Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

Sklep, można powiedzieć

iż sklepik w prostokąt.

 

Dzień dobry. Witam.

Piękna miła Pani

poproszę butelkę spokoju.

 

Hmm...

Cóż ja mogę Panu dać?

Małpkę, Żytnią, Wyborową?

Finlandię?

 

Proszę Pani...

ja spokoju poproszę butelczynę.

Jestem niepohamowany.

Cham do tego. Nie Pan.

Człowiek żart. Niefart.

 

Hmm...

Cóż ja mogę Panu dać?

Uśmiech wystarczy?

 

Butelkę uśmiechu poproszę,

O tak. Od tak. Na jutro.

 

Proszę bardzo,

dodam wymiar zainteresowania

i żart i kłamstwo słodziuchne.

 

Należy się

- niech podliczę -

trzy banknoty przeszacunku.

 

Złapałem się za lewą kieszeń.

Dobrze, że nie za głowę.

Wyskoczyłem z zapłaty.

Reszty nie trzeba. Co to to nie.

 

Proszę. Dziękuję. Do widzenia.

Cichy trzask drzwi.

Edytowane przez Leszczym (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Jak w "żółtym szaliku" scena z alkoholikiem w barze... Jeszcze płynę, ale kra nade mną zamarza. Fajnie napisałeś, impresyjnie, że tak się "wymądrzę" :)

Opublikowano (edytowane)

Szela był takim "chłopskim"... Piłsudskim. Postacią tyleż ambiwalentną w ocenie, co fascynującą w swojej epoce. "Rabaci" Szeli - jakkolwiek nie byłoby to zaskakujące dla "widza" w dzisiejszym "teatrze zdarzeń" - nie różnią się od... Ukraińskiego UPA z okresu 2WŚ...

Jedni i drudzy walczyli w "słusznej sprawie" - bo o wolność... Jedni i drudzy, zastosowali w tej walce okrucieństwo i ludobójstwo.

Szela - i Piłsudski szli dokładnie na tych samych "paskach" - obaj będąc agentami mrocznych sił - mówiących w języku Goethego...

Ale w kraju w którym jak podają media - można być skazanym za nieuprawnione powieszenie kartki na drzwiach posłanki

(vide sprawa Anny Sikory i... drzwi odmóżdżonej posłanki Lichockiej) - starch jest mówić, o "ojcu narodu" takie rzeczy...

Ja oczywiście się boję i dlatego "takich rzeczy" nie mówię ;) 

Miłej lektury

Edytowane przez JEYDEE (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@JEYDEE nie mówię, ale mówię:)) Polityka to specyficzny grunt bardzo. Dziwne i niekiedy złe rzeczy tam się dzieją zwłaszcza w niespokojnych czasach. Bardzo ciężko jest oceniać pewnych ludzi i pewne zachowania, zwłaszcza wtedy gdy pobieżnie wyrywamy je z kontekstu. Nie podejmuję się tego tematu, a w życiu prywatnym staram się, co ciągle nie zawsze mi się udaje, unikać polityki. 

Opublikowano

W Vabanku Machulskiego jest taka scena na (wyimaginowanej) granicy Niemiecko-Polskiej

Kramer mówi: Nie interesuje mnie polityka...

Oficer - odpowiada: Ale polityka interesuje się panem.

___________

Oczywiście można udawać, że nie bierze się udziału w politycznych wydarzeniach - ale one i tak w nas są...

Wcale nie jest ciężko oceniać - to bardzo łatwe. Widzę, że czytasz o Jakubie Szeli. Jak później "poszperasz" więcej - wyrobisz sobie swój własny pogląd na temat tej postaci.

Wszyscy oni - (jop ich mat' - bo ten rusycyzm mi najbardziej pasuje kiedy o nich myślę) są siebie warci.

Piłsudski układający w Magdeburgu pasjanse i "spuszczony z łańcucha", dał kilka razy później dowody swojej miałkości, których wyznawcy "dziadka na kasztance" nie widzieli - lub widzieć nie chcieli.

Szela był autentycznym "chłopkiem - roztropkiem" wykorzystanym przez Wiedeń do rozbicia jedności ws rodzącego się nowego powstania... Ówczesna postawa ziemiaństwa ws chłopów była bardzo podobna do ideologii nazizmu ws Żydów i pozostałych "podludzi" 

Austriacy wykorzystali te animozje do rozegrania Polaków.

Dokładnie tak samo było z Leninem, Piłsudskim czy Wałęsą. Tylko w przypadku tego ostatniego - "rozgrywającymi" byli "towarzysze" z PZPR.

Czy nie zadziwia Cię fakt, że "po wszystkim" - Szala dożył spokojnej starości na nowym gospodarstwie - gdzieś na terenie dzisiejszej Rumunii?  Przecież to nie była nawet tajemnica Poliszynela - że był wspierany przez CK władzę w Wiedniu...

Jak należy więc oceniać Szelę inaczej niż agenta? Nawet jeżeli maił swoją własną ideologię - to od początku był sterowny i wykorzystano jego popularność.

