Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Lipcowy dzień, taki jak inne wakacyjne czarne dni w kalendarzu. W Katowicach wieje nudą i kurzem na ulicach. Kasztanowce gdzieniegdzie tylko rzucają cień na sprawy zwykłych ludzi. Najwięcej tego cienia jest w Parku Kościuszki albo na Placu Wolności. W bramach można wypić tanie wino albo dostać po mordzie, w zależności od współczynnika boskiego miłosierdzia.
Przed molochem Cinema City było słonecznie i gorąco. W końcu to środek wakacji. Wokół pełno duchów tych, którzy zostali w domach. Oprócz nich na ławce mężczyzna. Na oko 22 lata, młody, zapatrzony przed siebie, ubrany w białe dockersy i koszulkę polo z krokodylem na piersi. Palce zdobią srebrne obrączki uzbierane podczas wojaży tu i tam. Po chwili jego uwagę przyciąga taksówka zatrzymująca się nieopodal i wysiadająca z niej kobieta. Idzie w jego stronę. Wyglada zwyczajnie – dżins, wysoki obcas, jakaś bluzka.

- To Ty musisz być Michał???

Odwraca głowę, ona naprawdę mówi do niego. Ma piękne zielone oczy i wyraźnie zarysowane wargi, jest mała, ale nie maleńka. Przez całe życie mówił w bok, zamiast wprost, zanim kogoś dobrze nie poznał. Teraz siedzieli na ławce – kobieta po jego prawej stronie, jego spojrzenie po lewej.

- Jestem Monika, znamy się z wp. Pamiętasz mnie jeszcze?

W jej oczach zapaliły się iskierki.

- Pamiętam, pamiętam. Nie było prądu, śmieszna sprawa z tą burzą… Ładnie wyglądasz.
- Dziękuję. Zawsze mówisz w bok?
- Nie. Robię wyjątek dla Ciebie.

To miał być szelmowski ton, ale nie bardzo mu wyszło. On czuł się onieśmielony, ona sprawiała wrażenie pewnej siebie. Jej ciemne włosy skutecznie zaczepiały wiatr.


- No to co „Shrek 2”???
- „Shrek 2”

Znajomość rozpoczęta akcentem z zielonym ogrem i jego druzyną. Z osłem było pół biedy. Monika później okazała się mistrzynią w robieniu miny kota z anonimowanego blockbustera. Szkoda tylko, ze głos w oryginalnej wersji podkładał Antonio Banderas.
Poznali się na jakimś czacie internetowym. Nawet nie mieli zamiaru się poznawać. On wszedł tam pierwszy raz w życiu, ona też, zdąrzyli powiedzieć „cześć”, zanim rozłączyła ich burza i przerwy w dostawie internetu. Był maj. Wymienili się numerami znanego komunikatora. A jej się spalił zasilacz w pececie i nie rozmawiali przez następny miesiąc.
Leniwie przyczołgały się wakacje. Oboje umierali z nudów, więc jedynym środkiem zapobiegawczym było wyjście do kina. Shrek 2… Michał był facetem „obiektywnie niebrzydkim” jak udało mu się kiedyś usłyszeć. Metr dziewięćdziesiąt, szczupły, brunet o niebieskich oczach i chłopięcej twarzy. Subiektywne marzenie pewnej liczby pań.
W kinie, kiedy Monika była zajęta umieraniem ze śmiechu albo oglądaniem filmu, czasem spoglądał na jej profil wycięty na tle światła projektora.

- Co ja tu robię? On jest 14 lat młodszy niż ja. To jest jakaś pomyłka. Jestem nienormalna. Na pewno jestem nienormalna. Nie ja nie jestem normalna…
- Ona nie może mieć 36 lat. Nie wygląda. O czym my będziemy rozmawiać? Aaaaaaaaaaa!!!!

Seans skończył się szybciej niż się spodziewali. Szybciej niż się spodziewali oboje mieli ochotę na drinka.

- Ciekawe jaka ona jest? Co robi? Czy jest taka sama jak w czasie rozmów?

Wakacyjne wątpliwości najlepiej rozwiewać w Incognito, jeśli akurat wychodzi się z Cinema City. Słońce nie paliło już tak mocno, kurz też jakby zniknął. Miasto obejmował wieczór, niebo było coraz bardziej niebieskie, aż zaczęło przechodzić w ciemny granat. Chmury zmieniły pościel.
Rozmowa w Incognito płynęła już wartko.

- Co Ci się właściwie we mnie podoba? Przecież ja jestem starsza od Ciebie? Wiesz, że to prawie 15 lat?

Zdolność Moniki do formułowania strumieni myśli albo podświadomości niczym z Virginii Woolf dawała o sobie znać już na początku znajomości.

