Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Możliwe, że ów tekst już tu jest.

Ale może pod innym tytułem?

----------------------------

 

 

Góry tego roku wyglądają tak samo jak w poprzednim.

Niestety. To bardzo mylące stwierdzenie.

Jak się miało okazać, nie dla wszystkich.

 

∧?∧

  

To mój pierwszy wypad. Mam dużo szczęścia. Wczoraj pogoda nie dopisywała i nie miałem pewności, czy podejmie wędrówkę. Dzisiaj pięknie i słonecznie. Wymarzone warunki do realizacji marzenia. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że wszystko może ulec zmianie, w najmniej spodziewanych okolicznościach. Poczytałem odpowiednie książki i wiem, że góry mają to do siebie, że potrafią zaskakiwać, niczym kobieta na wierzchołku psychiki. Wierzę jednak, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Zdobędę upragniony szczyt. Mam odpowiedni ekwipunek z niezbędnymi rzeczami i pewność siebie w sobie.

 

Przeszedłem już spory kawałek. Niestrudzenie i ochoczo. Mijam różnych turystów, wszystkim mówiąc: cześć. Spozieram na błękit nieba i pierzaste chmurki. Ponadto widzę dwie kozice i bace w oddali. Napakowany dobrymi myślami, kroczę raźno przed siebie.

 

Z oddali słyszę dziwny, delikatny odgłos. Nie potrafię określić skąd dobiega. Po chwili ów szczegół, wylatuje z głowy, błądząc pośród skał niczym pijany świstak.

 

Mija trochę czasu. Odczuwam pierwsze dolegliwości uciążliwej drogi. To w końcu pierwszy marsz, po kamieniach i krzywych drogach. Do tej pory nie miałem z tym problemu. Takich przeciwnych ścieżek, los przede mną nie układał. Słońce nadal bystro świeci, muskane białymi barankami. Szybują leniwie nad wierzchołkami. Pierzaste zeppeliny, na tle błękitnej przestrzeni, której tutaj nie brakuje, gdzie wielki człowiek, jest takim małym. Widok zapiera widok w piersiach. Podziwiać piękno, to jeszcze potrafię. Pełen wiary w przyszłość, ponownie słyszę cichy szelest. Pojawia się i znika nie wiadomo skąd. Mam nawet wrażenie, że jestem obserwowany. Olewam to. Jakieś zwidy umysłu i tyle. Wystarczy pomyśleć racjonalnie.

 

Wędruję po dość szerokim szlaku. Z jednej strony zbocze góry, a z drugiej nic. Kciuki z lekka obtarte, wsunięte pod szelki od plecaka, sylwetka przygarbiona, lecz pełna nadziei, gdyż wierzchołek już niedaleko widoczny. Nawet zaczynam wesoło pogwizdywać, ale szybko milknę, bo wyczytałem w książce, że w górach to zła wróżba. A może chodziło o jacht? Nie mam pewności. Tak czy siak, wolę myśleć na ulubioną melodię. Tego przeznaczenie nie usłyszy. Czy aby na pewno? Na mgnienie oka, przypominam sobie pewien szczegół ze swojego życia. Jednak owe wspomnienie, szybko wybiega z umysłu, niczym przestraszona kozica.

 

Widzę turystę przed sobą. Ponownie kłaniam się pięknie i pozdrawiam odpowiednio. Ten robi to samo, zostawiając na pamiątkę, zanikające odgłosy stukania butów.

 

Idę kawałek, niewiele myśląc, lecz po chwili, do uszu dobiega inny dźwięk. Też z tyłu. Szlak w tym miejscu jest dość szeroki. I tak samo jak jeszcze niedawno, z jednej strony zbocze góry, a z drugiej – nic.