Opublikowano (edytowane)

@JEYDEE Dzięki za lekcję z historii, bezsprzecznie wielu faktów nie wiedziałem. Skądinąd wiem, że łatwo jest każdego człowieka w ten czy inny sposób złamać i nawet przekonać do tajniactwa, agentury i tym podobne. To tylko kwestia organizacji i użycia odpowiednich argumentów, czy pociągnięcia za odpowiednie sznurki motywacyjne. Wyobraź sobie jesteś sam lub prawie sam, a tu banda jakiś dziwnych zbójów łamie Cię, organizuje Ci rzeczywistość, zastawia pułapki itd. Wydaje mi się, że wiem, iż nie łatwo się przed tym obronić. Jak widzisz do tematu podchodzę trochę od innej strony, a mianowicie na bazie własnych doświadczeń, a nie wiedzy historycznej, której mi trochę brakuje. Nie lubię, bardzo nie lubię służb specjalnych, ale jest mi bardzo ciężko krytykować w czambuł tych, których oni złamali. Do tego zawsze dochodzi szereg kontekstów, czasy, okoliczności, działanie w słusznym celu itd. etc. itp. 

@Gosława O tak, na cito:)) Fajnie, że do mnie wpadłaś;)

Edytowane przez Leszczym (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Leszczym Ależ masz CAŁKOWITĄ RACJĘ. Bezsprzecznie. Całkowicie w tym aspekcie podzielam Twój pogląd. Dużo by o tym mówić i rozważać. Kiedyś na pewnym forum napisałem o działalności agenturalnej w kontekście przeczytanej książki M. Wójcika "Baronówna"

Pozwól, więc, że zacytuję... samego siebie

_________QUOTE____________

Przeczytałem tę książkę. Nie ukrywam, że brałem ją do ręki, z pewną taką nieśmiałością... Okres 2WŚ jest moją fascynacją. Postawy ludzi w tamtym trudnym czasie stanowią dla mnie taką jakby analizę... człowieczeństwa. Jestem pokoleniem "1960" i od zawsze interesowało mnie co powoduje, że ktoś żyje i umiera godnie - jak bohater, lub po prostu zostawia za sobą przyzwoite wspomnienia. Inny zaś ktoś, zasługuje jedynie na... splunięcie. Kiedy czytam życiorysy "gigantów" tamtej epoki często doznaję dziwnego mrowienia na karku. Rzeczą niesamowitą dla mnie jest też sposób w jaki (nieliczni - żyjący już dziś) opowiadają o tamtych dniach. Mówią bez etosu, często podkreślają jak bardzo... się bali - i że w ogóle się bali... Na pytanie dlaczego to robili (walczyli z najeźdźcą - niemieckim i sowieckim) - odpowiadają zwykle:
Bo tak było trzeba, Bo to był obowiązek (w domyśle każdego) przyzwoitego Polaka. Pięknie określił to po latach prof (sic!) W. Bartoszewski, w swoim słynnym zdaniu o "opłacalności uczciwości" Kiedy czytałem "Życie niewłaściwie urozmaicone" K. Leskiego (ps. Bradl) Kiedy obejrzałem, krótki film o nim (dostępny wciąż na różnych "Chomikach") p.t. "Byłem generałem Wehrmachtu" Zrozumiałem, że pozytywnym człowiekiem albo po prostu się jest - albo nie... Nie istnieje nic "pomiędzy"

Teraz wracając do postaci Wandy Kronenberg. Czytałem tę książkę w nadziei, że dowiem się na jej temat czegoś więcej niż można znaleźć na forach historycznych i w Wikipedii. Niestety... Prócz chaotycznej narracji, przeplatanej "twórczością własną" autora, (w której głównym motywem są jakieś wyimaginowane rozmyślania UBeka prowadzącego powojenne śledztwo ws W. Kronenberg) oraz zawiłe rozważania p Wójcika n.t. "wbiegła Kroneberg na powstańczą barykadę z pejczem - czy też... bez pejcza" Nie dowiedziałem się niczego więcej...

Dobrze napisała wcześniej jedna z czytelniczek. W książce jest zbyt dużo osobistych myśli p. Wójcika a zbyt mało (czyt.) niewiele o Wandzie Kronenberg. Wg mnie jest to poważne autorskie nadużycie zaufania czytelnika. Kupując książkę z inwokacją "śledztwo dziennikarskie" oczekuję przede wszystkim FAKTÓW. Nie interesują mnie stany emocjonalne autora, ani jego "twórczość własna" jego "stękanie" i opowieści o tym jak ciężko było i trudno - bardzo.

