Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przez tysiące lat akweny i cieki wodne umożliwiały w miarę sprawny, najłatwiejszy sposób transportu. Nikogo jednak nie powinna zwieść pozorna sielanka i komfort takiej drogi. Rzeki miewają zdradliwe wiry, na morzu bywają sztormy, na jeziorach burze, wiele innych niebezpieczeństw czyhało na wodnych podróżników, nie wspominając już o zawsze niepewnym czynniku ludzkim. Dlatego też łodzie i statki czasami nie docierały do miejsca przeznaczenia. Wody oprócz tego, że służyły jako arterie, były także źródłem wody pitnej, miejscem do prania i mycia. Zapewne z tego powodu, to właśnie nad nimi bardzo często powstawały siedziby, osady, a później także i miasta.  

Już choćby po tym wstępie widać, że archeolodzy mają szerokie pole do popisu nie tylko na lądzie, ale i w wodzie. Badanym obiektem nie są tu tylko zatopione statki i łodzie wraz z zawartością, pogubione rzeczy, ale również zalane wodami osady i miasta. W ciągu tysięcy lat bowiem, zarówno poziom wód, jak i ich zasięg zmieniał się i pozostałości wielu z nich znajdują się w tej chwili pod wodą. 

Od dawna podejrzewano, że wody mogą ukrywać interesujące znaleziska, ale stanowiły ona barierę nie do pokonania przez długi czas. Dopiero pojawienie się odpowiednich przyrządów, sprzętu i odzieży, a zwłaszcza akwalung, umożliwiły penetrację podwodnego świata. Archeologia podwodna rozwinęła się w pełni na początku lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku, jest więc młodą dziedziną nauki. Za jej „ojca” uznawany jest profesor George F. Bass. Jako pierwszy archeolog na świecie przeprowadził pod wodą metodyczne, całościowe „wykopaliska”. Z czasem obmyślił i zastosował rozmaite rozwiązania, czy to w kwestii poszukiwań, czy też dokumentacji, które po dziś dzień są stosowane przez archeologów nautycznych.  

W tej nowej przecież gałęzi archeologii, dużą rolę odgrywają najnowsze (pojawiające się z czasem) wynalazki techniczne, dając szansę penetracji nawet głębokich akwenów.  

Każde podwodne stanowisko wymaga odmiennych technik „wykopaliskowych”, zależnie od jego wielkości, czystości wody i głębokości na jakiej jest położone. Pod wodą dużo trudniej jest coś dostrzec, wyszukać, a jeszcze trudniej udokumentować, a później wydobyć na powierzchnię. Kłopoty pod tym względem sprawiają zwłaszcza duże obiekty. Żeby odkryć ukryte w wodach „skarby” potrzebny jest skomplikowany sprzęt i trochę inaczej wykwalifikowani archeolodzy. Po prostu archeolog musi być w tym wypadku wyszkolonym nurkiem i obok czynności związanych ze swoim zawodem, nie zapominać o zasadach bezpieczeństwa pod wodą. 

 

Podstawowym pytaniem jest, skąd wiadomo gdzie zacząć się zanurzać. Przecież powierzchnia wody: jeziora, rzeki, morza, jest jednorodna. Co prawda pełno na niej fal, ale niczym się one od siebie nie różnią, więc nie mogą być wyznacznikiem.  

Niekiedy pomocne są informacje uzyskane w archiwach, czy starych gazetach. Czasami pozyskuje się je od płetwonurków-turystów, którzy natykają się na różne przedmioty, albo konstrukcje. Kiedy jednak nie posiadamy takich wskazówek, pomagają różnego rodzaju wykrywacze działające pod wodą. Przemierza się więc najpierw statkiem wyposażonym w sonary, sondy i wykrywacze innego rodzaju, rozległe obszary, przeszukując je skrupulatnie. Sprzęty te pokazują obiekty znajdujące się na dnie akwenu i pod nim. Kiedy odkryje się coś, co być może jest interesujące trzeba się zanurzyć, by sprawdzić, czy namierzony przedmiot wart jest zainteresowania. Później należy oznaczyć znalezisko, żeby można było do niego wrócić. W dzisiejszych czasach jest o to dość łatwo, za pomocą GPS funkcjonującego pod wodą.  

