Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

@Łukasz Jasiński

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Oj, noc Świętojańska to nie jest rodzime święto naszych przodków, ani nasze. To święto, czy też obrzęd zostało wprowadzone przez chrześcijaństwo, aby wymazać z naszej pamięci Noc Kupały. Noc Kupały - 21-22 czerwca - a noc Świętojańska, czyli Jana Chrzciciela przypada na kolejną noc - 23-24 czerwca. Chrześcijaństwo zawłaszczało rodzime obrzędy nadając im swoje nazwy. I tutaj mamy jeden z przykładów tej praktyki. 

@Łukasz Jasiński i aż mnie ciarki przeszły, kiedy słuchałam... Dziękuję

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Edytowane przez Ana (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Ana

 

Nie, wszystkie święta pogańskie zostały przywłaszczone przez chrześcijaństwo, nomen omen: Mazurek Dąbrowskiego jest piosenką ludową i masońską, podobnie jak Świątynia Opatrzności Bożej - to świątynia masońska, Konstytucja Trzeciego Maja to też dzieło polskich wolnomularzy - wszystko zostało przywłaszczone przez chrześcijaństwo.

 

Łukasz Jasiński 

 

@Ana

 

Kościół Środowisk Twórczych na Placu Teatralnym w Warszawie to de facto świątynia masońska, a Monstrancja? Czy nie widzi pani podobieństwa do pogańskiego Słońca? 

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Łukasz Jasiński tak, trudno nie dostrzec podobieństwa. Mnie niepokoi coś innego - przyjmowanie Eucharystii, czyli zjadanie ciała Jezusa i picie przez kapłana jego krwi pod postacią wina. To nic innego, jak rytualny kanibalizm. Rytualne zjadanie innego człowieka, swojego Mesjasza... Coś strasznego dla mnie. Jak element satanistycznej mszy, w której uczestniczą nieświadome niczego baranki. Ale czy nie najciemniej jest pod latarnią? Zło chowa się najczęściej tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... 

@Łukasz Jasiński a widział Pan salę audiencyjną papieża w Watykanie? Na YT można zobaczyć ten budynek z zewnątrz, jak i wewnątrz. Już się nawet nie kryją... A wielcy tego świata kłaniając się papieżowi składają też pokłon temu, co widać... Niesamowite. 

Opublikowano (edytowane)

@Ana

 

Pani Agnieszko, o tym wszystkim już dawno pisałem i czy jest sens po raz milion to samo w koło powtarzać? Wszystko można tutaj znaleźć... Każdy normalny człowiek nie biega z gołą pupą po ulicy, nie pije alkoholu w miejscach publicznych i nie przeklina w miejscach publicznych - przynajmniej ja tego nie robię, jeśli chodzi o narzucanie sztucznych norm - to tak, jakby ktoś na pani duszę założył kaftan bezpieczeństwa moralnego, raczej: amoralnego - cel: ubezwłasnowolnienie, dziękuję za rozmowę - teraz muszę odpocząć.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Łukasz Jasiński Bóg nie ma narodowości. 

@Łukasz Jasiński Bóg nie ma narodowości. Bóg nie może być rewolucjonistą ani reakcjonistą, jest obojętny na politykę, i to jest jeden z powodów, dla których Żydzi Go ukrzyżowali, ponieważ ich rozczarował, nie dał im tego, o czym marzyli - wypędzenia Rzymian, władzy nad narodami, nad światem. Wciąż czekają na Tego, który im je da i uznają go za swego boga. Wybrali Antychrysta. 

@Łukasz Jasiński `Każdy normalny człowiek nie biega z gołą pupą po ulicy...`

Ale rok po roku pokazuje publicznie swój tyłek i cipkę w telewizjiб i to nie w pogańskiej Japonii, ale w Wielkiej Brytanii

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 


 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Ana

 

Podstawowa różnica między katolikiem i poganinem jest taka: gdybym słyszał, to: już dawno pracowałbym w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (nie przy biurku, tylko: w terenie) - założyłbym tam departament do likwidacji fizycznej wrogów Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej (w przyszłości: Polskiej Rzeczypospolitej Narodowej), potocznie: Szwadrony Śmierci, otóż to: poganom nie zadrży ręka...

 

- W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej!

 

I kula w łeb! Katolikom będzie drżała ze względu na podwójną moralność i dualizm psychofizyczny.

 

Łukasz Jasiński 

Opublikowano

@Ana

 

Jako osoba nielegalnie bezdomna miałem wojskowy nóż (od brata) i pistolet na gaz (kupiłem w Militariach na warszawskiej Tamce) - legalnie i policja o tym widziała (miałem w celach samoobronnych) - oddałem socjalnej Emilce Wesołowskiej (teraz żałuję, jednocześnie: jest to doświadczenie, jeśli w przyszłości znowu będę zmuszony kupić broń - nikomu już nie będę oddawał - do trzech razy sztuka), nomen omen: na Wordzie mam zdjęcie z pistoletem, również: opublikowałem tutaj i usunąłem, aby ludzi nie straszyć.