- Wiem, ale wszyscy moi przyjaciele gdzieś wyjechali. Musiałem się z kimś umówić. Spoko, jakoś przez to przebrniemy i odprowadzimy się do domów. Mocną masz głowę? Ja planuję jakieś 30 minut.

Oboje wybuchnęli smiechem. Wybuchy śmiechu zdarzały się od tego czasu dość regularnie.

- Palisz papierosy. Ja nigdy nie paliłam.
- Nauczę Cię. Całkiem proste.
- Czemu studiujesz finanse?
- Przypadkiem. W ogóle jestem przypadkowym facetem. Zabrakło mi 3 punktów na Akademię Medyczną, miałem wstęp na Ekonomiczną, wygrałem kiedyś olimpiadę ekologiczną. Po prostu wszedłem do pierwszego lepszego pokoju.

Konsternacja.

- Mówię poważnie. Byłem tak pewien siebie, ze nie dopuszczałem, ze nie dostanę się na medycynę, a tu proszę podstawy zarządzania welcome to.
- Ja studiowałam na Wydziale Radia i Telewizji UŚ. Pisałam pracę magisterską o filmach Barei.
- Miś?
- Miś.
- Tradycja to bardzo dobre imię dla dziewczynki…

Śmiech wcale nie przeszkadzał w rozmowie. Jak świeży powiew wiatru wzniecał tylko ogień.
- Masz siostrę?
- Tak, Kasia. Jest najlepszą siostrą na świecie, kiedyś będziemy siedzieć razem na ganku jakiegoś domu w wełnianych spódnicach i opowiadać pierdoły.
- Ja mam brata, ale nie nazywa się Kasia.
- Starszy?
- Nieważne. Kiedy byliśmy dziećmi strasznie się praliśmy. Kiedyś rozwaliłem mu wargę dropsami. Trzeba mieć szczęście – rozwalić komuś wargę dropsami!
- A jaka była jego zbrodnia?
- Jakto jaka? Jest moim młodszym bratem.
- A więc mlodszy…
- On też nie był lepszy. Do dziś mowimy na niego „mały”, mimo że jest mojego wzrostu, alekiedyś naprawdę był mały. Mały ale mściwy. Nie umiał sobie ze mną poradzić, więc rozgrzał kiedyś metalową łyżkę nad palnikiem i przyłożył mi do kolana w ramach zadośćuczynienia za dropsy…
- Nieźle. Kasia nie jest amatorką gorących łyżek. Kocha Florencję i Toskanię… Zresztą tak jak ja…
- Widziałaś „Pod słońcem Toskanii”?
- Jasne! to jeden z moich ulubionych filmów!
- I Diane Lane…
- Ja tam wolę Włochów.
- Kiedyś będę miał taką willę w Toskanii, to jest moje marzenie.
- Moje też, ale myślę, że wątpię.
- Kiedyś Cię tam zabiorę. Zobaczysz. I będziemy zwiedzać Toskanię na vespie.
- Klipuś bajduś…

Było już późno. Albo stosunkowo późno. Mała wskazówka złotego zegarka na ręce Michała dotykała jedenastki. Dotychczas miał za sobą tyle związków, ile przeciętny facet w jego wieku. Licealne dziewczyny, niespełnione miłości, dwa dłuższe związki i bagaż samotności. Samotności? W wieku 22 lat? […]

Ciąg dalszy nastąpi.

Opublikowano

To ma być początek większej całości. W prozie stawiam pierwsze kroki i tak naprawdę nieiwele przedtem prozą pisałem, nie za dobrze się na tym znam. Liczę więc na pomoc, wskazówki, refleksje. Za wszystkie rady będe wdzięczny.

Opublikowano

Jeśli to debiut, to naprawdę całkiem udany.
Zauważyłam parę fajnych, oryginalnych sformułowań, np. :
"Chmury zmieniły pościel."
albo:
"Jej ciemne włosy skutecznie zaczepiały wiatr. " - chociaż tu wyrzuciłabym to "skutecznie"

"Nie ja nie jestem normalna…" - chyba brakuje ci przecinka po "nie"?

Poza tym miałabym parę uwag co do dialogów. Byłyby ciekawe, gdyby to był scenariusz fimowy (telenowelowy:), bo tam dopełniłby je obraz, muzyka. W opowiadaniu sprawiają wrażenie za długich, niepotrzebnych, bo to wszystko można by powiedzieć w jednym odautorskim akapicie. Ja jestem zdania, że jeśli da się coś skrócić, zagęścić, to należy to zrobić - tekstowi to może wyjść tylko na lepsze.
Pozdrawiam i witam w prozie:)

PS. Aha, i dzięki za "technicznie" zadbany tekst! Przecinki na swoich miejscach, spacje po myślnikach... No coś pięknego. Tak trzymać:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...