Innym sposobem szukania stanowisk i obiektów archeologicznych pod wodą, jest metoda podobna do opisanych w poprzednim artykule badań powierzchniowych. W ich trakcie, poruszając się tyralierą nurek obok nurka, sprawdza się dno pas po pasie, systematycznie. Na bieżąco ocenia się znaleziska i oznacza je.  

Po zakończeniu badań poszukiwawczych postępuje się podobnie jak przy wykopaliskach lądowych. Trzeba zebrać i zorganizować odpowiedni sprzęt, wrócić na to miejsce i rozpocząć badania „wykopaliskowe”. 

Zanim zejdzie się pod wodę, sprzęt trzeba uważnie sprawdzić i przygotować. Pod powierzchnią wody potrzebne jest oczywiście powietrze. Pompuje się je do butli. Sprężone w niej, chętnie by uciekło i wróciło do dawnej postaci, dlatego nie da się nim oddychać bezpośrednio z butli. Duże ciśnienie rozerwałoby płuca. Z tego względu używa się reduktora, który dostosowuje przepływ powietrza do naszego sposobu oddychania. Ilość gazu kontroluje się za pomocą manometru, który pomaga nurkowi przewidzieć, kiedy powinien się już zacząć wynurzać. Butlę z powietrzem umieszcza się na plecach za pomocą kamizelko-plecaka zwanego jacket. Dodatkowo ma on specjalne worki na powietrze, które można napełniać i opróżniać powietrzem, wciskając odpowiednie guziki. Dzięki temu nurek może utrzymać w wodzie odpowiednią pozycję, manewrować i łatwiej się wynurzać. 

Zanurzanie również nie jest łatwe. Nasze ciało z zasady jest wyporne i ma tendencje do utrzymywania się na powierzchni wody. Żeby pokonać tą naturalną przeszkodę, używa się ołowiu. Nurek zabiera go ze sobą do wody na przykład w formie „kafli” przy pasie. Dlatego właśnie, kiedy już zakończy daną pracę i chce się wynurzyć, potrzebuje trochę pomocy i ułatwienia. Wielką pomocą jest wówczas opisany wyżej jacket. 

W wodzie człowiek z zasady widzi niezbyt ostro, a archeolog potrzebuje ostrości wzroku, żeby dostrzec szczegóły. Jeśli do tego prowadzi się badania w morzu, sól potrafi drażnić oczy, dlatego potrzebne są maski. Człowiek, który nosi okulary i potrzebuje korekty, może dobrać sobie odpowiednią do swojej wady wzroku. 

Poruszanie się pod wodą nie jest łatwe, stąd płetwy. Dzięki ich dużej powierzchni, można „odpychać” się od wody, żeby sprawniej się przemieszczać. Pomagają również utrzymać się nad dnem akwenu. 

Archeolodzy prowadzą swoje badania w różnych rejonach świata i na rozmaitych głębokościach. Natykają się na wodę ciepłą, albo zimną, dlatego bardzo ważne jest, żeby dostosować do istniejących warunków ubranie. Gdzieniegdzie wystarczy kostium kąpielowy, ale dużo częściej w ciepłym klimacie, istnieje potrzeba założenia mokrego skafandra, zwanego „pianką”. Istnieją różne grubości takiego ubioru, to również należy uwzględnić. W chłodnych rejonach globu trzeba założyć ciepłą bieliznę i na nią tzw. suchy skafander, który doskonale izoluje ciało od zimnej wody. 

Kiedy już archeolog znajdzie się pod wodą, jego praca w zasadzie nie różni się od tego, czym zająłby się na lądzie. Musi znaleźć obiekt, odkopać go i udokumentować. Pod powierzchnią wód można odkryć dokładnie to samo co na suchym lądzie: mury budynków, budowle drewniane, pozostałości mostów, pomostów, statki, łodzie, ceramikę, uzbrojenie, monety, kości i inne. Na wrakach statków z różnych epok, może znajdować się ładunek: amfory z winem, słoje z masłem, bele materii i wiele innych. Przykładem podwodnych odkryć mogą być: starożytne statki, zalany starożytny port w Aleksandrii, odkryte w Szwajcarskich jeziorach pozostałości osad palowych, pozostałości mostów i wiele zagubionych wokół nich przedmiotów, pradziejowe łodzie dłubanki. 