 

Nie wiem, co to może być. Tak na dobrą sprawę, jestem na tyle strachliwy, że boję się obejrzeć. Teraz już słyszę wyraźnie, jakby po prawej stronie, coś z tyłu szurało na zboczu. Dźwięk coraz głośniejszy i bliższy, robi się jeszcze głośniejszym i bliższym. Powtórnie widzę innego turystę. Nie mówi nawet cześć. Ma inne myśli w głowie. Szum się nasila, niczym morskich bałwanów. Na domiar złego, słońce zakrywa ciemna chmura i wiatr przybiera na sile. To coś z tyłu jest o wiele bliżej. Zbyt blisko, by pozostać w niepewności. Czuje przeraźliwy chłód. Muszę się odwrócić i spojrzeć do tyłu.

 

Zupełnie mnie zatyka. Kilka metrów przed sobą, widzę zakrwawiony przód śnieżnej lawiny. Czytałem o tym zjawisku, lecz ta jest inna. Na domiar złego te szkarłatne, brudno czerwone plamy. Groźnie faluje na boki, jakby gotowa do skoku. Wyraźnie dostrzegam, drgające nerwy pod pulsującym śniegiem. Sprawia wrażenie gęstej i ciężkiej. Jednak co chwila unosi przód, wychyla się w moim kierunku i wisi chwilę nade mną, by za moment, trochę się cofnąć i przyjąć poprzednią, przyczajoną pozycję. Dźwięki jakie wydaje, to jakby kompilacja wszystkich złowieszczych duchów gór.

 

Mogę uciekać jedynie w kierunku wierzchołka. To jednak nic nie daje. Słyszę z tyłu, złowieszcze ocieranie o szlak. Znowu jest bliżej. Ściga mnie uparcie, lecz póki co nie robi krzywdy. Bawi się jak kot z myszką. Uciekam ile sił wystarcza, widząc przed sobą, ciemny, pulsujący cień. Czuje pierwsze płatki śniegu. Więcej i więcej, choć niebo znowu błękitne.

 

Przystaję na chwile. Raz kozicy śmierć. Muszę odpocząć. I tak nie mam gdzie uciec. Spoglądam do tyłu ponownie. Widzę jak śnieżny potwór spada do przepaści, z odłamkami skał. Hałas jest przerażający. Mam teraz wolną drogę. Rezygnuję z dalszej wspinaczki. Nie zdobędę wierzchołka. Chce jak najszybciej wrócić do domu. Mam dziwne wrażenie, że biała zjawa, chciała ze mnie wyssać na światło dzienne, jakieś zapomniane wspomnienie.

 

Słońce ma barwę krwi, a czerwone łzy, ściekają po ścianie horyzontu. Tak to w tej chwili widzę. Schodzę dość szybko. Pragnę jak najwcześniej opuścić te przeklęte góry. Dopiero teraz sobie uświadamiam, że mogłem przecież zginąć. Tylko dlaczego ten potwór, nie zepchnął mnie do przepaści. Przecież mógł to zrobić z łatwością.

 

Wędruję szerokim szlakiem, między dwoma zboczami gór. Prawie że biegnę, na ile jeszcze sił wystarcza. Nie chce za szybko, bo mógłbym się przewrócić i uderzyć głową o jakąś skałę. Żywię obawy, że w końcu prześladowcę, szlag trafi na szlaku.

 

Nagle gdzieś wysoko, dostrzegam białą plamę. Jest malutka, ale z każdą chwilą, większa. W pierwszej chwili wmawiam sobie, że to jakiś szybujący ptak. Niestety. Jednak powróciło, by znowu mnie gnębić. Zjeżdża z góry niczym morderczy anioł. Nie bardzo jest gdzie uciekać. To znaczy szybciej, niż teraz. Jeszcze nie wiem, jaka jest wielkość bestii, ale przypuszczam, że znacznie większa, niż poprzednio. Zwały śniegu suną po zboczu… i nagle zmieniają kierunek. Są na szlaku, kierując się w moją stronę. Mam odciętą drogę. Próbuje wchodzić wyżej, ale to coś, wspina się za mną. W końcu powracam na szlak. Bo cóż innego, mogę zrobić. To mi pozwala.

 

Widzę białe, lecz mroczne myśli. Wielu spraw już nie zdążę załatwić.

