośleć w ciągu kilku godzin. Szedł w milczeniu obok innych, w głowie rozgrywając wydarzenia ostatnich tygodni i nie mógł sobie wybaczyć, że nie zareagował jakoś bardziej stanowczo i stchórzył przed nią. Ciągle wracała do niego scena sprzed dwóch lat, kiedy wydawało mu się, że jest już na tyle dorosły i silny, że może jej się przeciwstawić. Matka udzielała ojcu papierosów. Siedziała za stołem i cięła jednego po drugim nożyczkami na trzy części, by mu je dać, ale tylko wtedy, gdy uznała, że zasłużył by zapalić. Odezwał się wówczas, że to nieludzkie, tak kogoś traktować, udzielając mu papierosy, jedyne jego szczęście jakie mu pozostało, jak udziela się psu odrobinę mięsa:

- Traktujesz go gorzej niż psa! – wykrzyknął w jej kierunku, wstając.

- Nie trzeba, synku – cicho odezwał się ojciec.

Krew się w nim zagotowała i czuł jak mu się pięści zaciskają. Matka wstała. Wysoka i groźna, podeszła do niego i tak go trzasnęła otwartą dłonią w ucho, aż upadł. Bracia doskoczyli i złapali ją pod pachy, próbując odciągając, ale strząsnęła ich jak się strząsa krople deszczu z włosów.

Wstał, ale się zachwiał. Poczuł jak ojciec bierze go pod ramię i sadza na krześle. Skulił się, widząc jak matka znów podchodzi, ale zatrzymują ją w miejscu słowa ojca:

- Tylko spróbuj, a nie ręczę za siebie – widział jak ojciec zaciska pięści. Spojrzała na niego jakoś inaczej, jak na innego człowieka, lecz po chwili zaśmiała się i wyszła.

Ojca nigdy nie odnaleziono. Ktoś mówił, że widział go na targu w mieście, komuś innemu jego twarz mignęła za szybą autobusu, ale najwięcej było takich, którzy twierdzili, że to sprawka utopców, wiłów albo samego chmurnika. Wieś pod tym względem nic się nie zmieniła. Stawiano nowe kapliczki, strugano nowych świątków, poświęcano domy, obory, samochody, ale ludzie nadal wierzyli, że zmory zaplatają koniom misterne warkoczyki na grzywach i ogonach, a utopce porywają ludzi. Sam kiedyś słyszał, jak wieczorem sąsiad, który czasem do nich zaglądał zimową porą, opowiadał jak jeden taki, co mieszka w Jędrzejówce opowiadał mu na targu, jak to strzyga dopadła jego konia, Kasztana. Było to lipcową nocą, kiedy olbrzymi księżyc wisiał na niebie, ale to tak olbrzymi, że gołym okiem można było dostrzec na nim kratery, a on był jeszcze podrostkiem. Obudziły go jakieś odgłosy dobiegające ze stajni, jakby koń kopał w ścianę i dziwne ujadanie psów. Nie budząc nikogo, wyszedł przez okno, wziął ze sobą psa, który zawsze chodził z nimi na polowanie i z sercem które podeszło mu do gardła, zakradł się pod stajnie i otworzył jedną połowę drzwi. Światło księżyca było wystarczające, by ujrzeć to, co się działo w środku. Kasztan stający dęba i kopiący tylnymi nogami w ścianę, jakby chciał ją za wszelką cenę rozbić i uciec, cały zgrzany i spieniony a na nim jakiś cień, coś, co sprawiło, że włosy mu dęba stanęły a pies uciekł z podkulonym ogonem, popiskując jakby go ktoś kopnął. Poczuł jak ktoś go odpycha i krzyczy:

- Przynieś szybko wody!!!