Znalezisko w mniejszym, albo większym stopniu bywa zakopane w piasku, bądź mule. W warunkach wodnych łopata jest nieprzydatna. Trzeba było zastąpić ją bardziej wydajnym sprzętem, czyli wielką rurą ssącą usuwającą muł i piasek, zwaną eżektorem. 

Wyczyszczony z piachu i mułu obiekt, należy udokumentować rysunkowo i fotograficznie. Rysunek powstaje na plastikowym, wodoodpornym papierze, a wykonuje się go plastikowym ołówkiem umocowanym na sznurkowej uwięzi, a niekiedy zwykłym ołówkiem, ale podobnie uwiązanym. Dopiero później, na powierzchni, przerysowuje się wszystko na zwykły milimetrowy papier. Do pomiarów używa się metrówki z tworzywa sztucznego. Jeśli jest to możliwe, nad przedmiotami, czy też pozostałościami budowli układa się kratownicę, czyli stalową konstrukcję z „oczkami” o wielkości na przykład 20x20 cm, która ułatwia rysowanie w skali. Później wykonuje się dokumentację fotograficzną. Aparat fotograficzny należy zabezpieczyć przed wodą specjalną obudową, przez którą będziemy w stanie manipulować przyciskami prawie tak samo sprawnie, jak w trakcie zwykłego fotografowania. Warto dodać, że wraz z głębokością pojawia się dodatkowy problem przy robieniu zdjęć. Zanikają kolejne kolory. Dobrze jest o tym pamiętać i je sztucznie dodać za pomocą filtra montowanego na obiektywie. Pierwszą „ofiarą” głębokości staje się czerwień.  

Kiedy już obszar wykopalisk zostanie odpowiednio udokumentowany, pozostaje podjąć decyzję co z odkrytych rzeczy wydobędziemy na powierzchnię. Z drobnymi przedmiotami nie będzie kłopotu, ale gorzej z dużymi. Tutaj z pomocą idzie znowu technika i balony wypornościowe, które umocowane do obiektu, pomagają go podnieść z dna. 

Samo wydobycie przedmiotów, to dopiero początek. Dla niektórych z nich środowisko na danym stanowisku archeologicznym były zbawienne i są świetnie zachowane, dla innych niezbyt dobre i są bardzo zniszczone. Jakby nie było, wszystkie wymagają fachowej konserwacji, ponieważ pozbawienie ich dotychczasowych warunków, może skutkować przyspieszonym rozkładem. Dotyczy to zwłaszcza drewna. Dla niego wydobycie z wody jest wprost „zabójcze”. Przedmiot z tego surowca w krótkim czasie skurczy się o około 10% objętości i zacznie pękać. Czasem zabiegi konserwujące trzeba rozpocząć od ostrożnego pozbawienia przedmiotu swoistego „pancerza”. W pewnych warunkach, na leżących w morzach wrakach i przedmiotach odkłada się przez wieki twardy jak cement osad. Jest to nieodmiennie „twardy orzech do zgryzienia” dla konserwatorów zabytków. 

Po konserwacji artefakty poddaje się rozmaitym badaniom specjalistycznym, podobnie jak znaleziska lądowe, a następnie po otrzymaniu wyników analizuje się i opisuje całość. 

 

Podsumowując, archeolodzy poszukujący śladów bytności człowieka żyjącego w głębokiej przeszłości na lądzie i ci szukający ich w wodzie, dostarczają tak samo ważnych, nowych informacji o dawnych dziejach, ludziach, ich sposobie życia. Środowisko wodne o wiele bardziej sprzyja przetrwaniu niektórych kategorii przedmiotów, niż lądowe. Wiąże się to nie tylko z przewagą walorów konserwujących wody nad ziemią i powietrzem. Każde z tych środowisk ma pewną specyfikę, sprzyjającą przetrwaniu jednych grup surowców i prowadzącą do rozpadu innych materiałów. Przede wszystkim, obiekty ukryte w głębinach, zwłaszcza w głębinach mórz, niemal nie podlegały przez wieki niszczycielskiemu działaniu człowieka. Chroniła je bariera technologiczna, która nie pozwalała ludziom do nich dotrzeć. Dzięki temu tak bogaty jest, uzyskany w stosunkowo krótkim czasie, plon badań archeologów nautycznych.  