 

Pulsuje nade mną, a jednocześnie jestem wewnątrz. Ogromne, mroźne serce. Ze sklepienia kapią krople wrzącego śniegu. Drapieżnik, który za chwilę rozszarpie zdobycz. Zapewne po to stworzył kolistą ścianę wokół. Żebym miał pewność, że nie można uciec. Co prawda próbuję, ale powierzchnia, wbrew pozorom, jest twarda jak skały, po których biegłem. Odczuwam przeraźliwy chłód, że aż mi gorąco w płucach ze strachu. Wspominam schab w zamrażalniku. Raczej nie zdążę zjeść.

 

Nagle słyszę w głowie, dziwne, chłodne dźwięki, niczym wilgotne cienie słów. No nie – myślę sobie. – Kupa myślącego śniegu, chce do mnie zagadać. A niby skąd wie, po jakiemu? Poliglota, czy co? Zupełnie mi odwala. Tym bardziej, że realność otoczenia, jakby rozmyta duszącą klaustrofobią, sprawia, że nie bardzo wiem, co jest grane na nerwach. Zimno jak cholera. Jedyny pewnik w tym chaosie. Najchętniej, bym leżał na ziemi i zasnął w mroźnej kołysce. Jednak ostatkami woli, pragnę jeszcze pożyć, zanim przeznaczenie, całkowicie ją zamrozi. Chociażby kilka chwil, aż nadejdzie ta ostatnia, która zablokuje jutro. Puki co, szelest wirujących płatków śniegu, formuje we mnie sens pytania. Dobiega do mnie, jakby się wygrzebał z zaspy.

 

–– Pamiętasz zimę w waszym miasteczku?

–– Kto pyta?

–– A pamiętasz, co robiłeś dzieciom?

–– Dzieciom? Kim ty jesteś? Czemu mnie więzisz?

–– Przypomnij sobie. Chyba wiesz, że czasami złe szczegóły, mają wpływ na dalsze życie. Lubią wracać. Nie w formie zemsty, lecz nauki na przyszłość.

–– Nauki? Kim do cholery jesteś? Wyjdź z mojej głowy, albo zabij.

–– Wiesz, nawet wierzę, że wtedy o tym nie pomyślałeś. Miałeś po prostu zły dzień. Jak wiele innych.

–– Zły dzień? O czym ty pierdzielisz? Nie widzisz, co się dzieje. Za chwilę będę soplem lodu.

–– Czy wiesz, jak to wpłynęło na te dzieci. Co później przeżywały. Ile się napłakały.

–– Napłakały? Przeżywały? Pytam ponownie. Kim jesteś? Dlaczego masz czelność, mieszać mi głowie? Niczego złego nie zrobiłem.

–– Pomyśl. Była zima. Wiele dzieci, które błagały, żebyś tego nie robił.

–– Cholera! To o to chodzi. O jakieś głupie dzieciaki. Wnerwiały mnie tą swoją zabawą i tyle.

Przecież za chwile, mogły następne…

–– Następne, też zniszczyłeś.

–– I przez to ten cały cyrk przeżywam? Przecież nikogo nie zabiłem, nie okradłem, nie…

–– Przeproś je za to. Ja to im przekażę. Wybaczą tobie. Znasz powiedzenie: poza krawędzią przebaczenia? Wtedy już nie ma odwrotu.

–– Przeprosić? Za taką głupotę? Nigdy w życiu. To one powinny mnie przeprosić! Mnie! Rozumiesz? Działały mi na nerwy, jak mało kto.

–– Bo ciebie nie miał kto nauczyć. Dlatego zazdrościłeś. Tak?

–– Co ty chrzanisz! Brakuje ci piątej śnieżynki. Wynoś się z mojej głowy. Daj mi wreszcie święty spokój.

–– Cały czas staram się dać.

  

∧?∧

  

Mroźne, zadaszone półwięzienie, w kształcie nie do końca złożonych modlących dłoni, gdyż pojawiło się jedyne wyjście, które zdaniem mym, nie stwarza optymistycznej prognozy na przyszłość. Dostrzegam turystów. Przechodzą przez ściany, idąc dalej. W ogóle mnie nie zauważają. Tylko mały chłopiec, kiwa na pożegnanie. Może dzieci potrafią dostrzec więcej.