To ojciec, którego obudziły hałasy. Pobiegł szybko, naciągnął wody, a kiedy wrócił, zobaczył jak ojciec, nie świecąc światła, okłada batem to coś, ten cień, ale tak, że bat nawet nie dotknął konia. Po kilku minutach złapał wiązkę siana, skręcił ją, zanurzył w przyniesionej wodzie i zaczął wycierać nią mokrego od potu i spienionego konia. Potem przybił tę wiązkę słomy do ściany. Grzywa i ogon były tak poplątane, że trzeba było je obciąć. Do rana był już spokój. Czuwali przy Kasztanie, próbując nie zasnąć a to rozmawiając, a to śpiewając, ale kiedy pierwsze promienie słoneczne wdarły się do środka, z przerażeniem zobaczyli dziewczynę w koszuli nocnej, z przybitym grubym warkoczem do ściany. Była to chora psychicznie Bożenka, którą wszyscy dobrze znali z tego, iż była nieszkodliwa i lubiła się z dziećmi bawić. Przez jej twarz przebiegała czerwona pręga jak po uderzeniu batem.

Zgasił papierosa, wstał i otworzył okno. Lipcowy dzień wdarł się do środka, zalewając słońcem pokój. Politurowane meble zabłysły na chwilę jak za dawnych, dobrych lat.

Usiadł z powrotem w fotelu i patrzył jak kurz unosi się nad podłogą, wiruje i lekko opada.

Niewielki ogródek, w jakim kiedyś rosły wysokie krzewy malin, ogórki, pomidory, których smaku doszukiwał się w tych najbardziej nasłonecznionych z Włoch, Hiszpanii czy Maroka, nigdy nie miały smaku tych ogródkowych. Teraz suche badyle krzewu malin sterczały ponad chwastami, co stanowiło bardzo smutny widok.

Matka postawiła go przed faktem dokonanym. Cały dom z dużym ogrodem zapisała na niego i tylko na niego. Nikomu nic więcej, wszystko jemu.

Zaskoczyło go to bardzo. Tłumaczył się przed siostrą, kiedy siedzieli w kawiarni po odczytaniu testamentu, że on przecież nic od niej nie chciał, nie po to przyjeżdżał.

- Czuję się, jakby znowu dała mi w twarz, dobrze się przy tym bawiąc.

- Nie miej sobie nic do zarzucenia. Dobrze wiedziałam, że tobie wszystko zapisze. Kiedy leżała w domu po wylewie a ja się nią opiekowałam, ciągle powtarzała, że ty jesteś jej ukochanym dzieckiem i tobie wszystko zostawi. Nie było dnia, żeby nie wołała twojego imienia, nawet przez sen. Powiedziała, że zmusi cię, żebyś tu wrócił. Ty byłeś jedynym z nas wszystkich, który się buntował i jej przeciwstawiał i za to właśnie cię szanowała. Pamiętaj, że przez rok musisz tu mieszkać i doprowadzić dom do stanu używalności no i nie zapominaj o ogrodzie. Ziemi jak dobrze wiesz nie ma. Sprzedała wszystko, kiedy została sama. Dom możesz sprzedać dopiero po trzech latach. Jeśli złamiesz te postanowienia, wszystko przejdzie na gminę. To i tak lepiej, niż na kościół.

- Tak, można powiedzieć, że znów postawiła na swoim. Na szczęście nigdzie nie osiadłem na stałe, jestem wolny jak ptak. Będę musiał jeszcze wrócić do Lizbony, zdać mieszkanie i pozamykać wszystkie sprawy. Cóż, mogę spróbować, ale niczego nie obiecuję.

Julia, która zamieszkała w mieście, nie miała do niego żalu, zresztą jak reszta rodzeństwa. Wyfrunęli stąd i stali się innymi ludźmi. Teraz ani myślą o powrocie.

Po rozmowie z siostrą i małomównym szwagrem, który był tam chyba tylko po to, żeby uregulować rachunek, o który zresztą Emil prawie posprzeczał się z Julią, kto ma go zapłacić, udał się do fryzjera. Wczoraj przyjechał tuż przed ceremonią i nie miał na to czasu. W dzieciństwie wszystkim im włosy obcinała matka. Chłopców, ręczną maszynką na krótko, prawie do skóry a córce zaplatała coraz dłuższe warkocze.

Kiedy uciekł z domu i wreszcie, po dłuższym poszukiwaniu znalazł pierwszą pracę, przy rozładunku wagonów z węglem za pierwszą wypłatę poszedł do fryzjera i kazał się ładnie ostrzyc i ogolić, choć tak naprawdę nie było jeszcze z czego.