Warto zaznaczyć, że inspirator badań prowadzonych pod wodą, profesor Bass, niejednokrotnie podkreślał i taki pogląd jest powszechnie akceptowany, że archeologia podwodna powinna być po prostu nazywana archeologią. Bez jakichkolwiek dodatków i określeń. Jako przykład podaje, że przecież nie nazywamy archeologów pracujących gdzieś w piaskach Egiptu archeologami pustynnymi, albo takich, którzy prowadzą badania w Tilak w Gwatemali archeologami dżungli. Wszyscy jako archeolodzy, usiłujemy odpowiedzieć na pytania dotyczące przeszłości człowieka niezależnie od tego, czy jest to statek i jego ładunek, ruiny dawnego portu, czy też grobowce, albo ruiny miast, wraz z ich zabytkami. Po prostu jeżeli relikty znajdują się pod wodą, należy użyć odpowiednich narzędzi i technik badawczych, żeby je uzyskać.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Objawienie

       

      Termin sprzed tysiącleci, dziś brzmi pejoratywnie. Dawniej trochę ezoteryczny ze względu na prześladowania. Dziś mówi się: „Co mi przyszło do głowy?”, nie wiadomo skąd i po co, oczywiście potocznie rozumując. Uciskany, szary obywatel, gnieciony siłami odśrodkowymi i dośrodkowymi stara się stąpać po linie nad przepaścią w taki sposób aby nie stracić „korony”, której notabene nigdy nie posiadał i nie spaść głową w otchłań, z której siebie już nigdy nie wydobędzie. Troski tego świata zaprzątają go tak dalece, że w przerażeniu nad zwierzęcą śmiercią zapomina o czymś, co stacza się w nim, gdzieś w umyśle i sercu na jakieś dno ale nie ginie. Menele, nieuczeni, w żargonie mawiają popijając trunki, że zalewają „robaka”. Abstrahując od tego co oni uważają za „robaka” podobnie bywa z porzuconą pracą nad objawieniem. Może stać się tym ślepym, wiecznie podnoszącym się z gleby „robakiem”, który choć jest mały to jednak zwraca uwagę ponieważ tkwi w ciele nosiciela, niczym w glebie. Jeśli człowiek zapomni o tej pracy w nawale zajęć, z których ma chleb i schronienie Bóg, który jest ukryty ale zawsze obecny poprzez Tajemnicę Bytu i Zbawienia będzie zawsze dawał mu stosowne znaki, z których może nawet niewiele zrozumie. Może nawet zapomni o wszelkich niepokojach na jakiś czas. Mimo, że „żniwo jest wielkie” i że „robotników mało”, „w których ma upodobanie”, „ziarno słowa bożego” będzie się odbijało od jego uszu i ten „głos wołającego na pustyni” to podstawowe „objawienie” ewangeliczne będzie drążyć skałę głuchego umysłu i człowiek drgnie ku światłu wiary choćby tylko przez krótki moment swego połamanego człowieczeństwa. Może Bóg zatrzęsie nim, na podobieństwo świętego Pawła z Tarsu, wyrwie go siłą z materii, w której jest tak mocno zanurzony, wręcz zniewolony. Odwieczne zło tego świata, tak dobrze objawione w starym testamencie będzie unosić nas na falach realnej moralności, gubić w wirach i odmętach. Nie zawsze słowo objawione w porę dotrze do głodujących mimo woli i będziemy ginąć na wieki zatraceni. My jako ludzie, jako homo sapiens. Poza objawieniem podstawowym, które zapisano dla nas na kartach Nowego Testamentu, mamy w historii do czynienia z objawieniem przekształconym poprzez wiedzę i postęp techniczny, w którym objawienie podstawowe pełni rolę siły napędowej, pożywienia umysłu. Ludzie, którzy mieli rozległą wiedzę i żywą wyobraźnię, rozwiniętą fantazję poszukiwali poprzez drogi ewangelii, heterodoksalnych, transcendentalnych