Paranoja która zionie z tej "pracy śledczej" przypomina mi jako żywo "radosną sensację" innego dziennikarza śledczego W. Sumlińskiego, który to "cudem" :) uniknął zemsty służb PRL i będąc w beznadziejnej sytuacji, zdecydował się... popełnić samobójstwo, również "cudownie" nieudane... (Ponieważ w swojej rozpaczy na miejsce tego aktu wybrał... ławkę w jednym w Warszawskich kościołów ;)

Jestem zawiedziony i zdziwiony, że takie książki trafiają na rynek wydawniczy i cieszą się dobrymi recenzjami. Przykro mi ale jedynym określeniem dla tej pozycji jest wg mnie jedno słowo - "gniot"

W miarę otwierania tajnych archiwów dramatyczna postać Wandy Kronenberg doczeka się w końcu podobnych, opracowań jak choćby (jeszcze wciąż utajniona w brytyjskich archiwach) Krystyna Skarbek... Legendarna kobieta wamp - 2WŚ. Tajne służby do osiągnięcia celu, od zawsze używały najpotężniejszej "broni" - jaką jest... seksapil. Naiwnością jest myślenie, że nie zdawały sobie sprawy z potęgi tego "oręża", nie wykorzystywały (i nie wykorzystują go nadal) w swoich strategiach.
Polski "pięknoduch" uważa, że dobry szpieg/agent jest wtedy patriotą, kiedy działa tylko dla jednego wywiadu a zdekonspirowany "idzie w zaparte" i pomimo wyrywanych paznokci - pluje w twarz i drwi ze swojego oprawcy. Umiera zaś z okrzykiem "Jeszcze Polska nie zginęła!"

Tak nie jest. Złamać można każdego - nieliczni, zaczadzeni ideologią narodową, wychowani na "Sienkiewiczu" potrafią oczywiście umrzeć w męczarniach - ponieważ ich imperatywem jest tak właśnie postrzegany patriotyzm.

Gra w drużynie pt. "wywiad" zawsze jest tylko grą. Tak naprawdę nie ma nienawiści do przeciwnika... Motywem przewodnim tych "zawodów" jest właśnie gra intelektualna w zdobywanie informacji. Środki które służą do ich pozyskania to niezmiennie te same wartości: Intelekt, pieniądze i seks.

Najlepsi z najlepszych zawsze pracują dla więcej niż jednego wywiadu i tyko oni sami wiedzą, dla kogo pracują naprawdę. Kronenberg zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że zapłaci najwyższą cenę i mówiła o tym. Dariusz Baliszewski opowiedział nam pewną "historię niespełnioną" organizacji - MUSZKIETERZY - kpt Stefana Witkowskiego. Sporo wiedział o nich również Kazimierz Leski. Dla kogo "tak naprawdę" pracowali? Co zamierzał Śmigły Rydz? Dlaczego Anders - skazał Czesława Szadkowskiego na karę śmierci i zaraz potem doprowadził do ułaskawienia - emisariusza Muszkieterów?
Wg ideologii wywiadowczej - ludzi dzielimy na tych którzy są agentami - współpracownikami i na tych którzy nimi zostaną - kiedy zajdzie taka potrzeba. To tylko kwestia ceny.

Na tym tle Baronówna - Wanda Kroneberg, elokwentna, mówiąca biegle w kilku językach, seksowna, zarówno umiejąca znaleźć się na salonach jak i "wypić z gwinta" - była cennym "materiałem wywiadowczym"

Gra wywiadów jest z "etycznego" punktu widzenia czymś najbardziej sprzedajnym ale jednocześnie ekscytującym... W aspekcie strategicznym, efektów pracy wywiadów nie da się przecenić. Bo jedną nocą spędzoną w "łóżku wroga", agent może zyskać więcej niż całe dywizje na polu walki.

Są więc szkoleni i w tym zakresie. Kobietom z natury przychodzi to łatwiej. Mężczyźni poznają "specjalne techniki" by "okazać zainteresowanie" średnio atrakcyjną partnerką w łóżku... Co więcej - potrafią okazać je nawet w przypadkach "sprzecznych" z ich własną orientacją seksualną.

Kto, więc ma oceniać Wandę Kronenberg, "chłopcy z AK" biegający po Warszawie z... maszynką do strzyżenia, czy tzw. "racja stanu"?
Z punku widzenia tych pierwszych - Wanda Kronenberg z pewnością zasługiwała na maszynkę i 9mm - Parabellum. Z punktu widzenia drugiej wartości - jestem pewien że zasłużyła na... Virtuti Militari. Cześć jej pamięci.

A książka pana Wójcika to raczej wg mnie na order nie zasługuje, jeżeli już koniecznie to na taki... strugany z kartofla, 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

____________end of qoute__________

Jak widzisz - mam podobny (bardzo) punkt widzenia na agenturę...

 

I słowo do @Gosława.

Cieszę się, że jesteś z nami, a raczej że my jesteśmy z Tobą ;)

Edytowane przez JEYDEE
literówka (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@JEYDEE Trafne analizy, pod ich generalną myślą, bez wchodzenia w szczegóły podpisuje się oburącz. Jeśli nie można uniknąć rewolucji, to przez swych agentów, trzeba wmanewrować w bunt w zaułki, gdzie można tłumić go, rozwodnić, przerobić tak, aby zmiany, żadnych istotnych zmian poza kolorem fasady nie uczyniły. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Jacek_Suchowicz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      To przykre,ale tacy jesteśmy.  Od do.   Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...