Siedział wygodnie rozparty w fotelu, fryzjer otulał go w pelerynę, mającą za zadanie uchronić ubranie przed deszczem ścinanych włosów i w lustrze obserwował staruszkę, cierpliwie czekającą na swoją kolej. Miała zbolały wyraz twarzy i pomyślał, że może jej coś dolega, gdy fryzjer damsko – męski Zdzisław Klapkiewicz zapytał:

- Co u pani słychać, pani Zofio. Jak się czuje mąż?

- Wczoraj oddałam męża do domu opieki. Po sześciesięciu latach wspólnego życia przestaliśmy być jednością – twarz jej się jeszcze bardziej wykrzywiła i wydawało się, że za chwilę wybuchnie płaczem:

 

- O, Boże. Jest mi niezmiernie przykro – fryzjer damsko – męski Kazimierz Klapkiewicz odłożył nożyczki i podszedł do stałej klientki. Usiadł obok, pogładził staruszkę po ręce i powiedział:

- Jeżeli pani w czymkolwiek potrzebuje pomocy, proszę się nie krępować, tylko mówić. Jestem zawsze do usług.

Emil pomyślał, że to nieco dziwne, to całe zamieszanie. Fryzjer, który ledwo zaczął mu strzyc włosy, zostawia wszystko, by pocieszać jakąś staruszkę.

- Franek, przynieś szklankę wody dla pani Zofii, tylko na jednej nodze – zwrócił się do młodzieńca zamiatającego podłogę z niewidzialnych włosów.

- Nie do pomyślenia w wielkich miastach, gdzie sąsiad nie zna sąsiada, ale tu jest to normalne – sam nie wiedział, czy go to zaskoczyło, czy raczej czegoś takiego się spodziewał właśnie tu, w tym miejscu.

Obudził się o czwartej rano, w czarnej godzinie rozpaczy i myślał, że to wszystko nie ma sensu, całe to jego dotychczasowe życie. Chyba czas już osiąść w jakimś porcie i zapuścić korzenie.

Rano znów musiał się udać do miasta, by odebrać skrzynię z rzeczami, jakie nadał z Lizbony, gdzie mieszkał przez ostatnie trzy miesiące imając się różnych prac, kiedy to znudziło mu się pływanie. Aby wrócić z tą skrzynią do domu, musiał poprosić siostrę o pożyczenie Żuka razem z kierowcą, bo co prawda miał prawo jazdy, ale nie chciało mu się wracać, by go oddać, a potem jeszcze trząść się w pekaesie. Zostawił u Julii prezenty dla niej, szwagra i Marysi, a potem z ulgą, jak gdyby wracał z długiego rejsu, wrócił do domu, jak znów zaczął go nazywać w myślach. Szofer zadowolił się Żytnią, pieniędzy nie chciał.

Kiedy rozpakowywał skrzynię w kuchni, wykładając na stół kawę, której zapach zaraz wypełnił cały dom, ktoś zapukał do drzwi. Zdziwił się, ale pomyślał, że może kierowcy wydaje się, że należy się coś więcej i zanim powiedział proszę, sięgnął po portfel.

Drzwi się otworzyły i stanęła w nich jakaś kobieta. Dał jej trzydzieści lat, choć mogła być równie dobrze i starsza i młodsza. Szczupła z pięknymi czarnymi włosami upiętymi w kok i ciemnymi, prawie czarnymi oczami, które teraz mu się bacznie przyglądały.

- Ładna – pomyślał – kogoś mi przypomina.

- Dzień dobry Emilu. Nie poznajesz mnie? Tyle czasu minęło odkąd wyjechałeś. Ile to już lat? Piętnaście czy więcej – nadal stała w drzwiach a on, zmieszany i próbujący rozpaczliwie w myślach dopasować tę twarz do jakiejś znanej mu osoby, nie pomyślał o tym, by poprosić, aby usiadła.

- Dwadzieścia trzy lata. Przepraszam, z kim mam przyjemność?

- Dwadzieścia trzy lata – powtórzyła jak echo – Wszyscy się pozmienialiśmy przez ten czas.

Pozwolisz, że usiądę? Nie będę przecież tak stać w progu jakbym na wesele przyszła prosić.

- Ależ proszę, proszę. Przepraszam, gapa ze mnie.

- Emilu, widzę, że mnie nie poznajesz. Jestem Hanka Jezierska.