wpływów na swój umysł i jaźń. Wiedzieli, że jeśli Bóg da im dobrą myśl, to co uczynią później będzie dobre i będzie owocowało dobrem. Wielu uczonych wymyśliło wiele wynalazków. Które z nich to dobry owoc, a który zły? Czy dobry to ten, który służy wszystkim czy tylko elitom? Czy to co dobre unicestwia, a to co złe buduje? Może holokaust Słowian był dobrym wymysłem? Może Murzynów trzeba zlikwidować? Jak widać z pytań, obok objawienia „pozytywnego” istnieje też szatańska odmiana objawienia zwanego szaleństwem, obłąkaną ideą, objawieniem „negatywnym”. Skąd wiesz człowiecze mizerny co jest dobre, a co złe? „Wierzę w coś objawił Boże, Twe Słowo mylić nie może…”. Człowiek lubi być bogiem. Lubi wyrokować i wydawać sądy wiążące o wszystkim. Lubi poczucie władzy. Poczucie wyższości. Lubi ideę nadczłowieka. Nie lubi objawienia pozytywnego, które tak wątłym sączy się strumykiem od tysięcy lat. Nie obchodzą go owoce jego działania po śmierci fizycznej, osobniczej. Zadowala się gdzieś w ukrytej jaźni natywizmem, egoizmem, egzystencjalizmem, etc. Można by teraz przytoczyć szereg nazwisk, które odcisnęły się w historii szeroko pojętej, jako dobrodziejów ludzkości oraz tych, których powszechnie okrzyknięto jako przeklętych, uwsteczniających, jako zakały ludzkości. Ci pierwsi w swej większości starali się, pracowali nad sobą, nad objawieniem, ze wszystkich sił, pomimo banalnych przeszkód walczyli o Łaskę, aby być jak najbliżej Boga objawionego w ewangelii. W swej puściźnie, w listach, pismach, w obfitej ilości można znaleźć świadectwa ich walki o dobro. O dobro walczono także w czasach antycznych, bardzo starożytnych i to na podobnej drodze. Ci drudzy często zniechęcali się brutalnym życiem doczesnym, brakiem jakiejś ingerencji rzekomo dobrego Boga, w okolicznościach ludzko-zwierzęcego okrucieństwa. Można powiedzieć, że zwiędło ich źle hodowane i pielęgnowane zaufanie, i stali się przeciwnikami Boga, sami mianowali się bogami, wodzami, zbawcami narodu. Człowiek wielokrotnie, pośród przedmiotów codziennych pielgrzymek, przechodzi mimo, tak jakby te przedmioty, ci mijani ludzie na ulicach, zwierzęta byli tylko abstrakcyjnym tłem jego krzyża egzystencji. Czasem zapomina nawet o swoim bólu w nawale lepiej lub gorzej spełnianych obowiązków. Aż tu nagle, któregoś dnia doznaje olśnienia. To co dawniej istniało dla niego gdzieś poza istotą osobistego ruchu, jakiś krzaczek, kwiatek, drzewo, świeży śnieg czy lecące płatki śniegu, pozyskują jakiś nowy wymiar percepcji, jakąś swoistą wyrazistość, nowe widzenie znanych rzeczy. Ten współczesny człowiek, zaganiany za dobrami tego świata, za pieniędzmi, sukcesem, karierą jest do tego stopnia zdezintegrowany, że nie zauważa bezpośredniej przyczyny takiego nagłego olśnienia. Często sama „ślepota” wyraźnego widzenia to nie tylko niejasny splot zdarzeń, efekt samopoczucia, zmiany ciśnienia. Być może to celowy zabieg ukrytej Mocy, która „za złe karze, a za dobre wynagradza”. Może Boga. Może kosmicznej Potęgi. Siły sprawczej. Może to tylko znak takiej obecności. Bo kto ma rozstrzygnąć czy to już objawienie, jego początki, czy tylko jakiś znak, syndrom? Ciekawą pokusą są objawienia senne, jako temat rozważania. Nie chcę tu opowiadać dzieła S. Freuda „Teoria snów” ani korzystać z „sennika egipskiego”, co wcale nie musi oznaczać, że