Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Rozkosz przeżywasz już szósty dzień 
Machina w końcu dopadła cię 
I w przód i w tył i z góry w dół
Chciał nie chciał jesteś teraz mój (znaczy się jej)

 

Najpierw powoli stopy twe pieści 
Palec za palcem szukając treści 
W linii papilarnych wgryza się ciało 
Stęka i jęczy zgrzyta że mało

 

Potem podudzia sam więc wywnioskuj (o co jej chodzi)
Wspina się szybko po każdym włosku 
Uda zdobyła nabrała werwy 
W pępku się pewnie głębiej zagnieździ

 

(Pępek twój-czarna dziura
Czasami do niego wpada(m)
Muskając delikatnie
Obrzeża świata)

 

Czas zmitrężony na penetracji 
Trzeba nadrobić więc nie masz racji 
Że ją spowalniasz da sobie radę 
Napiszesz kiedyś o tym  balladę

 

O tym jak szczyt twój zdobyła z gracją 
Nie grożąc wcale ci amputacją 
A przecież mogła szalona była

 

Siódmy dzień nastał:  

DEUS EX MACHINA

Edytowane przez OloBolo (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@OloBolo Mam takie skojarzenia, że lepiej przemilczę... xD

Olek, weź przemyśl jeszcze to "głębiej zagłębi". Takie masło maślane, podobnie jak często używane przed pisarzy-amatorów "często uczęszczany". No, chyba że to było specjalnie, to się nie wtrącam ;>

Opublikowano

@emwoopewnie masz rację, jak mi się uda to zmienię to 

@error_erros nie przemilczaj, wal prosto z mostu -twardy jestem .

amatorem jestem to i po amatorsku piszę .

Niepotrzebnie wierszyk do gotowców dodałem.  Jeszcze troszeczkę go zagmatwam, tym samym ździebko zmienię. 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...