 

Łukasz Jasiński 

Opublikowano

@Łukasz Jasiński nie za bardzo lubię słowo poganin, wolę - rodzimowierca, czyli człowiek świadomy kultury i wierzeń swoich przodków, które wypalono ogniem i...

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ale jak kto woli. 

Osobiście nie byłabym w stanie nikogo tak, jak Pan pisze i zapewne pierwsza bym "ich" broniła, ale rozumiem... No cóż, słabsi i ci bardziej wrażliwi padają łupem tych, którzy bardziej bezwzględni. Dlatego przyznaję Panu rację, choć sama nie potrafiłabym tak... 

Polska Rzeczypospolita Narodowa - dumnie i godnie

Opublikowano (edytowane)

@Ana

 

Wiem, poganin ma pejoratywne skojarzenie przez czarną mafię - kościół, podobnie jak czarownica, nie, nie jestem rodzimowiercą, tylko: pogańskim racjonalistą - libertynem i intelektualnym biseksualistą - uniwersalnym, moim celem jest zerwanie stosunków dyplomatycznych z Watykanem, wyrzucenie wszystkich symboli religijnych z miejsc publicznych, włącznie: z krzyżem w Sejmie (nie wspominając już o religiach w szkołach) i reforma szkolnictwa - Polska nie będzie już żadnym tam "przedmurzem" - za dużo wylaliśmy krwi nie we własnym interesie, serdecznie zapraszam na - "Konstytucję Polskiej Rzeczypospolitej Narodowej" - tak widzę Nową Polskę.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Łukasz Jasiński

Nie spodoba się to Bogu i milionom zwykłych wierzących; prześladowania Kościoła nie zapewnią trwałego sukcesu żadnemu rządowi. Inną rzeczą jest odsunięcie Kościoła od władzy politycznej Watykana. Obecnie Watykan i Karol Habsburg z pomocą Międzynarodówki Czarnej planują odtworzenie Cesarstwa Austro-Węgierskiego. To projekt polityczny, a nie kościelny. Nawiasem mówiąc, część Polski była częścią tego imperium wraz z Zachodnią Ukrainą. Jesteśmy w przededniu wojny paneuropejskiej, w której wszyscy zachowają się jak drapieżniki i zaczną się nawzajem pożerać, próbując zrealizować własne plany. Wszyscy zapomną, że prowadzili kampanię przeciwko Rosji, bo zdobywszy przewagę nad Ukrainą, nie pójdzie ona dalej, ale spotka Europę w połowie drogi i odizoluje się od niej. Polska, posiadająca wyjątkowo niefortunne położenie geograficzne, ponownie zostanie poddana próbie wytrzymałości na rozciąganie  przez swoich sąsiadów, ale tym razem bez udziału Rosji. 

 

@Łukasz Jasiński

Rosja stanie się tylną bazą Chin na wypadek wojny ze Stanami Zjednoczonymi. To właśnie ta perspektywa przeraża Amerykę i zmusza ją do zrobienia wszystkiego, aby Rosja jak najdłużej uczestniczyła w wojnie domowej na Ukrainie. Jeśli uda się w to zaangażować NATO, będzie wspaniale. Europa jako konkurent Stanów Zjednoczonych zostanie wyeliminowana. Co jeszcze śmiertelnie przeraża Stany Zjednoczone? Zbliżenie Rosji i Niemiec, Rosji i Japonii. O czym marzy Wielka Brytania? O klęsce Niemiec w wojnie z Rosją i przywróceniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego narodu niemieckiego pod auspicjami Wielkiej Brytanii, na czele którego stoi książę William (albo Harry) jako król. Plan ten w zasadzie można skoordynować z projektem Habsburgów i Watykanu, a Rosja w ramach rekompensaty za szkody militarne może nawet otrzymać Niemcy Wschodnie jako zbyt problematyczny, kwaśny atut. W tym przypadku Polska przynajmniej nie straci swoich ziem zachodnich i zachowa integralność terytorialną w granicach PRL. 

 

Takie są plany anglojęzycznego Zachodu, ale tylko Bóg wie, co stanie się w rzeczywistości. Ukraina to skórka od banana, na której może się poślizgnąć każdy, może z wyjątkiem Rosji.

 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Andrew Alexandre Owie

 

Wiem i dla mnie to jest naturalne: ludzie, którzy mają czyste sumienie - nic nie mają do ukrycia, poza tym: każdy ma inne preferencje seksualne - wolę zbiorową orgię seksualną na dzikiej łonie natury - od chodzenia z gołą pupą po ulicy - jaki jest sens? Przecież jestem zdrowy i mam silne hormony - mieliby ze mnie zrobić zboczeńca? Opublikowałem tutaj artystyczne zdjęcia pod moim wierszem: "Na własne urodziny" - proszę rzucić okiem, mam również konto na Datezone (nick: Jamere), pewnej granicy tutaj wolę nie przekraczać - wiele osób czeka, aby zablokować mi konto i są to osoby krzyczące o końcu świata i o ich bogu (Bogu), chociaż: w Torze stoi jak byk - Adam i Ewa żyli w Raju nago.