są niegodne uwagi czy zabawy. Ludzie uduchowieni z natury swej są podatni na fantazjowanie senne, niektórzy nawet chodzą we śnie, w czasie pełni księżyca po dachach domów, z rękami wyciągniętymi przed siebie, ale dajmy spokój pogłoskom z pogranicza patologii i fikcji literackiej. Mam tu na myśli ludzi uduchowionych w granicach ogólnie i szeroko pojętej normy. Na przykład objawienie senne późniejszego świętego Józefa, małżonka Maryi, gdzie we śnie pojawia mu się anioł, postać całkowicie duchowa i ostrzega przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Po czym uchodzą do Egiptu. Nie posiadam, niestety, zbyt bogatej wiedzy o objawieniu się Mendelejewowi jego tablicy pierwiastków, we śnie, ale z tego co zdołałem zebrać wynika, że niewiele pozostało mu do dopisania po przebudzeniu. Można powiedzieć, że było to objawienie pozytywne i z pewnością służy dobru społecznemu. Objawienie nosi na sobie piętno nie tylko indywidualnych odniesień. Istnieją udowodnione przypadki objawień zbiorowych, w odróżnieniu od hipnozy czy halucynacji lub fatamorgany. Pracownicy naukowi Watykanu z pewnością dysponują bogatymi dowodami w tym temacie. Inaczej objawia się treść ludom celtyckim, inaczej żydowskim, a jeszcze inaczej azjatyckim, itp. Celtowie wraz ze swym prastarym kultem megalitów, zjawisk atmosferycznych, etc., specyficzną spostrzegawczością introwertyczną, wrażliwością zmysłowa na przyrodę, surowy klimat północy. Dziedziczona, neurotyczna kultura tych ludów obfitowała w bogate zdobnictwo. Objawienia u tego ludu bywały i bywają bardzo realistyczne. Dobrym przykładem takich objawień jest grota, w której przebywał święty Patryk, najbardziej znany patron narodu celtyckiego, a która posiadła tą drogą niezwykłe właściwości. Trudno tu szczegółowo omówić kwestię charakteru tych objawień ze względu choćby na problem, który dotyka bardzo intymnej sfery, jak również i ze względu na nikły dostęp do materiałów źródłowych. Ale z pewnością temat zasługuje na uwagę. Można jeszcze dodać, że pewne światło na sposób przeżywania tych ludzi rzuca średniowieczna mitologia i powszechnie znany mit Tristana oraz jego miłości Izoldy. Ludy semickie natomiast (Hebrajczycy, Aramejczycy, Judejczycy, itp.) to osoby o zupełnie odmiennej konstytucji psychosomatycznej. W historii tego narodu można odnaleźć przewagę temperamentów ekstrawertycznych, o wątłej budowie, słabym charakterze, tęskniących za silnym władcą i potężnym państwem. Nie mniej objawienia w tym skądinąd wybitnym narodzie są znakomicie zilustrowane w dość powszechnie znanej Biblii. Czasem jest to krzew ognisty, czasem obłok jaśniejący w miejscu nietypowym, np. na pustyni. Objawienia te są wynikiem niezwykłej łaski czy daru, w który jest wyposażony ten naród. Przepiękną ilustracją objawień żydowskich jest historia Mojżesza i kodeksu etycznego, otrzymanego na górze Synaj. Jeszcze znakomitszą ilustracją objawienia jest historia archanioła Gabriela i Marii, matki Zbawiciela. Z pewnością pamiętamy objawienie przy chrzcie Zbawiciela w Jordanie, gdy Bóg mówił z niebios: „Oto Syn mój umiłowany, Jego słuchajcie!”