 

Czuję silny powiew wiatru. Stoję przylepiony do tylnej ściany. Tam gdzie zwieńczenie nadgarstków. Nie mogę uciec, albo raczej nie chcę. Przede mną jasna plama jedynego wyjścia. Widzę błękit nieba, wierzchołki gór oraz szybujące ptaki, ale jakieś to wszystko inne. Poza pojmowaniem. Malutki wobec ogromu, wypychany przez mroźne dłonie na zewnątrz, poza krawędź zrozumienia... wiem gdzie jestem, ale nie wiem, gdzie będę.

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Najszanowniejsi... Gdy tylko polski Internet obiegła wieść o napisaniu przez Jasia Kapelę trzydziestu tekstów o tematyce proaborcyjnej w ciągu jednego roku, po zapoznaniu się z częścią z nich zastanowiłem się mimowolnie czy ja zdołałbym napisać trzy wiersze o wymowie antyaborcyjnej w ciągu jednego tylko wieczora… I nim zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić już kilka rymów przeciwko aborcji napłynęło mi nieproszonych do głowy…   Będę z Wami szczery... Z racji tego że niespodziewanie dopadły mnie w nocy gorączka i dreszcze nie wyspałem się poprzedniej nocy za dobrze… O poranku miałem problemy z zwleczeniem się z wyra… W ogóle tego dnia chodziłem jakiś taki półprzytomny... Ale myślę sobie... Co??? Ja nie dam rady napisać trzech wierszy przeciwko aborcji w jeden wieczór?! Ja nie dam rady?! Zaraz robię sobie herbatę z miodem i cytryną i biorę się do dzieła!... I tak w jeden tylko wieczór (kilka godzin) napisałem te trzy poniższe wiersze o wymowie antyaborcyjnej... Oceńcie je proszę sami...     ,,Wszystko to było odległym wspomnieniem”         Choć w obskurnych lekarskich gabinetach, Na przestrzeni wielu postkomunistycznej Polski lat, Każda z ust lekarza bezlitosna diagnoza, Tak wiele młodych matek z nóg ścinała,   Choć niejedna wymodlona ciąża, Podług diagnoz była zagrożona, A rozbudzona w sercu matki nadzieja, W ułamku sekundy niekiedy gasła,   Choć natrętna proaborcyjna propaganda, Niczym straszna upiorna zjawa, Usiłowała w ich myśli przenikać By zamęt i zwątpienie w nich siać…   Choć rozwrzeszczanych feministek wybuchy złości, Załganych pseudoekspertów opinie i głosy, W pamięci tak wielu z nich się wyryły, Sypiąc się z ekranów telewizorów plazmowych…   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy tuląc do piersi maleńkie niemowlę, Niejedna skrycie uroniła szczęścia łzę, Uśmiechając się zarazem serdecznie,   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy biorąc na ręce swe dziecię, Słowami przyobleczonymi w cichy szept, Obiecywała mu życie szczęśliwe,   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy spoglądając w swego dziecka źrenice, Pochwycona silnym wzruszeniem, Pierwszy jego ujrzała uśmiech,   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy pewnego dnia niespodziewanie, Padło z dziecięcych usteczek… - Mamusiu kocham cię…   ,,W oku niejednej matki”        Gdy w murach kościołów gotyckich Światło padające z kolorowych witraży Na twarze roześmianych dzieci, Migocąc wesoło na nich zatańczy,   Gdy maleńkie rączki dziecięce, Uczynią znak krzyża na czole, W niejednym stareńkim kościele, W skupieniu żegnając się z nabożeństwem,   W oku niejednej matki rozmodlonej, Dostrzec możemy ukradkiem łzę, Która perląc się w jasnego dnia świetle, Przetnie niekiedy blady policzek,   W oku niejednej matki