Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

od dawna nie stać nas 

na nic więcej
niż w chorym amoku
trzeć sercem o serce

choć już tak szorstkie
jak rdza ust naszych
brak słów co łzy w oczach

mogłyby zaszyć

brak sił by zapobiec 

bolesnym splotom
gdy żarząc się w strzępach
błagają o krwotok

i brak rąk chętnych
by chwytać ręce

prócz braków
od dawna nas nie stać na więcej

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Brzmi poważnie jak...szkolna lektura ;D Dziękuję!

Maluszek sypia tak sobie, zwłaszcza teraz, gdy jest przeziębiony. Ale dajemy radę, dziękuję ;)

@beta_b Piękne dzięki ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ale mi miło, że Ci się podoba! Wielkie dzięki! Cieszy mnie, że odczułeś dokładnie to, co chciałem w tym wierszyku przekazać.

Najlepszy? Mnie się wydaje, że mam wiele lepszych niż ten. Ale autor nigdy nie będzie patrzył obiektywnie na swoją pracę ;>

Dzięki za odwiedziny!

Opublikowano

@GrumpyElf Serio to "tarcie serc" jest takie dobre? Nigdy bym się nie spodziewał, że akurat to tak przykuje uwagę ;D

Bardzo dziękuję!

Opublikowano

Dobry wiersz, smutny, a jednak o wielu. Tak często bywa, wieczorem nie zrozumiałem, ale to zmęczenie, a teraz już tak. Zmęczenie, wypalenie, czy był sam pragmatyzm, czy samo pożądanie, czy wiecznie płaczące dziecko albo jeszcze coś innego.  Jak to się stało, że mnie to nie dotknęło, to też poza sferą racjonalności. Pozdrawiam.  

Opublikowano

@Marek.zak1 Taka jest gorzka prawda, że nie da się próbować w nieskończoność naprawiać relacji. Prędzej czy później przychodzi taki moment, że nawet jeśli obie strony chciałyby podjąć kolejną próbę, nie starcza już na to sił i wiary.

Dzięki, Marku, że się pochyliłeś nad moim wierszem raz jeszcze.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...