 

Oczywiście: we własnym mieszkaniu chodzę sobie nago i co komu do tego?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Łukasz Jasiński

Dlaczego zdecydowałeś, że jestem moralistą? Nie obchodzi mnie to, nie jestem twoim sędzią. Po prostu wyjaśniam, jak działa mechanizm religii, moralności publicznej i polityki. Swoją drogą, jeśli na ulicy pojawi się osoba bez majtek, policja zatrzyma ją w związku z podejrzeniem, że jest chora psychicznie, bo taki czyn jest oznaką problemów z tzw. krytyką. Ale na plaży nudystów bycie nago jest normą. Kiedyś w Kopenhadze musiałem przejść nad parą, która kochała się na trawniku. Seks publiczny, jeśli nie jest publiczny, również nie  jest zabroniony. A publiczne parady gejów nie są jednak zakazane, wręcz przeciwnie, chociaż są to parady chorych gejów. Zdrowi geje nie będą się reklamować.

 

Dzwonek do drzwi. Sąsiad do sąsiada:
- Mam cię zapisać na orgię?
- O czym mówisz! Oczywiście nie!
- OK, skreślę cię z listy.
- Kto jeszcze tam będzie?
- Cóż, ja i twoja żona.

 

@Łukasz Jasiński

 

Trzymam się koncepcji walki w społeczeństwie dwóch zasad, kolektywnego markiza de Sade`a i kolektywnego Napoleona. Dziś w niektórych krajach wygrywa ten pierwszy, a w innych drugi. Powrót do praktyk kojarzonych z pogaństwem zbiegł się z odrzuceniem religii chrześcijańskiej (czy jakiejkolwiek innej), a nawet walką z nią. Mówię o procesach obiektywnych, ale mnie samemu problematyka seksu i erotyki jest mi obojętna. Nie oglądam porno. Uważam, że komunikacja przez Internet nie ma żadnego związku z komunikacją w realnym życiu. Nie lubię sieci społecznościowych. Komunikacja w nich jest dla mnie jak ersatz-kawa dla żołnierzy Wehrmachtu. Jednocześnie nie uważam się za wzór do naśladowania, nie narzucam innym myślenia takiego, jak moje. Każdy może robić, co uważa za stosowne, najważniejsze jest to, że nie szkodzi to innym ludziom, nie wpływa na dzieci i wszystko odbywa się za zgodą. 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Andrew Alexandre Owie

 

Nie, nie jestem moralistą, jestem istotą z zasadami i posiadam duszę człowieczeństwa - nie jestem dwunożnym ssakiem agresywnym, otóż to: czym jest życie prywatne i zawodowe? Demoralizacją, słowem: hipokryzją - atakiem na osobowość człowieka i czym jest to: kiedy na Datezone ktoś jest mężem i szuka przygody seksualnej? Demoralizacją, gdybym przekraczał granicę - byłbym dwunożnym ssakiem agresywnym pod szantażem moralnym, dokładnie: niewolnikiem, powtarzam: jestem pogańskim racjonalistą - libertynem i intelektualnym biseksualistą - uniwersalnym, jestem kawalerem - wolnym człowiekiem i moim autorytetem moralnym jest Konstytucja Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej, widzę, iż bez sensu jest tutaj rozmawiać - powinien pan najpierw przeczytać wszystko - co tutaj opublikowałem - poznać człowieka, nigdy: z góry na niego patrzeć i oceniać, dodam przy okazji: ci, którzy w przeszłości chodzili na pielgrzymki do Częstochowy (pili, uprawiali seks i ćpali) - dziś wszystkich pouczają o tak zwanej moralności - to pokorne owieczki czarnej mafii - kościoła, ci, którzy jeździli na przystanek Woodstock (robili to samo co katolicy) - dziś są urzędnikami w Państwie Polskim i Unii Europejskiej, takie są fakty - rzeczywistość i obie strony nie mają żadnego prawa decydować o moim życiu - niech się zajmują własnymi problemami, proste i logiczne?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

 @Łukasz Jasiński

 

To jest odwieczny problem.

 

Ich kenne die Weise, ich kenne den Text,
Ich kenn auch die Herren Verfasser;
Ich weiß, sie tranken heimlich Wein
Und predigten öffentlich Wasser.

 

Znam melodię, znam tekst,
Znam też panów autorów;
Wiem, że potajemnie pili wino
I publicznie głosili wodę.

 

To jest kwestia polityki, a nie moralności. Niezależnie od tego, czy obecni deputowani i administratorzy byli w młodości grzesznikami, czy sprawiedliwymi, realizują bieżący program. W różnych krajach jest on różny. W każdym razie państwo jest wszędzie narzędziem przymusu. I tutaj w żaden sposób nie mogę pomóc Twojemu smutkowi. Zatem Twoje protesty i skargi mają zły adres. 


 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...