rozmodlonej, Dostrzec możemy winy poczucie, Ból ciężkich niezabliźnionych wspomnień, Nagłe ukłucie sumienia wyrzutem…   I niejedna młoda matka, Zatapiając się w bolesnych wspomnieniach, Wzruszona w głębi matczynego serca, Pobiegnie myślami do tamtego dnia,   Gdy tamta straszna diagnoza, Padła z ust starego lekarza, Gdy z przerażeniem do wiadomości przyjęła, Że zagrożoną była jej ciąża,   Gdy pędzący na oślep świat, Nagle jakby się zatrzymał, Zimny dreszcz przebiegł po plecach, Z przerażenia tchu złapać nie mogła,   Gdy diabelska pokusa Odrzucenia nauczania Kościoła, W głębi duszy się tliła, Niczym kiełkujący z wolna chwast…   I spoglądając w oczy swych dzieci, Ocierając ukradkiem łzy, Niejedna przeklnie tamtą myśl, Gdy przyrzekała sobie aborcję rozważyć,   I niejedna Maryi podziękuje, Że w serca ich wlewając otuchę, Nadludzką wtedy dała im siłę, Ocaliła cudem zagrożone ciąże…   ,,Widziałem w mym śnie…”        Widziałem w mym śnie czarne parasolki, Połamane o uliczne chodniki, Bez litości zmiażdżone obcasami, Przesiąknięte brudem ulicznych kałuży,   Widziałem w mym śnie czarne parasolki, Ciśnięte do koszy na śmieci, Niszczejące pomiędzy odpadami, Obgryzane nocami przez szczury…   Widziałem w mym śnie w kościołach starych, W cieniu nadkruszonych murów gotyckich, Rozmodlone młode Polki, Przesuwające w dłoniach różańców paciorki,   Modlące się by w kolejnych latach, U boku ukochanego męża, Dostąpić łaski licznego potomstwa, Wielbiącego Boga w codziennych pacierzach…   Widziałem w mym śnie nienarodzone dzieci, Śpiące nocami pod sercem matki, Niekiedy mimowolnie ssące kciuki, Wyczekiwane przez swe anioły,   Tak bardzo pragnące być kochanymi, Przez świat w wojnach pogrążony, Zatopiony w międzyludzkiej nienawiści, Do Boga wciąż odwrócony plecami…        
    • @Mitylene utwór ma w sobie coś  klasycznego, czystego, kryształowego, niczym mityczne źródło Aretuzy.
    • @Berenika97 Dziękuję za tę nobilitująca dla mnie uwagę o dialogu z W. Szymborską. Bardzo lubię Jej poetykę, ale nie w pełni znam Jej twórczość. Ty i Poet Ka zwróciłyście mi na to uwagę. Kiedyś wcześniej padła podobna uwaga o korelacji tematu/poetyki z Wisławą. Za mało czytałem dotąd poezję. Może to Cię ubawi, ale na tym portalu studiuję poezję "z wypiekami", ponieważ sporo utworów i sporo autorów na poezja.org pisze ciekawie, inspirująco dla mnie. Jestem prawie poetyckim profanem w Waszym towarzystwie, bo mam literacką wrażliwość, ale do marca `26 w ogóle jej nie eksplorowałem w poezji. Dojrzewam przy Was, dziękuję. @Gosława  Dojrzewamy na pogrzebach. Podobnie na rozstaniach z mniej zasadniczych powodów. To brutalne i skuteczne metody. To boli, ale nie nie chcę się na nie uodparniać :-) @Poet Ka Dziękuję uważna i łaskawa :-) @KOBIETA Jakżeby inaczej u Ciebie, trzpiotko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Chwila zawieszenia pomiędzy światami jest podróżą przez pole maków. Czuć zapach opium. Z daleka szumi Morze Egejskie.
    • @Berenika97 Tak, zakochanie/zatracenie, może zakochanie w zatraceniu... Dziękuję! :)    @Lenore Grey Bardzo mi miło :) Pozdrawiam    @iwonaroma Pociągają czasem te przepastne... Dziękuję za zatrzymanie :)   @viola arvensis Chyba tak. Bardzo dziękuję :) Pozdrawiam 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...