Nagły błysk zrozumienia – no tak, ten uśmiech przecież znał. Tak samo uśmiechał się jej brat Józek.

- Mała Haneczka Jezierska, siostra Józia i Jasia! No coś takiego! Nigdy bym cię Haniu nie poznał, naprawdę. Myślę, że mi to wybaczysz. Kiedy wyjeżdżałem miałaś jakieś sześć, siedem lat, zgadza się?

- Prawie – zaśmiała się, nie wiedząc, czy usiąść, czy się przywitać.

- Patrz jaki gapa ze mnie. Najpierw, zamiast zaprosić do środka, abyś usiadła to stałem i gapiłem się na ciebie jak ciele na malowane wrota, a teraz, zamiast się z tobą przywitać, to gadam.

Najpierw poczuł ciepłe pocałunki na świeżo wygolonej twarzy i pomyślał, że dawno nikt się z nim tak nie witał. Nie chodziło mu o to, że całowała go kobieta, ale o to, że usta dotykały policzka, tak jak witali się ludzie dawniej. Teraz jest moda na cmokania w powietrzu. Poczuł delikatny zapach dobrych perfum i pomyślał, że rzeczywiście wiele się w kraju zmieniło, jeżeli kobiety używają takich perfum.

- Usiądź proszę Haniu – odsunął jej krzesło i zanim usiadła, ocenił, że ma zgrabną figurę w idealnie dopasowanej jasnej sukience, na co wcześniej nie zwrócił uwagi.

- Może przeszkadzam?

- Nie, nie! Jak widzisz, próbuję się jakoś urządzić, na razie z marnym skutkiem – zaśmiał się – Może napijesz się kawy? Brazylijska, nie te nasze, nie wiadomo skąd.

- Powiem ci, że jak tylko otworzyłam drzwi, to mi tak kawą zapachniało, że teraz z chęcią bym się napiła.

Pijąc kawę wypytywali się, to o życie tu na miejscu, wiejskie, powolne, to o rejsy w najdalsze zakątki świata, wielkie miasta, których Emil miał już dość i pragnął zaszyć się gdzieś w ciszy, z dala od ludzi, a ona, spragniona dużych miast, wypytywała, jak się tam żyje. Patrzyli na siebie ponad stołem i nie mogli się nadziwić, że to już tyle lat minęło od ostatniego spotkania. Spoglądał w jej ciemne oczy, w których przebijały jakieś tajemne błyski i myślał, że widział tyle pięknych kobiet, ale żadna z nich nie miała tego czegoś co uchwycił w jej spojrzeniu.

- Co u braci? – zapytał, upijając łyk kawy. Słodko gorzkawy napój kojarzył mu się, nie wiedzieć czemu, nie z Brazylią, w której gościł kilkukrotne, ale z Grecją. Mieli kiedyś nieprzewidziany postój na Krecie. Naprawa silnika trwała dłużej niż planowano, ale on nie narzekał, zwiedzał w tym czasie wyspę i nigdy nie zapomni, jak zabrakło mu paliwa w wynajętym Suzuki Samuraju. Siedział przy drodze zrezygnowany i myślał, że przyjdzie mu tu, na tym pustkowiu nocować, kiedy w zapadającym ciemnościach dostrzegł światła nadjeżdżającego auta. Krzepki staruszek mówiący dobrze po angielsku wyciągnął linę z paki starej, zdezelowanej półciężarówki i zaholował go do wioski, gdzie mógł kupić nieco paliwo. Potem siedział wraz ze staruszkiem i jego przyjaciółmi w małej tawernie nad brzegiem morza i jedli maleńkie smażone rybki, fetę, oliwki, zapijając to retsiną, którą pił z dodatkiem sprita.

Wracał potem według mapy, którą rozrysowali mu przyjaciele staruszka, ale mniej więcej w połowie drogi zatrzymał się, zgasił światła, wyłączył silnik i wysiadł z auta. Cisza, ale to taka cisza, jakiej nigdy przedtem, ani potem nie słyszał. Nad głową atrament nieba i gwiazdy, rozsypane, jakby siewca niestrudzony każdej nocy wychodził i je wysiewał a one wdzięczne, w podzięce błyszczały i mieniły się jak brylanty. Daleki odgłos silnika kutra rybackiego przywrócił go do życia, a może to głos Hani:

- Fajnie się było spotkać po tylu latach, ale muszę już iść.