. Postać Ducha świętego chyba na zawsze będzie kojarzona z opromienioną słońcem, białą gołębicą. Ten koczowniczo – pasterski lud był zawsze poszukującym swej Ziemi Obiecanej, lud koczujący na glebie nieprzyjaznej dla uprawy, w klimacie charakterystycznym dla gorącej pustyni i półpustyni. Stąd język jakim się posługuje jest obfitujący w zwroty i opisy ludzi prostych, pasterzy, hodowców, rybaków. Może to wydać się dziwne, że Bóg – Człowiek podjął taki język aby mówić o sprawach ważkich, że Jego wykształceni uczniowie (św. Marek, św. Mateusz, św. Łukasz, św. Jan) zafascynowali się Jego nauką i opisali w sposób najbardziej komunikatywny dla swoich czasów dzieje zbawienia ludzi. Język ten, dzięki perfekcyjnej prostocie oddaje cały subtelny, poetycki obraz objawień o bardzo skomplikowanym sensie i znaczeniu. Tak, że trudna synteza pewnego logicznego ciągu pojęć staje się czytelna dla prostego człowieka. Objawienie głoszone przez Jezusa z Nazaretu zwanego Chrystusem pozwala zauważyć, że dotyka człowieka dopiero wtedy, gdy zdoła się on zaprzyjaźnić z Nim i Jego nauką. Ma to być przyjaźń bez rozgłosu i hałasu, cicha, subtelna, osobista. Dopiero wtedy taki człowiek otrzymuje Łaskę zrozumienia rzeczy niepojętych. Jezus z Nazaretu w sposób znakomity syntetyzuje w sobie dziedzictwo nauki Greków, a także i innych narodów (babilońskich, arabskich). On wprowadza do myśli wielkich uczonych pierwiastki zupełnie nowe, wręcz fantastyczne, jak powszechne zmartwychwstanie w jednym, historycznym momencie, tj. w dniu Sądu Ostatecznego. Objawienia narodów hinduskich są z pewnością odmienne w swoim charakterze estetycznym i naukowym od wyżej wspomnianych, choć i tam można dopatrzeć się podobieństw. Na przykład podobieństwo objawień o złu, jego upostaciowieniu estetycznemu. We wszystkich przypadkach jest to postać olbrzymiego smoka ziejącego ogniem, o wielu głowach. Lub problem reinkarnacji, czy wielopostaciowości bóstwa: Brahmy, Wisznu i Siwy. Również jest to bogata poetycko synteza przeczuć, pytań egzystencjalnych o sens bytu. Niezaprzeczalne jest jej piękno objawiające się w rzeźbie czy obrzędowości. Niezwykle interesująca jest też mądrość etyczna Hindusów. Wiele narodów Europy nazywanych jest mianem ludów indoeuropejskich i to z pewnością już samo w sobie mówi o pewnym pokrewieństwie i podobieństwach. Ciekawe są również objawienia chińskie, zwłaszcza wybitnego myśliciela religijnego Konfucjusza. Podobnie jak u wielu innych narodów nakazuje on dążenie do pewnej doskonałości, ów nieustanny ruch ku wielkiemu dobru. Kręcenie młynków modlitewnych u tybetańskich buddystów może z pozoru zakrawać na małpie naśladownictwo, z próżności i z głupoty ale to tylko z pozoru… . Z pewnością jest to wynik jakiegoś objawienia i sposobu kontaktu z wyższą energią. Znakomitą ilustracją objawień są dzieła wielkich mistrzów (np. J. S. Bacha, F. Haendla, A. Vivaldiego, Michała Anioła, G. B. Pittoniego, D. Velasqueza, El Greco, M. Caravaggia, S. Dalego, Z. Beksińskiego i wielu, wielu innych). Ich dzieła w większości są głębokim studium, w którym łączą się elementy fizycznego świata z elementami zjawisk metafizycznych, realizm styka się z nadrealnością. Artyści ci często prezentują w oparciu o modele i studium światła, ruchu to co przy czytaniu Biblii jest zakryte i uchodzi uwadze zwykłemu człowiekowi. Nierzadko dochodzą w tym do arcymistrzostwa. Mimo, że ich rzeźby czy obrazy są zatrzymane, martwe, to często analizując je ma się wrażenie ruchu. Dzieła muzyczne zaś ciągle na nowo kreują świat w wyobraźni pokoleń, żyją jakimś innym życiem… .

