Zryw 2
bez różnicy jak jest, letnio czy zimowo,
pod wieczór ta sama dolegliwość, głusza.
to już repeta, albo życiowa laborka,
więc nie zasypiaj gdy wokół bez(w)ład.
pod parasolem chowasz terapię i
stajesz się obcy a ja - ranny ptaszek,
mam ochotę na skargę do twojej matki.
do niej...
ona jak intruz, poczekaj na październik,
w ogrodzie zdarza się, że od tyłu
wpełza w cudze, by urodzić jedyną rzecz,
wirówkę plotek, gdyby dodać pasjanse
tkane z TV wizjer, to na wszystkim
przybije pieczęcie, a potem zaćma i
jesiennieje gdy w oknach wiosennie,
taka to aktoreczka.
przestań - to jeszcze nie impas,
w przyrodzie tak bywa, od czasu do czasu
dylematy, a czasami mętlik kiedy miasto
rzuca ci romans pod nogi - tak wiem
i rozumiem, każdy ma swoją wiosnę,
ale w tobie od zawsze przesilenia,
a my razem od lat jak w korcu maku,
może jakiś retusz, by na koniec roku
zaśpiewać grudniową kołysankę.
znowu zaczynasz już prawie północ,
najważniejsze że... kręci się.