- Naprawdę musisz już iść? – ocknął się zły na siebie, że zamiast słuchać dziewczyny, to wspominał jakieś odległe czasy.

- Niestety, wiesz jak jest na gospodarstwie, zawsze jest co robić.

- Spotkamy się jeszcze Haniu?

Sam nie wiedział czemu to powiedział. Właściwie chciał zapytać, czy może ich odwiedzić, spotkać się z jej braćmi, zaprosić kiedyś do siebie, jak już trochę się urządzi, żeby posiedzieć i powspominać dawne czasy.

Zaśmiała się.

- No przecież zapraszałam cię do nas na sobotę. Zapomniałeś, że to imieniny Józefa, twojego serdecznego przyjaciela z dzieciństwa?

- No tak. Dwudziesty drugi lipca – uderzył się otwartą dłonią w czoło.

- Tak mnie słuchałeś – znów się zaśmiała...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 Fajnie, że podjęłaś temat słowiańskiego boga Welesa.   Tak niewiele ze słowiańskiej religii/mitologii zachowały źródła historyczne, że pozostało nam się odwoływać do legend. Naprawdę fascynujący grunt dla poezji.   Pozdrawiam
    • Gwoli wyjaśnienia, Piwoszek nie jest osobą lubiącą wypić piwo, a stworkiem z mitologii słowiańskiej, który nakłaniał ludzi do spożycia alkoholu. Co starałem się opisać w piosence.       Brzydki Piwoszek w karczmie na rozstaju Za kołnierz wskoczył jednemu hultaju, Ten w ucho się drapie – coś kusi, nęci, Głową to w prawo, to w lewo zakręci.   Kufel pusty, piwo brzuch wypełnia, Z wolna karczma ludźmi się zapełnia.   – Jeden miał być, na kolejny ochota? – Pije drugi, trzeci. – Cóż za dziwota?   Mija godzina i zaraz kolejna – Postawa zachwiana, podłoga chwiejna; Miękną nogi hultaja, ręce trzęsą, W oczach wiry zamieci, mgła pod rzęsą.   I bum, jakby pałką kto trzasnął, Przewrócił się, na chwilę zasnął. Wstaje, ręką chwyta blat stołu I z ziomkiem śmieje się pospołu.   Czerń nocy bez gwiazd, ciemno nagle – Znowu bach na deski dębowe, Mózg ściskany jakby w imadle, Wstaje i łapie się za głowę.   – To się upiłem, trzeźwy być miałem! I do kompana: ja ciebie znałem, Mieliśmy fuchę, tyś ze mną robił, Wiele lat temu... Pamiętasz jeszcze? I w mordę go, choć ten nic nie zrobił. Dookoła spojrzenia złowieszcze Na bieg tych zdarzeń patrzą zdziwieni Do bójki w złości już zaprawieni.   Drugi podchodzi, patrzy spod byka, Hultaj już wzrokiem po nim przemyka. – Co się tak gapisz ty łbie zakuty?! Reszta dołącza się do marszruty…   Pękają stoły, drewniane krzesła, Kufle latają, brzęczą jak muchy, Karczma w posadach cała się trzęsła W wyniku bajzlu i zawieruchy.   I nagle cisza jak makiem zasiał, Wzrok swój kierują w stronę zakały Przez którą wszystkie kufle fruwały, A ten wesoły, jakby nie musiał Nic mówić. Śmiech, zęby szczerzy: – Zachciało się wam wieczerzy.   Myśli się dziwne jakieś kotłują; Deski zalane, ściany wirują; Wzrok rozbiegany, kołysze, chwieje; Zęby wybite, w oczach zawieje; Wiercą robaki. – Bardzo mi miło, Jam Piwoszek. I to ich olśniło.
    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową. Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi.  Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie. Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata. Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia.    Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa.  Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych. Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa. Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem.  Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.   Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.   Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.   Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać.    Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie.  Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym. Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.   Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.
    • @Somalija  "trochę z boku" ale jest POTUS ;)
    • @Charismafilos Nosiłam wpis o Trumpie już od grudnia

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...