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Chasyd, ucywilizowany   komunista   Zgiełk  czyści świat pod ziemię obiecaną.   Nowoczesność miała uszczęśliwić.   Są na to antydepresanty – owoce postępu w krwiobiegu.   To już ponowoczesność.   Zapalam latarnię na swej bezludnej ulicy. Łapię tylko ćmy, lubiące kolorowy brokat, małe przyjemności.   Oni zawsze chcą dobrze, aż za bardzo.  
    • @Migrena   To niezwykle poruszający, głęboko emocjonalny i piękny wiersz o traumie po stracie - niezależnie od tego, czy mówimy o rozstaniu, czy o śmierci ukochanej osoby. W niesamowity sposób oddajesz stan, w którym żałoba i tęsknota całkowicie przejmują kontrolę nad ciałem, umysłem i przestrzenią życiową.   Wiersz otwiera metafora - „idę przez siebie , jak przez dom po pożarze”. Podmiot liryczny jest wypalony od środka. Zewnętrzna struktura (ciało, „ściany”) wciąż funkcjonuje, ale wnętrze, czyli to, co nadawało sens i tożsamość („wszystko co miało imię”), zostało zniszczone. Życie zamienia się w wegetację i oddychanie toksycznym dymem wspomnień.   Nawet pustka staje się fizycznym, namacalnym i opresyjnym obiektem  (powietrze i łóżko). Nieobecność zajmuje każdy centymetr przestrzeni, nie pozostawiając miejsca na nic innego.   Dla mnie najmocniejszym fragmentem wiersza jest redefinicja utraty - „tęsknota nie jest brakiem, tęsknota jest obecnością odwróconą plecami”. To zdanie odwraca tradycyjne myślenie o żałobie. Brak kogoś nie oznacza, że tej osoby nie ma. Ona tam jest, ale w formie ignorującej, niedostępnej i milczącej, co potęguje ból. Tęsknota staje się pasożytem, który rośnie („jak pęknięcie w szkle”) i żywi się oddechem podmiotu lirycznego. Pamięć o osobie działa jak rdza, która unieruchamia i zżera od środka. Ból to jedyny dowód na to, że miłość była prawdziwa - skoro miłość zniknęła, to fizyczne i psychiczne cierpienie jest ostatnim łącznikiem z utraconą osobą. Ból ostatecznie staje się nową tożsamością bohatera („moją nową twarzą”).   Wspaniały tekst, dla mnie bardzo prawdziwy.  Serdecznie pozdrawiam. 
    • @andrew   urocze slowa :)   piękne dzięki :)   ukłony :)       @Alicja_Wysocka   Alu.   są w obiegu mądre słowa amerykańskiego dokumentalisty ktory stwierdził ;" cokolwiek by czlowiek zrobił lub czegokolwiek by nie zrobił, jego życie nie leży w jego rękach".   więc ja......bo miłość można rozwalić granatem albo głupim słowem.   nie wynaleziono jeszcze butaprenu na rozwaloną miłość.   nie chcę uników.   przed śmiercią też stanę twarzą w twarz.   jest czas.......   i w sumie już go nie ma .     Alu.   Twoje dobre slowa to skarb.   dziękuję:)      
    • @Łukasz Jurczyk   Widzę tu zderzenie wielkiej wizji z brutalnym trudem fizycznym.  Słowa „Zbudujcie ląd” pokazują pewność siebie króla, która z perspektywy zwykłego żołnierza graniczy z obłędem. Wzmianka o Posejdonie podnosi militarny wysiłek do rangi starcia z siłami nadprzyrodzonymi. To już nie jest zwykła wojna, to rzucenie wyzwania naturze.   Morze jest antagonistą, który pobiera „zapłatę” w ciałach. Śmierć tych, którzy pracują (w tym żołnierzy) jest przedstawiona jako krwawa waluta, którą trzeba uiścić, by droga mogła powstać.   Dla historyków jest to „genialny manewr inżynieryjny”, dla narratora jest egzystencjalnym koszmarem. Pytanie „po co?" wprowadza moment zwątpienia. W ciszy nocnej, gdy milknie zgiełk bitwy, pojawia się refleksja nad sensem tego nadludzkiego wysiłku.   Ta część poematu świetnie demaskuje „mit wielkości”. Pokazuje, że wielkie sny królów („król chce, byśmy deptali po wodzie”) są w rzeczywistości budowane na fundamentach z gruzu i ludzkich ciał. To bardzo nowoczesne, niemal pacyfistyczne spojrzenie na antyczną historię. To Twoje nowatorskie podejście widać we wszystkich częściach, dlatego jest takie fascynujące.   On patrzy z brzegu - nie dotyka głazów, a jednak to jego wzrok je niesie.   Sól wgryza się w rany. Stajemy się twardzi jak kruszec, którym dławimy głębię.  
    • ja jakoś wolę wierzyć że nie jesteśmy suchym piaskiem
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...